<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Kinga Piotrowiak-Junkiert, Autor w serwisie Kalejdoskop Kultury</title>
	<atom:link href="https://kalejdoskopkultury.pl/autor/piotrowiak-junkiert-kinga/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link></link>
	<description></description>
	<lastBuildDate>Mon, 09 May 2022 08:45:52 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl-PL</language>
	<sy:updatePeriod>
	hourly	</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>
	1	</sy:updateFrequency>
	<generator>https://wordpress.org/?v=6.0.3</generator>
	<item>
		<title>Márai i Hůlová: Tam i z powrotem</title>
		<link>https://kalejdoskopkultury.pl/hulova-i-marai/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Kinga Piotrowiak-Junkiert]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 20 Dec 2021 21:06:24 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Recenzje]]></category>
		<category><![CDATA[Hulova]]></category>
		<category><![CDATA[literatura]]></category>
		<category><![CDATA[Marai]]></category>
		<category><![CDATA[online first]]></category>
		<category><![CDATA[piotrowiak-junkiert]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://kalejdoskopkultury.pl/?p=1570</guid>

					<description><![CDATA[<p>Powieść Petry Hůlovej dzieli od dzienników podróżnych Sándora Máraiego niemal sto lat. Dużym więc zaskoczeniem może być propozycja przeczytania ich jako przykładów odważnego interpretowania współczesności.</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/hulova-i-marai/">Márai i Hůlová: Tam i z powrotem</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p><strong>Petra Hůlová, „Krótka historia Ruchu”, przeł. J. Różewicz. Wydawnictwo Afera, Wrocław 2021, ss. 227.<br>Sándor Márai, „Śladami bogów”, przekład, przypisy i posłowie I. Makarewicz, Czytelnik, Warszawa 2021, ss. 263.</strong></p>



<p>Powieść Petry Hůlovej dzieli od dzienników podróżnych Sándora Máraiego niemal sto lat. Każda z tych książek powstała w zupełnie innych okolicznościach dziejowych, ma inny ciężar ideologiczny, ukształtowały je różne przyzwyczajenia i potrzeby estetyczne, dużym zaskoczeniem może być propozycja przeczytania obu pozycji jako przykładów odważnego interpretowania współczesności. Zarówno Hůlová, jak i Márai, bez względu na to, jaką posługują się poetyką, z czym dyskutują i o co walczą, prezentują jednak postawę twórców stawiających na pierwszym miejscu artystyczną odwagę i gotowość do spontanicznego rozwoju pisarskich wypadków.</p>



<figure class="wp-block-image size-medium"><img width="300" height="300" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Sladami-bogow_11-300x300.jpg" alt="" class="wp-image-2182" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Sladami-bogow_11-300x300.jpg 300w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Sladami-bogow_11-150x150.jpg 150w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Sladami-bogow_11-768x768.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Sladami-bogow_11.jpg 800w" sizes="(max-width: 300px) 100vw, 300px" /><figcaption>Fot. Materiały wydawcy</figcaption></figure>



<p>Zacznijmy od starszej książki, jednej z pierwszych pozycji w dorobku Máraiego, którą z perspektywy czasu i późniejszych praktyk artystycznych zaliczylibyśmy do jego najlepszych dzieł. „Śladami bogów” powstało, gdy autor miał zaledwie dwadzieścia sześć lat, ale mógł się już pochwalić niemałym doświadczeniem dziennikarskim (współpracował z „Neue Zürcher Zeitung”), biegle władał niemieckim i francuskim oraz, co tak kochamy u Máraiego, już zaskakiwał niezwykłą wrażliwością na człowieka i krajobraz. Dopatrywałabym się w jego sposobie patrzenia pewnych znamion niemożliwej w naturze ludzkiej „nadwzroczności”. Pisarz odnotowywał tyle szczegółów rzeczywistości, niuansów kulturowych czy subtelnych oznak cudzego, często skrzętnie skrywanego cierpienia, że można zwątpić, czy jakikolwiek inny człowiek potrafiłby w podobnie intensywny sposób praktykować swoją uważną obecność w otaczającym świecie. Gdy zderzamy diarystykę Máraiego z innymi przykładami europejskiego, a nawet światowego dziennikopisarstwa, zwykle okazuje się, że niewielu twórców mogłoby dorównać mu bogactwem zapisów. </p>



<figure class="wp-block-pullquote is-style-default"><blockquote><p>Pisarz odnotowywał tyle szczegółów, niuansów kulturowych czy subtelnych oznak cudzego cierpienia, że można zwątpić, czy jakikolwiek inny człowiek potrafiłby w podobnie intensywny sposób praktykować swoją uważną obecność w otaczającym świecie.</p></blockquote></figure></p>



<p>W tej diarystyce, a mam na myśli cały dziennikowy dorobek pisarza (dostępny w szerokim, kilkutomowym wyborze w przekładzie Teresy Worowskiej), zawsze możemy liczyć na elementy osobistego bedekera, erudycyjne komentarze, portrety dziwaków (w szerokim rozumieniu tego słowa), fragmenty filozoficzne, odniesienia do historii i polityki, a przede wszystkim wysmakowane studia egzystencji człowieka wraz z licznymi odniesieniami do własnej biografii, ojczyzny, a także anegdoty związane z życiem prywatnym autora. U Máraiego rozróżnienie na życie prywatne i powszechne, ogólnoludzkie, jest jednym z kluczowych zjawisk. Pisarz wyraźnie wskazuje, kiedy uchyla przed czytelnikiem rąbka tajemnicy i robi to z właściwym sobie umiarem. W omawianej pozycji znajdziemy wszystkie z wyliczonych znaków rozpoznawczych, chociaż „Śladami bogów” to jedna z pierwszych prób robienia notatek z podróży. Jak się okazuje, Márai od początku miał klarowną wizję tego, jak chce pisać o świecie, i do końca życia konsekwentnie tę metodę doskonalił.</p>



