<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Felietony | Kalejdoskop Kultury</title>
	<atom:link href="https://kalejdoskopkultury.pl/kategoria/felietony/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>https://kalejdoskopkultury.pl/kategoria/felietony/</link>
	<description></description>
	<lastBuildDate>Mon, 09 May 2022 08:43:00 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl-PL</language>
	<sy:updatePeriod>
	hourly	</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>
	1	</sy:updateFrequency>
	<generator>https://wordpress.org/?v=6.0.3</generator>
	<item>
		<title>Muri Uniwersalne</title>
		<link>https://kalejdoskopkultury.pl/uniwersytet-muri/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Adam Lipszyc]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 20 Dec 2021 21:12:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Felietony]]></category>
		<category><![CDATA[benjamin]]></category>
		<category><![CDATA[franz]]></category>
		<category><![CDATA[kafka]]></category>
		<category><![CDATA[lipszyc]]></category>
		<category><![CDATA[muri]]></category>
		<category><![CDATA[online first]]></category>
		<category><![CDATA[scholem]]></category>
		<category><![CDATA[uniwersytet]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://kalejdoskopkultury.pl/?p=1586</guid>

					<description><![CDATA[<p>Uniwersytet Muri odrodził się, kiedy samozwańczy pseudokanclerz nadał mu imię Franza Kafki. Odtąd ta podwójnie kanciarska uczelnia – podróbka źródłowej blagi, fantom widma – rozwijała się już bez oporów.</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/uniwersytet-muri/">Muri Uniwersalne</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p><span class="meta-lead lead">Ta szczególna instytucja powstała w roku 1918 w miejscowości Muri pod Bernem. Przedpierwszym, fundacyjnym aktem, który umożliwił narodziny uczelni, była odmowa udziału w wielkowojennym czynie zbrojnym: Uniwersytet Muri założył dekownik Walter Benjamin wraz ze swoim przyjacielem, symulantem Gerhardem (Gershomem) Scholemem. Wedle dokumentu opatrzonego tytułem „Acta Muriensa” na portalu uczelni widnieć miał napis: „Lirum larum skład z łyżkami, dzieci dręczą pytaniami”.</span></p>



<p>Zgodnie z tą głęboką zasadą instytucja zapraszała do współpracy najtęższe głowy swoich czasów. I tak w ramach działalności Uniwersytetu słynny badacz dogmatyki kościelnej Adolf von Harnack wygłosić miał wykład „Jajko wielkanocne: zalety i zagrożenia”, a Zygmunt Freud – odczyt „Skąd się biorą małe dzieci” oraz pogadankę „Wyjaśnienie kilku dowcipów”.</p>



<figure class="wp-block-image size-medium"><img src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Adam-Lipszyc-e1638860533368-255x300.jpg" alt="" class="wp-image-1838"/><figcaption>Adam Lipszyc.<br>Fot. Archiwum prywatne</figcaption></figure>



<p>Potem oczywiście zrobiło się poważniej i twórcom Uniwersytetu coraz mniej było do śmiechu. Benjamin nie zdołał uzyskać habilitacji, a zatem i prawa do nauczania na jakimkolwiek uniwersytecie poza Muri. Odtąd zmuszony był wieść niepewny żywot krytyka literackiego, recenzenta i tłumacza. Pod koniec lat dwudziestych rozpoczął swój niezbyt konsekwentny flirt z komunizmem i bardzo konsekwentny eksperyment z materialistycznymi analizami kultury we wszystkich jej wymiarach. W roku 1933 uciekł z Niemiec do Paryża, gdzie aż do samobójczej śmierci w roku 1940 pracował nad słynnymi „Pasażami”. Scholemowi tylko z pozoru wiodło się lepiej. Jako anarchizujący syjonista kulturowy już w 1923 roku wyjechał do Palestyny, gdzie kilka lat później uzyskał posadę na powstałym właśnie Uniwersytecie Hebrajskim. Przepracował w tej instytucji kilkadziesiąt lat, a w roku 1982 umierał jako światowej sławy znawca dziejów żydowskiej mistyki i teologii judaizmu w ogóle. </p>



<figure class="wp-block-pullquote is-style-default"><blockquote><p> Uniwersytet Muri odrodził się sześćdziesiąt pięć lat później, kiedy samozwańczy pseudokanclerz nadał tej instytucji imię Franza Kafki. Odtąd ta podwójnie kanciarska uczelnia – podróbka źródłowej blagi, fantom widma – rozwijała się już bez oporów i bez opamiętania </p></blockquote></figure></p>



<p>Za fasadą tego niewątpliwego sukcesu skrywało się jednak głębokie rozczarowanie: rozczarowanie kierunkiem, jaki obrał syjonizm, rozczarowanie niedokonanym odrodzeniem żydowskiego ducha, rozczarowanie własnymi jedynie-profesorskimi osiągnięciami – czymś, co on sam określał mianem śmierci w profesurze. Rzeczywiście, choć dojrzałe historyczne dzieła Scholema są po prostu olśniewające, jego największych intelektualnych dokonań szukać trzeba w dziennikach powstających w okresie najściślejszych kontaktów z Benjaminem, w kilku krótkich, ezoterycznych tekstach z lat 20. i 30. oraz w jego pasjonującej korespondencji z przyjacielem. Korespondencja ta osiągnęła maksimum intensywności, gdy w latach 30. luminarze Muri prowadzili słynną dyskusję dotyczącą dzieła Franza Kafki, w której dylematy literaturoznawcze, filozoficzne i teologiczne zaplatają się z kwestiami politycznymi i geograficznymi. Ostatnie odcinki tej korespondencyjnej debaty, której zapis należy uznać za najwspanialszy rezultat działalności Uniwersytetu Muri, pochodzą z roku 1938. Wkrótce potem Benjamin już nie żył, Scholem zarzucił swoją działalność ezoteryczną, a Uniwersytet przeszedł w stan hibernacji.</p>



