02 (02) 2021 | | Recenzje

Márai i Hůlová: Tam i z powrotem

Kinga Piotrowiak-Junkiert

Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu

Petra Hůlová, „Krótka historia Ruchu”, przeł. J. Różewicz. Wydawnictwo Afera, Wrocław 2021, ss. 227.
Sándor Márai, „Śladami bogów”, przekład, przypisy i posłowie I. Makarewicz, Czytelnik, Warszawa 2021, ss. 263.

Powieść Petry Hůlovej dzieli od dzienników podróżnych Sándora Máraiego niemal sto lat. Każda z tych książek powstała w zupełnie innych okolicznościach dziejowych, ma inny ciężar ideologiczny, ukształtowały je różne przyzwyczajenia i potrzeby estetyczne, dużym zaskoczeniem może być propozycja przeczytania obu pozycji jako przykładów odważnego interpretowania współczesności. Zarówno Hůlová, jak i Márai, bez względu na to, jaką posługują się poetyką, z czym dyskutują i o co walczą, prezentują jednak postawę twórców stawiających na pierwszym miejscu artystyczną odwagę i gotowość do spontanicznego rozwoju pisarskich wypadków.

Fot. Materiały wydawcy

Zacznijmy od starszej książki, jednej z pierwszych pozycji w dorobku Máraiego, którą z perspektywy czasu i późniejszych praktyk artystycznych zaliczylibyśmy do jego najlepszych dzieł. „Śladami bogów” powstało, gdy autor miał zaledwie dwadzieścia sześć lat, ale mógł się już pochwalić niemałym doświadczeniem dziennikarskim (współpracował z „Neue Zürcher Zeitung”), biegle władał niemieckim i francuskim oraz, co tak kochamy u Máraiego, już zaskakiwał niezwykłą wrażliwością na człowieka i krajobraz. Dopatrywałabym się w jego sposobie patrzenia pewnych znamion niemożliwej w naturze ludzkiej „nadwzroczności”. Pisarz odnotowywał tyle szczegółów rzeczywistości, niuansów kulturowych czy subtelnych oznak cudzego, często skrzętnie skrywanego cierpienia, że można zwątpić, czy jakikolwiek inny człowiek potrafiłby w podobnie intensywny sposób praktykować swoją uważną obecność w otaczającym świecie. Gdy zderzamy diarystykę Máraiego z innymi przykładami europejskiego, a nawet światowego dziennikopisarstwa, zwykle okazuje się, że niewielu twórców mogłoby dorównać mu bogactwem zapisów.

Pisarz odnotowywał tyle szczegółów, niuansów kulturowych czy subtelnych oznak cudzego cierpienia, że można zwątpić, czy jakikolwiek inny człowiek potrafiłby w podobnie intensywny sposób praktykować swoją uważną obecność w otaczającym świecie.

W tej diarystyce, a mam na myśli cały dziennikowy dorobek pisarza (dostępny w szerokim, kilkutomowym wyborze w przekładzie Teresy Worowskiej), zawsze możemy liczyć na elementy osobistego bedekera, erudycyjne komentarze, portrety dziwaków (w szerokim rozumieniu tego słowa), fragmenty filozoficzne, odniesienia do historii i polityki, a przede wszystkim wysmakowane studia egzystencji człowieka wraz z licznymi odniesieniami do własnej biografii, ojczyzny, a także anegdoty związane z życiem prywatnym autora. U Máraiego rozróżnienie na życie prywatne i powszechne, ogólnoludzkie, jest jednym z kluczowych zjawisk. Pisarz wyraźnie wskazuje, kiedy uchyla przed czytelnikiem rąbka tajemnicy i robi to z właściwym sobie umiarem. W omawianej pozycji znajdziemy wszystkie z wyliczonych znaków rozpoznawczych, chociaż „Śladami bogów” to jedna z pierwszych prób robienia notatek z podróży. Jak się okazuje, Márai od początku miał klarowną wizję tego, jak chce pisać o świecie, i do końca życia konsekwentnie tę metodę doskonalił.