<p>Tom obejmuje zapisy z podróży, jaką pisarz odbył w 1926 roku przez południe Europy, północną Afrykę i Bliski Wschód. Całość została podzielona na trzy części: „Zaczarowane miasto”, „Na Ziemi Obiecanej” i „Przed bramą Wschodu”. Już same tytuły rozdziałów sugerują, że autor skupia się przede wszystkim na wyłanianiu i omawianiu najciekawszych zjawisk budujących wielkie pojęcie Wschodu. Jednym z nich jest zauważalna na wszystkich etapach wędrówki relacja z Bogiem. „Symbolem człowieka Zachodu jest dzisiaj człowiek w pędzie, tak jak niegdyś człowiek trzymający książkę. Symbolem człowieka Wschodu jest modlący się człowiek” (s. 95) – pisze Márai, a wyjaśnia tę tezę tak: „(…) jeśli człowiek długo podróżuje po Wschodzie, w końcu nie wie, czy to nie ci są szczęśliwsi, którzy ze wszystkiego, co dla nas tu w tych stronach jest ważkim i dotykającym naszego życia konfliktem władzy i światopoglądu, od dawna nie czynią problemu, bo swój los na powrót zdali w ręce Boga, sami zaś niczego nie mogą do tego losu dodać” (s. 68).</p>



<p>Problem szeroko rozumianej religii powraca regularnie, chociaż – wbrew temu, co sugeruje tytuł – nie jest to dziennik mistyczny ani teologiczny. Dla pisarza bogowie (zwykle używa liczby mnogiej) są częścią archeologii, należą do szanowanych, ale spetryfikowanych resztek świata, który przeminął. Márai stawia bogów Wschodu w jednym rzędzie z piramidami, sarkofagami i monumentalnymi budowlami, zbudowanymi dzięki pracy i śmierci tysięcy ludzi, bo w świecie – jak sam twierdzi – nad tymi samymi niewolnikami świszcze od wieków ten sam bat.</p>



<p>Sposób podejścia do teologii koresponduje u Máraiego z pozostałymi, głównymi i niezwykle trudnymi tematami: polityką i historią. Autor jest bezkompromisowy, nie powtarza gotowych opinii i nie przepisuje znakomicie mu znanych narracji, zwłaszcza w tych przypadkach, gdy samo podjęcie tematu musiało budzić kontrowersje. Do takich fragmentów należy z pewnością świetny rozdział poświęcony pierwszym żydowskim osadnikom w Palestynie, w którym Márai z dużą swobodą komentuje strategię Anglii i jej kolonialny rozmach na terenach mandatu brytyjskiego, ale nie traci z oczu problemów „drugiego Gibraltaru”, traktowanego jako zapora przed muzułmańską falą sprzeciwu, która miała planowo uderzyć w Żydów.</p>



<p>Márai nie ma sobie równych w diarystycznej krytyce polityki międzynarodowej czołowych krajów europejskich i na każdym kroku dowodzi swojej otwartości intelektualnej. Kiedy omawia sytuację militarną w Syrii, przywołuje postawę kolonialną Anglików w kwestiach administracyjnych jako zdecydowanie lepszą niż ta, którą na Bliskim Wschodzie zastosowali Francuzi. W żadnym komentarzu nie zapomina o humorze, dzięki czemu jego przenikliwe analizy gospodarcze i wojenne zyskują jeszcze na atrakcyjności, o ile w ogóle mogą porywać analizy kryzysowej polityki międzynarodowej. Lekkość i erudycja towarzyszą, oczywiście, wszystkim passusom, począwszy od rewelacyjnych opisów wielbłądziej natury, przez opisy krzyku derwiszów, aż po przedstawienia opuszczonych, ale zniewalających ogrodów w oblężonym Damaszku. Te zalety stylu nie oznaczają jednak dobrze znanej w pisarstwie europejskim białej kolonialnej wyższości (vide listy z Afryki Gustawa Flauberta). Márai wielokrotnie sugeruje istnienie tajemnic, które na zawsze pozostaną zakryte przed zewnętrznym obserwatorem i to niezrozumienie tradycji, zwyczajów, ubioru, rytuałów traktuje jako coś, co nie ma być oswajane, ale powinno zostać w takiej formie, jaką znamy. Pisarza cieszy opór tubylców i drobne klęski kolonizatorów, które skrupulatnie odnotowuje i uzupełnia opisami własnych porażek w arabskim świecie, by podkreślić swoją trudną do zdefiniowania, ale nieciążącą wcale obcość. Tej obcości nigdy nie zredukują zmiany administracyjne czy kartograficzne. W tej wielości, różnorodności tkwi – zdaniem pisarza – sedno podróży na Wschód. Dla autora patrzenie na gasnące piękno dawnych imperiów i metropolii skutkuje przede wszystkim wstydem i poczuciem straty, bo – jak pisze – „widziałem Damaszek”, ale z lektury wiemy, że nie zobaczył tego, czego się spodziewał. „Nie tak wyobrażałem sobie Damaszek. Gdzie to święto? Nie warto dwanaście godzin podróżować przez zasieki z drutu, ku pragnieniu” (s. 186).</p>



<figure class="wp-block-pullquote is-style-default"><blockquote><p> Pisarza cieszy opór tubylców i drobne klęski kolonizatorów, które skrupulatnie odnotowuje i uzupełnia opisami własnych porażek w arabskim świecie, by podkreślić swoją trudną do zdefiniowania, ale nieciążącą wcale obcość.</p></blockquote></figure></p>



<p>W tym miejscu filozofia podróżowania Máraiego splata się z dobrze nam znanym poczuciem turystycznego wstydu, gdy podróże przestają być tym, czym powinny być – gestem szacunku pozbawionym znamion wyższości – a stają się czasem, po którym czujemy się ubożsi. Márai jest podróżnikiem skromnym, zachwyconym, ale też smutnym. To zaskakujące połączenie entuzjazmu i melancholii wynika z młodości zaprawionej świadomością. Przybysz wie, kim jest, na co patrzy i czego nie jest w stanie powstrzymać ani zachować: „W krainach, przez które wiodła mnie moja droga, widać było ślady stóp ludzi, którzy zniknęli i tropy bogów, którzy przepadli. Kiedy czytam te dawne zapiski, uderza mnie oczarowanie, w każdym momencie wyprawy wskazujące mi właściwą trasę. Podróżowałem w półśnie, bez mapy (…). Podróżowałem jak ktoś, kto wychodzi naprzeciw przymierzu żywych i umarłych i wie, że wszędzie zostanie przyjęty z przeświadczeniem, że można mu zaufać, bo jest pojętny i wrażliwy na to, co ludzkie i co boskie, a co po drodze będzie roztaczać się przed oczami. Chyba tylko tak warto podróżować” (s. 6–7).</p>



