01 (01) 2021 | | Proza

Apokryf pierwszy

Kinga Piotrowiak-Junkiert

Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu

Z narodzeniem Feli było tak.

W połowie lutego, w porze wykradania kur, zaczęły wyć lody na rzece. Głęboko w dole przyspieszyła woda i zawirowała gęsto wzdłuż brzegów. Później zaczęła się kołysać z taką siłą, że popękała lodowa skorupa. Dudnienie nurtu i trzaski lodu spłoszyły chmary ptaków, które wzbiły się do lotu i poszybowały nad cerkiew. Ich niespokojne nawoływania zbudziły Jerkową. Starucha wystawiła głowę spod pierzyny, otworzyła jedno oko, posłuchała powietrza i w mig pojęła, w czym rzecz. Ruszyła do szafy, włożyła kilka koszul jedna na drugą, potem wyszukała po omacku grubą spódnicę, naciągnęła rajstopy i zniknęła na chwilę w spiżarni.

Szła przez pola szybkim krokiem z zieloną łunką nad czołem. Postawiła na brzegu wiadro, położyła widły, sieci i nóż. Usiadła obok i w pośpiechu ściągnęła dół ubrania. Ze spódnicy zrobiła tobołek, ukryła w nim buty i rękawice, zawiązała wszystko parą rajstop. Poprawiła jeszcze opadającą na oczy chustę i ruszyła prosto w wodę. Nachyliła się nad pierwszą krą, wybiła styliskiem dziurę w lodzie i po wycięciu szerszego otworu ostrożnie wsunęła do środka więcierze. Poruszała końcem linki tak długo, aż sieci rozchyliły się, otwierając łuki i czasze. Długo przykładała ucho do kry i słuchała tętna głębiny. Wycięła przeręble jeszcze w kilku miejscach, aż w końcu poczuła ciężar. Uklękła gołymi kolanami na lodzie i zaczęła coś mówić do wody. Mamrotanie Jerkowej przeszło w mruczenie, a mruczenie w śpiew. W końcu umilkła, wstrzymała oddech i szybkim, pewnym ruchem wyszarpnęła swoją zdobycz. Wyjęła ją z ażurowego klosza, szybko włożyła pod płaszcz na piersiach i ruszyła biegiem do domu, porzucając na śniegu wszystko, z czym przyszła. Na wysokości czarnego sadu przyciśnięte do ciała zawiniątko drgnęło. Jerkowa odchyliła delikatnie połę, by dać mu haust powietrza. – No już, malutka – powiedziała w ciemnościach. I nim obłok gorącego oddechu rozwiał się nad polami, były w domu. Zamknęła drzwi i okna, nastawiła wodę na wrzątek. Bose stopy zamarzły. Przez skórę prześwitywały błękitne kryształy krwi. Jerkowa napełniła płuca dziewczynki własnym oddechem i położyła ją na dnie pierzyn.

Ptaki wróciły nad rzekę dopiero o świcie. Gdy mijały zatoczkę szczupaków, dostrzegły w dole roztańczony czarny punkcik. To Władek stał na brzegu i śmiał się jak głupi do gwiazd.


Facebook Facebook Facebook

Nasz serwis internetowy używa plików cookies w celach określonych w polityce prywatności.

AKCEPTUJĘ REZYGNUJĘ