01 (01) 2021 | | Proza

Cofka

Kinga Piotrowiak-Junkiert

Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu

Właściwie to nie była niczyja wina. Od kiedy pamiętam, zawsze w drugim tygodniu lutego wywoływaliśmy wujka. Zwykle zbiegało się to z feriami, bo kiedy siedzieliśmy w domu uwięzieni przez zaspy śniegu, szybko kończyły się pomysły na długie zabawy. Najpierw robiliśmy gigantyczną makietę wąwozu z setką ręcznie malowanych żołnierzy, którym wymyślonymi imionami podpisywaliśmy stopy. Później znikaliśmy na długie godziny na strychu, gdzie nigdy nie obyło się bez wyciągania terenowej mapy umocnień, a na koniec budowaliśmy przy piecu legowisko z koców i krzeseł. Wlekliśmy kołdry z całego domu, by wić z nich kokony. Przecież wiadomo, że każdy etap tych zabaw nieuchronnie prowadził do zniesienia z góry starego stołu z zaciętą szufladką i wysłania w zaświaty serii zakodowanych zdań. Wujek pojawiał się po krótszej chwili, jak zawsze kompetentnie milczący i lekko nadąsany, co podobno jest podręcznikową cechą duchów.

Tym razem wszystko toczyło się według starego porządku. Na obiad był barszcz na karpiej głowie, gniecione ziemniaki, kopcowana marchew i sadzone jajko. Po wytarciu talerzy i schowaniu garnków do spiżarni przebieraliśmy wysuszoną lipę i załadowaliśmy ją do wielkich słoików. A po skończonej robocie przenieśliśmy się na strych, gdzie już czekało brezentowe niebo z naszytymi gwiazdami. Kawalkady i zasypywanie okopów trwało do późnych godzin, ale jak każda, nawet najdłuższa zabawa, ta także skończyła się na krawędzi wanny, w której Batorowa mieszała ręką pianę. Po napaleniu w piecu i wygrzaniu pod kołdrą, usiedliśmy w naszych gałganach wokół stołu i rzuciliśmy w eter zwyczajowe zdanie: „JAK SIE MASZ?”. Zanim wujek dopisał sobie w myślach brakujący ogonek pod  „e”, wysłaliśmy jeszcze drugie pytanie (zdaniem Tadzika zbyt pochopnie): „U NAS MASA SNIEGU”. Wujek, zamiast pojawić się i zawisnąć w fioletowym obłoczku nad obrusem, zaczął kiwać się nad telewizorem, potem utknął pod karniszem i nawet falowanie zasłoną nie wypędziło go z rogu. Pomrukiwał coś co chwilę, jak dziadek Stachu, gdy mu mowę odjęło po udarze. „No mów, wujku, mów!” – namawiał Tadzik. Ale co miał biedak powiedzieć? Hulał jak szalony i rąbał piętami w maszynę do szycia.

Najgorsze, że wujek nie chciał zniknąć. Nie cofał się i, o zgrozo, coraz śmielej sobie poczynał. Zarzucił nogę na nogę, widać mu było gołą łydkę i ciągle bulgotał. Poczekaliśmy z godzinę, ale nie dał się uprosić, więc zdmuchnęliśmy kadzidełko do odczyniania i poszliśmy spać. Tadzik był pewien, że będzie jak w pierwszą rocznicę śmierci ciotki Tereski, której tak się podobało wypytywanie, że też nie chciała się cofnąć. Wtedy pomogło doczekanie do świtu. Ciotka zniknęła, zanim wstaliśmy.

Rano obudziłem się przed Tadzikiem, zdążyłem połamać w palcach wykrochmalony róg od poszewki, zerknąłem, czy Tadzik nie śpi, ale spał w najlepsze, więc wstałem i poczłapałem do stołowego sprawdzić, co tak szura za ścianą. Myślałem, że to z kuchni dochodzą odgłosy kocich misek albo że to bojler stęka, ale dom jeszcze spał. Za to na piecu majtał nogami jak dzieciak wujek Ludwik. Znudzony i cały w grymasach. W końcu, zamiast zabulgotać, odkaszlnął i zasunął wschodnim akcentem:

– Nigdzie nie znalazł uwędzonej ryby!

Pies i duch od razu wyczują, że się ich boisz, więc lekko rzuciłem:

– A szukałeś w piwnicy? Dziadzio dymił wczoraj wiśnią szczupaki. Musi coś wisieć.

– Eee! – Machnął obrażony. – Toto za grosz zapachu nie ma.

Uznałem, że w tym przypadku kawałkiem wędzonej sielawy możemy ugrać więcej niż sądzimy, więc obiecałem:

– Załatwię rybę tuż po śniadaniu. Pojadę do wioski na rowerze i wyproszę od kogoś. Coś jeszcze? Nie będę dwa razy jeździł.

– Nożyk do ołówków, postrugałbym sobie w kieszeń. Jak będę wracał do siebie, w odmęty, to sobie w szorstkie strużki palce wsadzę. O!

Cały Ludwik. Poczułem na plecach ciepły oddech zaspanego Tadzia, który musiał być nieźle zdumiony butami wujka na wysokości żyrandola (właśnie wisiał zaczepiony na obcasach).

– No wujku, ale musi być umowa, ryba, nożyk do ostrzenia i cofka – licytował Tadzik.

Oczywiście wujek nadął się, jakby połknął chmurę i gapił się w talerzyk na ścianie.

– No wujku… zgódź się, wiesz, jaka będzie afera! – prosiłem.

Ale wujek przeciągał strunę jak umiał. 

– I partyjka! – trzasnął asem karo.

Tadzik, który za rok kończył podstawówkę i miał już spore doświadczenie z duchami, machnął ręką.

– Niech będzie, ale tylko jedna! I żadnych figli! Słyszy wujek?

Tadzik kazał wujkowi powtarzać na głos słowa przysięgi. Wujek powtórzył, dąsając się jak dwulatek. Słowo to słowo. Mieliśmy go w garści.

– Rozumiemy się? – o moja święta naiwności.

Wujek pokiwał głową, a wieczorem zagraliśmy przy wytargowanym węgorzu z soli. Zeszła tylko jedna porcja nafty. Poukładaliśmy na miejsce piony (wieże do wież, konie do koni) i pobawiliśmy się jeszcze w trójkę latarkami.

Kiedy spuszczaliśmy łódkę po zejściu pierwszych lodów, stanęliśmy jak wryci.

– Ale ruszyła! Ty smarowałeś? – spytałem.

– Jasne, wyciągnąłem na pomost, obróciłem burtę i podgrzałem smołę na palniku – rzucił trzynastoletni Tadzik.

– No to kto? – zacząłem i już zachłysnęliśmy się wybuchem śmiechu, gdy nagle zza krzaka wyszła sąsiadka z plebanii. Ostentacyjnie zwolniła i poprawiała loki, więc wydęliśmy usta, żeby sobie nie myślała, że wciąż nic nie wiemy o całowaniu. 


Facebook Facebook Facebook

Nasz serwis internetowy używa plików cookies w celach określonych w polityce prywatności.

AKCEPTUJĘ REZYGNUJĘ