<p>Dziennik poleciłabym nie tylko miłośnikom Máraiego, nie tylko czytelnikom wybierającym wysoką jakość merytoryczną zapisu i błyskotliwy styl, ale przede wszystkim tym, którzy uwielbiają śledzenie losów książek. Zwracam szczególną uwagę na świetne komentarze do tekstu profesora Marka Dziekana i posłowie Ireny Makarewicz, autorki znakomitego przekładu. Inwencja i precyzja to jej znaki rozpoznawcze.</p>



<p>Powieść Petry Hůlovej „Krótka historia Ruchu” rozgrywa się w bliżej nieokreślonym futurum. Precyzyjne zdefiniowanie tego czasu wiąże się z koniecznością zweryfikowania trafności naszych poglądów na świat, a zwłaszcza poziomu świadomości i umiejętności szacowania tempa zmian, które teraz zauważamy. W fabule czeskiej pisarki nie jada się już jajek i mięsa, a przede wszystkim minęły czasy marketingu opartego na seksualności kobiet. Jeśli czytelnik jest optymistą, narracja toczy się w bliskiej przyszłości, jeśli jest pesymistą, przesunie ją do przodu o dwie lub trzy dekady. Te decyzje są ważne, bo czeska autorka zastawia na nas pułapki i ciągle każe odpowiadać na pytania, a pada ich wiele i każde z nich jest bardzo niewygodne.</p>



<figure class="wp-block-image size-medium is-resized"><img loading="lazy" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Krotka-historia-Ruchu_1-300x229.jpg" alt="" class="wp-image-2188" width="344" height="263" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Krotka-historia-Ruchu_1-300x229.jpg 300w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Krotka-historia-Ruchu_1-1024x780.jpg 1024w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Krotka-historia-Ruchu_1-768x585.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Krotka-historia-Ruchu_1.jpg 1200w" sizes="(max-width: 344px) 100vw, 344px" /><figcaption>Fot. Materiały wydawcy</figcaption></figure>



<p>Narratorka Věruška jest wykwalifikowaną pracownicą Instytucji, która zajmuje się erotyczną resocjalizacją mężczyzn. Po siermiężnym ciemnoczasie, w którym panował patriarchat, a wartość seksualna kobiet mijała wraz z ich pierwszą zmarszczką, nadeszła nowa era, jasnoczas, a – jak wiemy i o czym brutalnie przekonuje nas Hůlová – rewolucja wymaga ofiar. Nowe standardy wymagają pracy u podstaw, a za podstawę Instytucja wybrała erekcję. Przywożeni przez żony lub matki źle prowadzący się mężczyźni przechodzą kilkuetapowy kurs, który ma zmienić ich światopogląd. Kiedyś sprzedawano nagość kobiet, więc ceną za nią ma być regulacja seksualności mężczyzn. Kim jest absolwent Instytucji? Przede wszystkim człowiekiem, który dostrzega w kobiecie wyłącznie jej wewnętrzne piękno, który nie reaguje na ponętne ciała zatrudnionych do testów „realek”. Turnusy organizowane przez Instytucję prowadzone są w byłych zakładach przetwórstwa mięsnego i mają, koniec końców, zagwarantować kobietom wolność. Skoro usunięto model ideału kobiecego ciała i skoro nikt już nie będzie punktował ich za wygląd, a nawet same pozbyły się nawyku porównywania z innymi, to mogą jeść, co chcą, i chodzić w dresach. Uczestnictwo w kursie wymaga dyscypliny i społecznej izolacji, nie wszyscy mogą być dopuszczeni do końcowych egzaminów, bo pracownice i dyżurujące przeprowadzają nocne testy, kontrolują podejrzane zachowania, karzą za posiadanie pornografii, a nawet zatrudniają szpiegów.</p>



<figure class="wp-block-pullquote is-style-default"><blockquote><p> Przywożeni przez żony lub matki źle prowadzący się mężczyźni przechodzą kilkuetapowy kurs, który ma zmienić ich światopogląd. Kiedyś sprzedawano nagość kobiet, więc ceną za nią ma być regulacja seksualności mężczyzn.</p></blockquote></figure></p>



<p>Hůlová projektuje przyszłość w oparciu o grę dwóch silnych nurtów: zmierzchu patriarchatu i świtu wyzwolenia kobiet. Celowo piszę o wyzwoleniu, a nie matriarchacie, bo nie jestem pewna, czy autorce chodzi wyłącznie o podmienienie jednej struktury na drugą. Co prawda reguły rządzące pracą Instytucji wskazują, że mamy do czynienia ze społeczną kastracją mężczyzn (to jedno z głównych, choć nie wyrażanych explicite, założeń Ruchu), ale im bardziej zagłębiamy się w narrację, tym więcej widzimy oznak wahania i dowodów na to, że w gruncie rzeczy niewiele się zmieniło. Powstanie Ruchu zainicjowała mała dziewczynka Rita, która jako pierwsza postawiła fundamentalne pytanie: „mamo, dlaczego ta pani jest goła?” (s. 19). Ta fraza, jakże rymująca się z finałem baśni Andersena, doprowadziła do przełomu, chociaż „dziś nikt już nie pamięta, czy pełne piersi upchnięte w ciasnym staniczku i pośladki w wyciętych figach były reklamą orzeszków ziemnych, masła ziołowego, salonu lakiernictwa samochodowego czy podręcznego ciśnieniomierza najnowszej generacji, wszyscy za to pamiętają pytanie małej dziewczynki. Krok milowy” (s. 19).</p>



<p>Kolejne kroki towarzyszące rewolucji seksualnej Ruchu można przedstawić, prezentując miejsca detonacji, za którymi stała Rita. Wysadziła w powietrze parlament (na znak protestu przeciwko męskiemu światu polityki), a później także klinikę chirurgii plastycznej i centrum handlowe (które utwierdzały kobiety w błędnych przekonaniach na temat wyglądu i atrakcyjności). Aktywistki walczyły o nową jakość życia, a wielbiciele starego porządku tworzyli własne oddziały, między innymi Gwardię Męskości oraz schowane w górach i leśnych ostępach squaty i jednostki quasi-militarne. Oczywiście słuszny punkt wyjścia – eliminacja kobiecej nagości z rynku marketingowego i zmiana narracji społecznej – przybrał szybko wszelkie znamiona ekstremizmu. I tutaj pojawia się kluczowe pytanie o „Krótką historię Ruchu”: ile jest warta rewolucja w dobrej sprawie, jeśli opiera się na ofiarach, przemocy i łamaniu praw człowieka?</p>