Tom obejmuje zapisy z podróży, jaką pisarz odbył w 1926 roku przez południe Europy, północną Afrykę i Bliski Wschód. Całość została podzielona na trzy części: „Zaczarowane miasto”, „Na Ziemi Obiecanej” i „Przed bramą Wschodu”. Już same tytuły rozdziałów sugerują, że autor skupia się przede wszystkim na wyłanianiu i omawianiu najciekawszych zjawisk budujących wielkie pojęcie Wschodu. Jednym z nich jest zauważalna na wszystkich etapach wędrówki relacja z Bogiem. „Symbolem człowieka Zachodu jest dzisiaj człowiek w pędzie, tak jak niegdyś człowiek trzymający książkę. Symbolem człowieka Wschodu jest modlący się człowiek” (s. 95) – pisze Márai, a wyjaśnia tę tezę tak: „(…) jeśli człowiek długo podróżuje po Wschodzie, w końcu nie wie, czy to nie ci są szczęśliwsi, którzy ze wszystkiego, co dla nas tu w tych stronach jest ważkim i dotykającym naszego życia konfliktem władzy i światopoglądu, od dawna nie czynią problemu, bo swój los na powrót zdali w ręce Boga, sami zaś niczego nie mogą do tego losu dodać” (s. 68).

Problem szeroko rozumianej religii powraca regularnie, chociaż – wbrew temu, co sugeruje tytuł – nie jest to dziennik mistyczny ani teologiczny. Dla pisarza bogowie (zwykle używa liczby mnogiej) są częścią archeologii, należą do szanowanych, ale spetryfikowanych resztek świata, który przeminął. Márai stawia bogów Wschodu w jednym rzędzie z piramidami, sarkofagami i monumentalnymi budowlami, zbudowanymi dzięki pracy i śmierci tysięcy ludzi, bo w świecie – jak sam twierdzi – nad tymi samymi niewolnikami świszcze od wieków ten sam bat.

Sposób podejścia do teologii koresponduje u Máraiego z pozostałymi, głównymi i niezwykle trudnymi tematami: polityką i historią. Autor jest bezkompromisowy, nie powtarza gotowych opinii i nie przepisuje znakomicie mu znanych narracji, zwłaszcza w tych przypadkach, gdy samo podjęcie tematu musiało budzić kontrowersje. Do takich fragmentów należy z pewnością świetny rozdział poświęcony pierwszym żydowskim osadnikom w Palestynie, w którym Márai z dużą swobodą komentuje strategię Anglii i jej kolonialny rozmach na terenach mandatu brytyjskiego, ale nie traci z oczu problemów „drugiego Gibraltaru”, traktowanego jako zapora przed muzułmańską falą sprzeciwu, która miała planowo uderzyć w Żydów.

Márai nie ma sobie równych w diarystycznej krytyce polityki międzynarodowej czołowych krajów europejskich i na każdym kroku dowodzi swojej otwartości intelektualnej. Kiedy omawia sytuację militarną w Syrii, przywołuje postawę kolonialną Anglików w kwestiach administracyjnych jako zdecydowanie lepszą niż ta, którą na Bliskim Wschodzie zastosowali Francuzi. W żadnym komentarzu nie zapomina o humorze, dzięki czemu jego przenikliwe analizy gospodarcze i wojenne zyskują jeszcze na atrakcyjności, o ile w ogóle mogą porywać analizy kryzysowej polityki międzynarodowej. Lekkość i erudycja towarzyszą, oczywiście, wszystkim passusom, począwszy od rewelacyjnych opisów wielbłądziej natury, przez opisy krzyku derwiszów, aż po przedstawienia opuszczonych, ale zniewalających ogrodów w oblężonym Damaszku. Te zalety stylu nie oznaczają jednak dobrze znanej w pisarstwie europejskim białej kolonialnej wyższości (vide listy z Afryki Gustawa Flauberta). Márai wielokrotnie sugeruje istnienie tajemnic, które na zawsze pozostaną zakryte przed zewnętrznym obserwatorem i to niezrozumienie tradycji, zwyczajów, ubioru, rytuałów traktuje jako coś, co nie ma być oswajane, ale powinno zostać w takiej formie, jaką znamy. Pisarza cieszy opór tubylców i drobne klęski kolonizatorów, które skrupulatnie odnotowuje i uzupełnia opisami własnych porażek w arabskim świecie, by podkreślić swoją trudną do zdefiniowania, ale nieciążącą wcale obcość. Tej obcości nigdy nie zredukują zmiany administracyjne czy kartograficzne. W tej wielości, różnorodności tkwi – zdaniem pisarza – sedno podróży na Wschód. Dla autora patrzenie na gasnące piękno dawnych imperiów i metropolii skutkuje przede wszystkim wstydem i poczuciem straty, bo – jak pisze – „widziałem Damaszek”, ale z lektury wiemy, że nie zobaczył tego, czego się spodziewał. „Nie tak wyobrażałem sobie Damaszek. Gdzie to święto? Nie warto dwanaście godzin podróżować przez zasieki z drutu, ku pragnieniu” (s. 186).