<p>Wizja Hůlovej może być świetnym pretekstem do większej debaty. Prowokuje, stawia pytania, oczywiście w oparciu o własne postrzeganie szeroko pojętego feminizmu, ale powieść budzi także wiele wątpliwości. Po pierwsze, dlaczego projekcja przyszłości, a zwłaszcza kierunku, w jakim wyewoluowała nasza teraźniejszość, miałaby się koncentrować głównie na seksualności? To zbyt duże uproszczenie, które nie uwzględnia zróżnicowania poglądów i zrównoważonego zagospodarowywania ról społecznych między płciami. Nie każdy, kto farbuje włosy, neguje feminizm, i nie każdy, kto inwestuje w zabiegi estetyczne, hołduje patriarchatowi. Celowo nie użyłam rodzaju żeńskiego. Podobnie jest z bardzo stereotypową kwestią relacji między poglądami a wykształceniem. Hůlová kilkukrotnie podkreśla, że kobiety, które chętnie zgłaszały się do klinik chirugii plastycznej, były zacofanymi wieśniaczkami, że chęć podobania się była odwrotnie proporcjonalna do ich świadomości. Pisarka, pokazując wzorowych absolwentów Instytucji, załączyła portrecik ojca pchającego wózek z dzieckiem. Nie wiem, czy to właściwy symbol futuryzmu. Ta konstrukcja, chociaż rozumiem konieczność wprowadzania skrótów myślowych do tekstu, wydaje mi się jednak zbyt powierzchowna i stereotypowa. Hůlová nie chce sobie strzelić w stopę, więc może celowo buduje taki obraz przyszłości? Chociaż znowu mam wątpliwości, bo oznaczałoby to, że pisarka nie do końca zgadza się z postulatami stawianymi przez feminizm i radykalnie je upraszcza.</p>



<figure class="wp-block-pullquote is-style-default"><blockquote><p> Dlaczego projekcja przyszłości, a zwłaszcza kierunku, w jakim wyewoluowała nasza teraźniejszość, miałaby się koncentrować głównie na seksualności?</p></blockquote></figure></p>



<p>Ostatnie części powieści ukazują naszą narratorkę w nietypowych dla niej sytuacjach, Věruška odwiedza ośrodek dla niereformowalnych kobiet, które jeszcze nie pozbyły się dawnych przyzwyczajeń i trzeba je wprowadzić w stan śpiączki farmakologicznej. Bohaterka spisuje memuary, by mieć pamiątkę swojej pionierskiej pracy dla dobra Ruchu. W nowych dekoracjach nie czuje się komfortowo, głównie z powodu testów, jakie przechodzi. Podczas jednej z prób, mających na celu potwierdzenie jej postawy i zaangażowania, padają słowa: „tak wyobrażała sobie pani jasnoczas? Jak jedną wielką wtopę, którą jest pani gotowa w każdej chwili usprawiedliwić?” (s. 155). Jest zaskoczona, udziela „właściwej” odpowiedzi, ale przy okazji potwierdzenia lojalności i zaangażowania narratorki możemy przez chwilę dostrzec pocieszający ubytek w tej misternie budowanej koncpecji. Dlaczego tylko przez chwilę? Bo ostatnie akapity książki ukazują Věruškę jako samotną, nieszczęśliwą kobietę „tęskniącą za miłością i czułością” (s. 170). Kobietę spełnioną w absurdalnej, bo skazanej na fiasko pracy, dla której awans oznacza możliwość spędzania dłuższego czasu w samotności. Czyżby przyszłość prokobiecego myślenia w gruncie rzeczy wynikała z problemów w związkach? Czy ten finał nie sugeruje, że nieudane życie miłosne ułatwia zaangażowanie w systemową kastrację mężczyzn?</p>



<p>Powieść Hůlovej zmusza do rewizji i sprawdzenia naszych reakcji na prowokującą propozycję autorki, ale także skłania do refleksji, bo pisarka przemyca wiele trafnych myśli dotyczących naszej współczesności (od kwestii seksualnych po ekologiczne), a wszystko w świetnym przekładzie Julii Różewicz, która ma wyjątkowy dar przenoszenia dynamicznej, potocznej frazy autorki do polszczyzny. Przyjemność czytania podszyta ideologicznymi wątpliwościami gwarantowana!<br><br></p>



<p></p>



<p></p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/hulova-i-marai/">Márai i Hůlová: Tam i z powrotem</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Apokryf pierwszy</title>
		<link>https://kalejdoskopkultury.pl/apokryf-pierwszy/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Kinga Piotrowiak-Junkiert]]></dc:creator>
		<pubDate>Wed, 23 Jun 2021 21:07:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Proza]]></category>
		<category><![CDATA[literatura]]></category>
		<category><![CDATA[piotrowiak-junkiert]]></category>
		<category><![CDATA[proza]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://kalejdoskopkultury.pl/?p=247</guid>

					<description><![CDATA[<p>Długo przykładała ucho do kry i słuchała tętna głębiny. Wycięła przeręble jeszcze w kilku miejscach, aż poczuła ciężar. Uklękła gołymi kolanami na lodzie i zaczęła coś mówić do wody. </p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/apokryf-pierwszy/">Apokryf pierwszy</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p>Z narodzeniem Feli było tak.</p>



<p>W połowie lutego, w porze wykradania kur, zaczęły wyć lody na rzece. Głęboko w dole przyspieszyła woda i zawirowała gęsto wzdłuż brzegów. Później zaczęła się kołysać z taką siłą, że popękała lodowa skorupa. Dudnienie nurtu i trzaski lodu spłoszyły chmary ptaków, które wzbiły się do lotu i poszybowały nad cerkiew. Ich niespokojne nawoływania zbudziły Jerkową. Starucha wystawiła głowę spod pierzyny, otworzyła jedno oko, posłuchała powietrza i w mig pojęła, w czym rzecz. Ruszyła do szafy, włożyła kilka koszul jedna na drugą, potem wyszukała po omacku grubą spódnicę, naciągnęła rajstopy i zniknęła na chwilę w spiżarni.</p>



<p>Szła przez pola szybkim krokiem z zieloną łunką nad czołem. Postawiła na brzegu wiadro, położyła widły, sieci i nóż. Usiadła obok i w pośpiechu ściągnęła dół ubrania. Ze spódnicy zrobiła tobołek, ukryła w nim buty i rękawice, zawiązała wszystko parą rajstop. Poprawiła jeszcze opadającą na oczy chustę i ruszyła prosto w wodę. Nachyliła się nad pierwszą krą, wybiła styliskiem dziurę w lodzie i po wycięciu szerszego otworu ostrożnie wsunęła do środka więcierze. Poruszała końcem linki tak długo, aż sieci rozchyliły się, otwierając łuki i czasze. Długo przykładała ucho do kry i słuchała tętna głębiny. Wycięła przeręble jeszcze w kilku miejscach, aż w końcu poczuła ciężar. Uklękła gołymi kolanami na lodzie i zaczęła coś mówić do wody. Mamrotanie Jerkowej przeszło w mruczenie, a mruczenie w śpiew. W końcu umilkła, wstrzymała oddech i szybkim, pewnym ruchem wyszarpnęła swoją zdobycz. Wyjęła ją z ażurowego klosza, szybko włożyła pod płaszcz na piersiach i ruszyła biegiem do domu, porzucając na śniegu wszystko, z czym przyszła. Na wysokości czarnego sadu przyciśnięte do ciała zawiniątko drgnęło. Jerkowa odchyliła delikatnie połę, by dać mu haust powietrza. – No już, malutka – powiedziała w ciemnościach. I nim obłok gorącego oddechu rozwiał się nad polami, były w domu. Zamknęła drzwi i okna, nastawiła wodę na wrzątek. Bose stopy zamarzły. Przez skórę prześwitywały błękitne kryształy krwi. Jerkowa napełniła płuca dziewczynki własnym oddechem i położyła ją na dnie pierzyn.</p>



<p>Ptaki wróciły nad rzekę dopiero o świcie. Gdy mijały zatoczkę szczupaków, dostrzegły w dole roztańczony czarny punkcik. To Władek stał na brzegu i śmiał się jak głupi do gwiazd.<br><br><br></p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/apokryf-pierwszy/">Apokryf pierwszy</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Pokaż, gdzie boli</title>
		<link>https://kalejdoskopkultury.pl/pokaz-gdzie-boli-bellova-man-varhegyi/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Kinga Piotrowiak-Junkiert]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 22 Jun 2021 22:25:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Recenzje]]></category>
		<category><![CDATA[Bellová]]></category>
		<category><![CDATA[literatura]]></category>
		<category><![CDATA[Mán-Várhegyi]]></category>
		<category><![CDATA[piotrowiak-junkiert]]></category>
		<category><![CDATA[powieść]]></category>
		<category><![CDATA[proza]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://kalejdoskopkultury.pl/?p=339</guid>

					<description><![CDATA[<p>Réka Mán-Várhegyi i Bianca Bellová nie tylko uzupełniają dotychczasowy obraz literaury węgierskiej i czeskiej, ale także stawiają pytania, których oczekujemy od literatury blisko splecionej z rzeczywistością</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/pokaz-gdzie-boli-bellova-man-varhegyi/">Pokaż, gdzie boli</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p><strong>Réka Mán-Várhegyi „Magnetyczna góra”, przeł. E. Sobolewska, Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2020. </strong><br><strong>Bianca Bellová „Mona”, przeł. A. Radwan-Żbikowska, Wydawnictwo Afera, Wrocław 2020.</strong></p>



<p>Środkowoeuropejskie pisarstwo kobiet jest obecne w Polsce dzięki wydawnictwom promującym literaturę mniejszych języków, a zwłaszcza dzięki Książkowym Klimatom, Czarnemu, Aferze czy serii Proza w Biurze Literackim. Na podstawie lektur autorek czeskich, słowackich, węgierskich, a nawet ukraińskich czy słoweńskich (jeśli kategorię środkowoeuropejskości rozumiemy szeroko) można bez trudu wskazać najważniejsze tendencje, charakterystyczne dla poszczególnych literatur. Inaczej mówiąc, polscy czytelnicy wiedzą już, czego można się spodziewać po tekstach przybywających do nas znad Dunaju, Wełtawy i Drawy. Réka Mán-Várhegyi i Bianca Bellová nie tylko uzupełniają dotychczasowy obraz literaury węgierskiej i czeskiej, ale także stawiają pytania, których oczekujemy od literatury blisko splecionej z rzeczywistością i współczesnymi problemami, także globalnymi.</p>



<figure class="wp-block-image size-medium wkolorze"><img loading="lazy" width="300" height="225" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/reka-Magiczna-gora_m-300x225.jpg" alt="ułożone obok siebie i jedna na drugiej okładki książki Magnetyczna góra Reki Man-Varhegyi" class="wp-image-994" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/reka-Magiczna-gora_m-300x225.jpg 300w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/reka-Magiczna-gora_m-1024x768.jpg 1024w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/reka-Magiczna-gora_m-768x576.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/reka-Magiczna-gora_m.jpg 1500w" sizes="(max-width: 300px) 100vw, 300px" /><figcaption>„Magnetyczna góra”. Fot: Biuro Literackie</figcaption></figure>



<p>Mán-Várhegyi połączyła w „Magnetycznej górze” kilka ważkich i szeroko omawianych tematów: problem wykluczenia społecznego, pozycji kobiet na uniwersytetach, klasowość społeczną, centralizację kraju, seksualność kobiet 50+, powrót z emigracji, a w dodatku podjęła próbę rozrachunku z narodowymi kompleksami. Wszystkie te zabiegi złożyły się na sukces książki (okrzyknięto ją węgierską powieścią #metoo), ale już powyższe wyliczenie sugeruje wyraźną skłonność Mán-Várhegyi do piętrzenia perspektyw. Strategię obarczania tekstu tyloma zagadnieniami dałoby się wytłumaczyć backgroundem autorki, która jest socjolożką i wykorzystała swoje kompetencje zawodowe do stworzenia bogatej treściowo fikcji, jednak &nbsp;po odjęciu wszystkich społecznych problemów pozostaje skromna fabuła: trójkąt badawczo-miłosny akademiczki Enikő, studentki Réki i kochanka obu Tamása, którzy przeżywają swoje uczuciowe i zawodowe rozterki między Budapesztem a legendarnym blokowiskiem Békásmegyer, na którym prowadzą badania.</p>