Pisarza cieszy opór tubylców i drobne klęski kolonizatorów, które skrupulatnie odnotowuje i uzupełnia opisami własnych porażek w arabskim świecie, by podkreślić swoją trudną do zdefiniowania, ale nieciążącą wcale obcość.

W tym miejscu filozofia podróżowania Máraiego splata się z dobrze nam znanym poczuciem turystycznego wstydu, gdy podróże przestają być tym, czym powinny być – gestem szacunku pozbawionym znamion wyższości – a stają się czasem, po którym czujemy się ubożsi. Márai jest podróżnikiem skromnym, zachwyconym, ale też smutnym. To zaskakujące połączenie entuzjazmu i melancholii wynika z młodości zaprawionej świadomością. Przybysz wie, kim jest, na co patrzy i czego nie jest w stanie powstrzymać ani zachować: „W krainach, przez które wiodła mnie moja droga, widać było ślady stóp ludzi, którzy zniknęli i tropy bogów, którzy przepadli. Kiedy czytam te dawne zapiski, uderza mnie oczarowanie, w każdym momencie wyprawy wskazujące mi właściwą trasę. Podróżowałem w półśnie, bez mapy (…). Podróżowałem jak ktoś, kto wychodzi naprzeciw przymierzu żywych i umarłych i wie, że wszędzie zostanie przyjęty z przeświadczeniem, że można mu zaufać, bo jest pojętny i wrażliwy na to, co ludzkie i co boskie, a co po drodze będzie roztaczać się przed oczami. Chyba tylko tak warto podróżować” (s. 6–7).

Dziennik poleciłabym nie tylko miłośnikom Máraiego, nie tylko czytelnikom wybierającym wysoką jakość merytoryczną zapisu i błyskotliwy styl, ale przede wszystkim tym, którzy uwielbiają śledzenie losów książek. Zwracam szczególną uwagę na świetne komentarze do tekstu profesora Marka Dziekana i posłowie Ireny Makarewicz, autorki znakomitego przekładu. Inwencja i precyzja to jej znaki rozpoznawcze.

Powieść Petry Hůlovej „Krótka historia Ruchu” rozgrywa się w bliżej nieokreślonym futurum. Precyzyjne zdefiniowanie tego czasu wiąże się z koniecznością zweryfikowania trafności naszych poglądów na świat, a zwłaszcza poziomu świadomości i umiejętności szacowania tempa zmian, które teraz zauważamy. W fabule czeskiej pisarki nie jada się już jajek i mięsa, a przede wszystkim minęły czasy marketingu opartego na seksualności kobiet. Jeśli czytelnik jest optymistą, narracja toczy się w bliskiej przyszłości, jeśli jest pesymistą, przesunie ją do przodu o dwie lub trzy dekady. Te decyzje są ważne, bo czeska autorka zastawia na nas pułapki i ciągle każe odpowiadać na pytania, a pada ich wiele i każde z nich jest bardzo niewygodne.