<figure class="wp-block-pullquote is-style-default"><blockquote><p>Pisarstwo Mán-Várhegyi <br>i Bellovej łączy silne poczucie kobiecej misji, choć każda z nich realizuje ją w inny sposób. Węgierska autorka chętniej pokazuje mechanizmy społeczne i ich skutki. <br>U Czeszki podział na żeńskość i męskość wynika z zaplecza emocjonalnego <br>i psychicznego.</p></blockquote></figure></p>



<p>Mán-Várhegyi pokazuje bohaterów w ich naturalnym środowisku, w murach uniwersytetu, przy bufetowych stolikach, w komunikacji miejskiej, leczących zęby, pijących kawę na ulicy Sándora Bródyego, próbujących, bez skutku, wydostać się z utartych kolein życia, w czym do złudzenia przypominają mieszkańców betonowej dżungli z Békásmegyer. Motyw przegranej, zastoju oraz wstydu (odnoszonego do różnych sfer życia) powtarza się w „Magnetycznej górze”kilka razy, łącząc wszystkie losy, także bohaterów drugiego planu. O ile sam temat stagnacji wydaje się dobrze opisywany przez autorów środkowoeuropejskich, a nawet może uchodzić za jedną z najbardziej popularnych i zarazem stereotypowych kategorii opisu w literaturze naszego regionu, o tyle u Mán-Várhegyi przybiera on niepokojącą postać, bo staje się elementem negatywnej tożsamości narodowej. Pisarka wypowiada się o swojej ojczyźnie odważnie, ale więcej w tym pokazowej brawury niż świeżego spojrzenia. Powracająca do ojczyzny z Ameryki Enikő zbyt dobrze pamięta, jak okropna potrafiła być rodzima codzienność, a tak zwani Węgrzy źli i nieudaczni tak bardzo, że w pewnym sensie byli skazani na cierpienie, gorycz i duchową nędzę. Nie, człowiek przy zdrowych zmysłach nie tęskni za takim otoczeniem. Nie pragnie widzieć na twarzach bliźnich nieszczęścia, gniewu czy złości, nie mówiąc o bagnie, jakim było tamtejsze środowisko akademickie, o jego małostkowych gierkach, nie wspomniawszy o kilkudziesięcioletnim zapóźnieniu (s. 37).</p>



<figure class="wp-block-image size-large is-style-default"><img loading="lazy" width="1024" height="833" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/rekamanvarhegyi-cTiborNoeKiss_m-1024x833.jpg" alt="Pisarka Réka Mán-Várhegyi w  białej cienkiej koszuli, stoi na tle drzwi do brązowego domku lub altany. " class="wp-image-996" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/rekamanvarhegyi-cTiborNoeKiss_m-1024x833.jpg 1024w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/rekamanvarhegyi-cTiborNoeKiss_m-300x244.jpg 300w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/rekamanvarhegyi-cTiborNoeKiss_m-768x625.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/rekamanvarhegyi-cTiborNoeKiss_m-1536x1250.jpg 1536w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/rekamanvarhegyi-cTiborNoeKiss_m.jpg 1900w" sizes="(max-width: 1024px) 100vw, 1024px" /><figcaption>Réka Mán-Várhegyi. Fot. Tibor Noe Kiss / Biuro Literackie</figcaption></figure>



<p>&nbsp;Przypuszczam, że stylizowanie kraju na miejsce zapomnienia, w którym „parszywy humor jest pomieszany ze złą wolą” robi wrażenie na czytelnikach nawykowo egzotyzujących nasz region. Z pewnością łatwiej jest również pisać o Węgrzech jako mateczniku „zawodowych barbarzyńców” niż udowadniać, że Europa Środkowo-Wschodnia dogoniła Zachód w większości dziedzin i sfer życia. W 2019 roku autorka otrzymała za „Magnetyczną górę” Nagrodę Literacką Unii Europejskiej, co potwierdzałoby celowość przesadnego&nbsp; nadmuchiwania fabuły i włączania do książki wszystkich palących problemów Europy, ale to bogactwo mnie nie przekonuje, bo uwypukla jedną z większych bolączek literatury – o mniejszościach (etnicznych i seksualnych) oraz o kobietach w przestrzeni publicznej zbyt często piszemy przez pryzmat stereotypów, które niczego nie uczą, a tym samym nie zmienią świadomości czytelników.</p>



<figure class="wp-block-image size-medium wkolorze"><img loading="lazy" width="300" height="229" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/Mona-Bianca-300x229.jpg" alt="Trzy czerwone książki Mona Bianki Bellovej" class="wp-image-997" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/Mona-Bianca-300x229.jpg 300w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/Mona-Bianca-1024x780.jpg 1024w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/Mona-Bianca-768x585.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/Mona-Bianca.jpg 1200w" sizes="(max-width: 300px) 100vw, 300px" /><figcaption>„Mona”. Fot: Kasia Michałkiewicz-Hansen / mat. wydawcy</figcaption></figure>



<p>Bianka Bellová, znana w Polsce autorka powieści „Jezioro”, wybrała zupełnie inną strategię narracyjną. Przeniosła fabułę kolejnej książki do bliżej nieokreślonego kraju na Bliskim Wschodzie (chociaż tę kategorię również traktowałabym szeroko) i, unikając geograficznych określników, zbudowała historię wykwalifikowanej pielęgniarki, tytułowej Mony, dyżurującej przy przywożonych z frontu żołnierzach. Od początku wiadomo, że praca bohaterki polega na asystowaniu przy śmierci. Opowieść Bellovej nie zaskakuje, bo silna więź rodząca się między pacjentem (Adamem) i jego opiekunką (Moną) brzmi znajomo, nie zaskakują także lawiny wspomnień, powracających do bohaterki podczas nocnych dyżurów. Dzięki flashbackom poznajemy traumatyczne dzieciństwo kobiety, jej emocjonalne osamotnienie, chłodną relację z mężem i nierozważną skłonność do wybierania tego, co ma najmniej szans na powodzenie. Mona woli bowiem snucie fantazji niż konsekwentne egzekwowanie własnych potrzeb i ten koncept czeska pisarka doprowadziła do perfekcji. Bellová wybiera znane schematy (np. bohaterka godzi się na skomplikowane układy z przełożonym i nadużycia seksualne), nie zależy jej na zaskakiwaniu fabułą, bo nie w tym tkwi siła „Mony”.</p>



<p>W straceńczej potrzebie ratowania samej siebie bohaterka przekracza zasady – przynosi ukochanemu rosół, zdobywa leki przeciwbólowe, wymusza kolejną amputację, chociaż oddziałowa nie widzi dla żołnierza szans na wyzdrowienie, spacerując na ulicy odsłania włosy, nie licząc się z konsekwencjami. Bellová splata historię Mony z życiorysami rannych, by pokazać, że wszyscy zmagają się z silnym odczuciem nierealności, w które pisarka wciąga także czytelników. Wraz z rozwojem narracji zmienia się rzeczywistość otaczająca bohaterów, ściany szpitala zaczynają przerastać łodygi i korzenie tropikalnych roślin. W końcu rozpada się bryła budynku. Metafora pęknięcia wydaje się tutaj kluczowa, bo bohaterowie nie potrafią znaleźć antidotum na swoje nieodwracalne naruszenie. W przypadku Mony dotyczy ono wielu sfer kobiecego życia – bycia widzianą, pożądaną i spełnioną.</p>



<figure class="wp-block-image size-large is-style-default"><img loading="lazy" width="683" height="1024" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/bianka-fot.-Marta-Rezova-683x1024.jpg" alt="Pisarka Bianka Bellova stoi oparta o poręcz mostu, uśmiecha się szeroko, patrzy przez swoje lewe ramię " class="wp-image-998" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/bianka-fot.-Marta-Rezova-683x1024.jpg 683w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/bianka-fot.-Marta-Rezova-200x300.jpg 200w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/bianka-fot.-Marta-Rezova-768x1152.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/bianka-fot.-Marta-Rezova-1024x1536.jpg 1024w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/bianka-fot.-Marta-Rezova.jpg 1365w" sizes="(max-width: 683px) 100vw, 683px" /><figcaption>Bianka Bellová. Fot. Marta Režová / mat. wydawcy</figcaption></figure>



<p>„Mona miała swój dziennik. Pisała w nim nigdy niewysłane listy do Kamila, o tym, jak brakuje jej tchu, kiedy o nim myśli, aż czuje, że pęka jej głowa i płuca. Jak wyobraża sobie, że on na niej leży i patrzy na nią. Jej ciało płonęło najbardziej, kiedy na nią patrzył. Oczywiście to, co dziewczęta pisały i czytały, również podlegało kontroli, sprawdzano też, czy nie chowają pod łóżkami żadnych bezeceństw, jak kosmetyki do makijażu albo kusząca bielizna” (s. 75).</p>



<p>Kobieta wybiera iluzje, bo to jej odpowiedź na zawód, który przyniosło życie. Iluzja w „Monie” nie wynika z fantazji autorki, ale świadczy o skutkach rozpaczy bohaterów. Widzą więcej, by móc przetrwać miałkość istnienia.</p>



<p>Pisarstwo Mán-Várhegyi i Bellovej łączy silne poczucie kobiecej misji, choć każda z nich realizuje ją w inny sposób. Węgierska autorka chętniej pokazuje mechanizmy społeczne i ich skutki. U Czeszki z kolei podział na żeńskość i męskość wynika z zaplecza emocjonalnego i psychicznego. Bellová lubi przesuwać tę granicę, eksperymentuje z uczuciami. Mężczyźni walczący z bólem pamiętają sceny dowodzące ich delikatności, w ich wizjach pojawiają się dzieci, a Mona, w scenie finałowej, podejmuje niezwykle odważną decyzję.</p>



<p>W obu powieściach brakuje definitywnych rozstrzygnięć, sami musimy dopowiedzieć sobie puenty. Korzyść z pracy wyobraźni jest jednoznaczna, możemy przekonać się o sile dwóch świetnie oddanych po polsku przez tłumaczki – Elżbietę Sobolewską i Annę Radwan-Żbikowską – książek, zupełnie różnych głosów kobiecych. Sprawdźmy, czy współbrzmią ze sobą i z nami.</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/pokaz-gdzie-boli-bellova-man-varhegyi/">Pokaż, gdzie boli</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Cofka</title>
		<link>https://kalejdoskopkultury.pl/cofka/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Kinga Piotrowiak-Junkiert]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 22 Jun 2021 20:42:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Proza]]></category>
		<category><![CDATA[literatura]]></category>
		<category><![CDATA[piotrowiak-junkiert]]></category>
		<category><![CDATA[proza]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://kalejdoskop.hadrysiak.com/?p=113</guid>

					<description><![CDATA[<p>Tym razem wszystko toczyło się według starego porządku. Po wytarciu talerzy i schowaniu garnków do spiżarni przebieraliśmy wysuszoną lipę i załadowaliśmy ją do wielkich słoików. </p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/cofka/">Cofka</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p>Właściwie to nie była niczyja wina. Od kiedy pamiętam, zawsze w drugim tygodniu lutego wywoływaliśmy wujka. Zwykle zbiegało się to z feriami, bo kiedy siedzieliśmy w domu uwięzieni przez zaspy śniegu, szybko kończyły się pomysły na długie zabawy. Najpierw robiliśmy gigantyczną makietę wąwozu z setką ręcznie malowanych żołnierzy, którym wymyślonymi imionami podpisywaliśmy stopy. Później znikaliśmy na długie godziny na strychu, gdzie nigdy nie obyło się bez wyciągania terenowej mapy umocnień, a na koniec budowaliśmy przy piecu legowisko z koców i krzeseł. Wlekliśmy kołdry z całego domu, by wić z nich kokony. Przecież wiadomo, że każdy etap tych zabaw nieuchronnie prowadził do zniesienia z góry starego stołu z zaciętą szufladką i wysłania w zaświaty serii zakodowanych zdań. Wujek pojawiał się po krótszej chwili, jak zawsze kompetentnie milczący i lekko nadąsany, co podobno jest podręcznikową cechą duchów.</p>