Fot. Materiały wydawcy

Narratorka Věruška jest wykwalifikowaną pracownicą Instytucji, która zajmuje się erotyczną resocjalizacją mężczyzn. Po siermiężnym ciemnoczasie, w którym panował patriarchat, a wartość seksualna kobiet mijała wraz z ich pierwszą zmarszczką, nadeszła nowa era, jasnoczas, a – jak wiemy i o czym brutalnie przekonuje nas Hůlová – rewolucja wymaga ofiar. Nowe standardy wymagają pracy u podstaw, a za podstawę Instytucja wybrała erekcję. Przywożeni przez żony lub matki źle prowadzący się mężczyźni przechodzą kilkuetapowy kurs, który ma zmienić ich światopogląd. Kiedyś sprzedawano nagość kobiet, więc ceną za nią ma być regulacja seksualności mężczyzn. Kim jest absolwent Instytucji? Przede wszystkim człowiekiem, który dostrzega w kobiecie wyłącznie jej wewnętrzne piękno, który nie reaguje na ponętne ciała zatrudnionych do testów „realek”. Turnusy organizowane przez Instytucję prowadzone są w byłych zakładach przetwórstwa mięsnego i mają, koniec końców, zagwarantować kobietom wolność. Skoro usunięto model ideału kobiecego ciała i skoro nikt już nie będzie punktował ich za wygląd, a nawet same pozbyły się nawyku porównywania z innymi, to mogą jeść, co chcą, i chodzić w dresach. Uczestnictwo w kursie wymaga dyscypliny i społecznej izolacji, nie wszyscy mogą być dopuszczeni do końcowych egzaminów, bo pracownice i dyżurujące przeprowadzają nocne testy, kontrolują podejrzane zachowania, karzą za posiadanie pornografii, a nawet zatrudniają szpiegów.

Przywożeni przez żony lub matki źle prowadzący się mężczyźni przechodzą kilkuetapowy kurs, który ma zmienić ich światopogląd. Kiedyś sprzedawano nagość kobiet, więc ceną za nią ma być regulacja seksualności mężczyzn.

Hůlová projektuje przyszłość w oparciu o grę dwóch silnych nurtów: zmierzchu patriarchatu i świtu wyzwolenia kobiet. Celowo piszę o wyzwoleniu, a nie matriarchacie, bo nie jestem pewna, czy autorce chodzi wyłącznie o podmienienie jednej struktury na drugą. Co prawda reguły rządzące pracą Instytucji wskazują, że mamy do czynienia ze społeczną kastracją mężczyzn (to jedno z głównych, choć nie wyrażanych explicite, założeń Ruchu), ale im bardziej zagłębiamy się w narrację, tym więcej widzimy oznak wahania i dowodów na to, że w gruncie rzeczy niewiele się zmieniło. Powstanie Ruchu zainicjowała mała dziewczynka Rita, która jako pierwsza postawiła fundamentalne pytanie: „mamo, dlaczego ta pani jest goła?” (s. 19). Ta fraza, jakże rymująca się z finałem baśni Andersena, doprowadziła do przełomu, chociaż „dziś nikt już nie pamięta, czy pełne piersi upchnięte w ciasnym staniczku i pośladki w wyciętych figach były reklamą orzeszków ziemnych, masła ziołowego, salonu lakiernictwa samochodowego czy podręcznego ciśnieniomierza najnowszej generacji, wszyscy za to pamiętają pytanie małej dziewczynki. Krok milowy” (s. 19).

Kolejne kroki towarzyszące rewolucji seksualnej Ruchu można przedstawić, prezentując miejsca detonacji, za którymi stała Rita. Wysadziła w powietrze parlament (na znak protestu przeciwko męskiemu światu polityki), a później także klinikę chirurgii plastycznej i centrum handlowe (które utwierdzały kobiety w błędnych przekonaniach na temat wyglądu i atrakcyjności). Aktywistki walczyły o nową jakość życia, a wielbiciele starego porządku tworzyli własne oddziały, między innymi Gwardię Męskości oraz schowane w górach i leśnych ostępach squaty i jednostki quasi-militarne. Oczywiście słuszny punkt wyjścia – eliminacja kobiecej nagości z rynku marketingowego i zmiana narracji społecznej – przybrał szybko wszelkie znamiona ekstremizmu. I tutaj pojawia się kluczowe pytanie o „Krótką historię Ruchu”: ile jest warta rewolucja w dobrej sprawie, jeśli opiera się na ofiarach, przemocy i łamaniu praw człowieka?