<p>Tym razem wszystko toczyło się według starego porządku. Na obiad był barszcz na karpiej głowie, gniecione ziemniaki, kopcowana marchew i sadzone jajko. Po wytarciu talerzy i schowaniu garnków do spiżarni przebieraliśmy wysuszoną lipę i załadowaliśmy ją do wielkich słoików. A po skończonej robocie przenieśliśmy się na strych, gdzie już czekało brezentowe niebo z naszytymi gwiazdami. Kawalkady i zasypywanie okopów trwało do późnych godzin, ale jak każda, nawet najdłuższa zabawa, ta także skończyła się na krawędzi wanny, w której Batorowa mieszała ręką pianę. Po napaleniu w piecu i wygrzaniu pod kołdrą, usiedliśmy w naszych gałganach wokół stołu i rzuciliśmy w eter zwyczajowe zdanie: „JAK SIE MASZ?”. Zanim wujek dopisał sobie w myślach brakujący ogonek pod &nbsp;„e”, wysłaliśmy jeszcze drugie pytanie (zdaniem Tadzika zbyt pochopnie): „U NAS MASA SNIEGU”. Wujek, zamiast pojawić się i zawisnąć w fioletowym obłoczku nad obrusem, zaczął kiwać się nad telewizorem, potem utknął pod karniszem i nawet falowanie zasłoną nie wypędziło go z rogu. Pomrukiwał coś co chwilę, jak dziadek Stachu, gdy mu mowę odjęło po udarze. „No mów, wujku, mów!” – namawiał Tadzik. Ale co miał biedak powiedzieć? Hulał jak szalony i rąbał piętami w maszynę do szycia.</p>



<p>Najgorsze, że wujek nie chciał zniknąć. Nie cofał się i, o zgrozo, coraz śmielej sobie poczynał. Zarzucił nogę na nogę, widać mu było gołą łydkę i ciągle bulgotał. Poczekaliśmy z godzinę, ale nie dał się uprosić, więc zdmuchnęliśmy kadzidełko do odczyniania i poszliśmy spać. Tadzik był pewien, że będzie jak w pierwszą rocznicę śmierci ciotki Tereski, której tak się podobało wypytywanie, że też nie chciała się cofnąć. Wtedy pomogło doczekanie do świtu. Ciotka zniknęła, zanim wstaliśmy.</p>



<p>Rano obudziłem się przed Tadzikiem, zdążyłem połamać w palcach wykrochmalony róg od poszewki, zerknąłem, czy Tadzik nie śpi, ale spał w najlepsze, więc wstałem i poczłapałem do stołowego sprawdzić, co tak szura za ścianą. Myślałem, że to z kuchni dochodzą odgłosy kocich misek albo że to bojler stęka, ale dom jeszcze spał. Za to na piecu majtał nogami jak dzieciak wujek Ludwik. Znudzony i cały w grymasach. W końcu, zamiast zabulgotać, odkaszlnął i zasunął wschodnim akcentem:</p>



<p>– Nigdzie nie znalazł uwędzonej ryby!</p>



<p>Pies i duch od razu wyczują, że się ich boisz, więc lekko rzuciłem:</p>



<p>– A szukałeś w piwnicy? Dziadzio dymił wczoraj wiśnią szczupaki. Musi coś wisieć.</p>



<p>– Eee! – Machnął obrażony. – Toto za grosz zapachu nie ma.</p>



<p>Uznałem, że w tym przypadku kawałkiem wędzonej sielawy możemy ugrać więcej niż sądzimy, więc obiecałem:</p>



<p>– Załatwię rybę tuż po śniadaniu. Pojadę do wioski na rowerze i wyproszę od kogoś. Coś jeszcze? Nie będę dwa razy jeździł.</p>



<p>– Nożyk do ołówków, postrugałbym sobie w kieszeń. Jak będę wracał do siebie, w odmęty, to sobie w szorstkie strużki palce wsadzę. O!</p>



<p>Cały Ludwik. Poczułem na plecach ciepły oddech zaspanego Tadzia, który musiał być nieźle zdumiony butami wujka na wysokości żyrandola (właśnie wisiał zaczepiony na obcasach).</p>



<p>– No wujku, ale musi być umowa, ryba, nożyk do ostrzenia i cofka – licytował Tadzik.</p>



<p>Oczywiście wujek nadął się, jakby połknął chmurę i gapił się w talerzyk na ścianie.</p>



<p>– No wujku… zgódź się, wiesz, jaka będzie afera! – prosiłem.</p>



<p>Ale wujek przeciągał strunę jak umiał.&nbsp;</p>



<p>– I partyjka! – trzasnął asem karo.</p>



<p>Tadzik, który za rok kończył podstawówkę i miał już spore doświadczenie z duchami, machnął ręką.</p>



<p>– Niech będzie, ale tylko jedna! I żadnych figli! Słyszy wujek?</p>



<p>Tadzik kazał wujkowi powtarzać na głos słowa przysięgi. Wujek powtórzył, dąsając się jak dwulatek. Słowo to słowo. Mieliśmy go w garści.</p>



<p>– Rozumiemy się? – o moja święta naiwności.</p>



<p>Wujek pokiwał głową, a wieczorem zagraliśmy przy wytargowanym węgorzu z soli. Zeszła tylko jedna porcja nafty. Poukładaliśmy na miejsce piony (wieże do wież, konie do koni) i pobawiliśmy się jeszcze w trójkę latarkami.</p>



<p>Kiedy spuszczaliśmy łódkę po zejściu pierwszych lodów, stanęliśmy jak wryci.</p>



<p>– Ale ruszyła! Ty smarowałeś? – spytałem.</p>



<p>– Jasne, wyciągnąłem na pomost, obróciłem burtę i podgrzałem smołę na palniku – rzucił trzynastoletni Tadzik.</p>



<p>– No to kto? – zacząłem i już zachłysnęliśmy się wybuchem śmiechu, gdy nagle zza krzaka wyszła sąsiadka z plebanii. Ostentacyjnie zwolniła i poprawiała loki, więc wydęliśmy usta, żeby sobie nie myślała, że wciąż nic nie wiemy o całowaniu.&nbsp;<br><br><br></p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/cofka/">Cofka</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
	</channel>
</rss>