Wizja Hůlovej może być świetnym pretekstem do większej debaty. Prowokuje, stawia pytania, oczywiście w oparciu o własne postrzeganie szeroko pojętego feminizmu, ale powieść budzi także wiele wątpliwości. Po pierwsze, dlaczego projekcja przyszłości, a zwłaszcza kierunku, w jakim wyewoluowała nasza teraźniejszość, miałaby się koncentrować głównie na seksualności? To zbyt duże uproszczenie, które nie uwzględnia zróżnicowania poglądów i zrównoważonego zagospodarowywania ról społecznych między płciami. Nie każdy, kto farbuje włosy, neguje feminizm, i nie każdy, kto inwestuje w zabiegi estetyczne, hołduje patriarchatowi. Celowo nie użyłam rodzaju żeńskiego. Podobnie jest z bardzo stereotypową kwestią relacji między poglądami a wykształceniem. Hůlová kilkukrotnie podkreśla, że kobiety, które chętnie zgłaszały się do klinik chirugii plastycznej, były zacofanymi wieśniaczkami, że chęć podobania się była odwrotnie proporcjonalna do ich świadomości. Pisarka, pokazując wzorowych absolwentów Instytucji, załączyła portrecik ojca pchającego wózek z dzieckiem. Nie wiem, czy to właściwy symbol futuryzmu. Ta konstrukcja, chociaż rozumiem konieczność wprowadzania skrótów myślowych do tekstu, wydaje mi się jednak zbyt powierzchowna i stereotypowa. Hůlová nie chce sobie strzelić w stopę, więc może celowo buduje taki obraz przyszłości? Chociaż znowu mam wątpliwości, bo oznaczałoby to, że pisarka nie do końca zgadza się z postulatami stawianymi przez feminizm i radykalnie je upraszcza.

Dlaczego projekcja przyszłości, a zwłaszcza kierunku, w jakim wyewoluowała nasza teraźniejszość, miałaby się koncentrować głównie na seksualności?

Ostatnie części powieści ukazują naszą narratorkę w nietypowych dla niej sytuacjach, Věruška odwiedza ośrodek dla niereformowalnych kobiet, które jeszcze nie pozbyły się dawnych przyzwyczajeń i trzeba je wprowadzić w stan śpiączki farmakologicznej. Bohaterka spisuje memuary, by mieć pamiątkę swojej pionierskiej pracy dla dobra Ruchu. W nowych dekoracjach nie czuje się komfortowo, głównie z powodu testów, jakie przechodzi. Podczas jednej z prób, mających na celu potwierdzenie jej postawy i zaangażowania, padają słowa: „tak wyobrażała sobie pani jasnoczas? Jak jedną wielką wtopę, którą jest pani gotowa w każdej chwili usprawiedliwić?” (s. 155). Jest zaskoczona, udziela „właściwej” odpowiedzi, ale przy okazji potwierdzenia lojalności i zaangażowania narratorki możemy przez chwilę dostrzec pocieszający ubytek w tej misternie budowanej koncpecji. Dlaczego tylko przez chwilę? Bo ostatnie akapity książki ukazują Věruškę jako samotną, nieszczęśliwą kobietę „tęskniącą za miłością i czułością” (s. 170). Kobietę spełnioną w absurdalnej, bo skazanej na fiasko pracy, dla której awans oznacza możliwość spędzania dłuższego czasu w samotności. Czyżby przyszłość prokobiecego myślenia w gruncie rzeczy wynikała z problemów w związkach? Czy ten finał nie sugeruje, że nieudane życie miłosne ułatwia zaangażowanie w systemową kastrację mężczyzn?

Powieść Hůlovej zmusza do rewizji i sprawdzenia naszych reakcji na prowokującą propozycję autorki, ale także skłania do refleksji, bo pisarka przemyca wiele trafnych myśli dotyczących naszej współczesności (od kwestii seksualnych po ekologiczne), a wszystko w świetnym przekładzie Julii Różewicz, która ma wyjątkowy dar przenoszenia dynamicznej, potocznej frazy autorki do polszczyzny. Przyjemność czytania podszyta ideologicznymi wątpliwościami gwarantowana!

Facebook Facebook Facebook

Nasz serwis internetowy używa plików cookies w celach określonych w polityce prywatności.

AKCEPTUJĘ REZYGNUJĘ