<p>Odrodził się sześćdziesiąt pięć lat później, kiedy samozwańczy pseudokanclerz nadał tej instytucji imię Franza Kafki. Odtąd ta podwójnie kanciarska uczelnia – podróbka źródłowej blagi, fantom widma – rozwijała się już bez oporów i bez opamiętania. O ile w swojej wyjściowej postaci Uniwersytet miał tylko dwóch, za to genialnych pracowników, o tyle w wersji odnowionej postawiono na liczebność kadry i geo-dyscyplinarne rozplenienie instytucji. Podobnie jak Związek Policjantów Mówiących w Języku Jidysz oraz Unia Ludzi Pióra Nienależących do Kręgu Stefana Georgegoodnowiony Uniwersytet Muri ma charakter uniwersalny. Mamy filie w Bydgoszczy, Frankfurcie nad Menem, Wiązownie nad Świdrem, Tel Awiwie, Krakowie, Bogocie, Gdańsku, Otwocku i Poznaniu, a także, okresowo, w Olecku, Lubomierzu i Stręglu. W szeregi wykładowców wstępuje się na mocy samowolnej decyzji kanclerza, który w przypływie nieuzasadnionej miłości do ludzi bezrozumnie szafuje stanowiskami, etatami i katedrami. Jak grzyby po radioaktywnym deszczu w ramach Uniwersytetu rodzą się wydziały, zakłady i pracownie, oddające się badaniu najróżniejszych, a kompletnych głupot. Aż dziw, że w takim natłoku sucharowych niedorzeczności i narcystycznego samozachwytu przez osiemnaście lat działalności (spokojnie, dojrzałość nam nie grozi) Uniwersytet był w stanie pracować bez wytchnienia, organizując zupełnie przyzwoite seminaria, zwołując nienajgorsze konferencje i wypuszczając na mało zainteresowany rynek kolejne tomy i tomiki wypracowań poświęconych filozofii i literaturze. Rynek trudno zresztą winić, bo piszemy tylko o swoich i dla swoich.</p>



<p>Uniwersytet Muri im. Franza Kafki założono po to, by wyśmiewać jałowiznę życia akademickiego i jego instytucjonalnych form, lecz także by naprawdę robić to, co w ramach tych form robić się miało, ale z różnych powodów robi się tylko czasem. W tym sensie UMFK jest, najskromniej mówiąc, bezpośrednią i absolutną materializacją platońskiej idei uniwersytetu. Inne uczelnie to blade cienie tej prześwietnej instytucji. Gdy między łowieniem grantów a wypełnianiem tabelek, między posiedzeniami rad naukowych a obradami komisji na moment siadacie na tyłkach i robicie swoje, przez ułamek chwili oddychacie powietrzem Muri. Owszem, niektórzy z nas pracują także na tych zwyczajniejszych uczelniach, ale Uniwersytet Muri to zazdrosne bożyszcze. Jeżeli jakąkolwiek posadę cenisz sobie wyżej niż bezpłatny etat na UMFK, twoje notowania spadają; jeżeli cokolwiek sprawia ci większą przyjemność niż niekończąca się gadanina o pisaninie i niekończąca się pisanina o gadaninie, twoje notowania spadają. Jeszcze nikogo nie wylaliśmy, ale przecież zawsze możemy! W każdym razie Uniwersytetowi nic nie zaszkodzi – ani kapryśni grantodawcy, ani jeźdźcy ideologicznej apokalipsy. Jesteśmy wszędzie. Żyjemy powietrzem i kradzionymi książkami. Tak jest najprzyjemniej, ale też najbezpieczniej. Nie można zniszczyć czegoś, czego nie ma.<br><br></p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/uniwersytet-muri/">Muri Uniwersalne</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Sztuka etykiety</title>
		<link>https://kalejdoskopkultury.pl/sztuka-etykiety/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Łukasz Najder]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 20 Dec 2021 21:10:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Felietony]]></category>
		<category><![CDATA[flejm]]></category>
		<category><![CDATA[internet]]></category>
		<category><![CDATA[media społecznościowe]]></category>
		<category><![CDATA[Najder]]></category>
		<category><![CDATA[online first]]></category>
		<category><![CDATA[sieć]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://kalejdoskopkultury.pl/?p=1816</guid>

					<description><![CDATA[<p>Pamiętam bicie drewnianym piórnikiem w dłoń, dźganie wskaźnikiem od map w żebra, targanie za uszy. Działo się to nie w zaborze pruskim półtora wieku temu, ale w łódzkiej podstawówce w schyłkowym PRL-u. </p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/sztuka-etykiety/">Sztuka etykiety</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p><span class="meta-lead lead"> Pamiętam bicie drewnianym piórnikiem w kruchą, wyciągniętą dłoń trzecioklasisty, bolesne dźganie wskaźnikiem od map w żebra i brzuch, targanie za uszy, podnoszenie za te małe włoski na karku, walenie dziennikiem po głowie czy spektakle poniżenia. Działo się to wszystko nie w zaborze pruskim półtora wieku temu czy też amerykańskim filmie pokroju „Uśpionych”, ale w łódzkiej podstawówce w schyłkowym PRL-u. </span></p>



<p>Media społecznościowe to na pozór kakofonia opinii i świadectw, przelewająca się od rana do wieczora struga zbiorowej świadomości – wezbrana, bulgocząca – niemilknący zgiełk emocjonalnych, odruchowych reakcji na emocjonalne, odruchowe reakcje na emocjonalne, odruchowe reakcje, i tak w nieskończoność. Wystarczy jednak spędzić wewnątrz Twittera czy Facebooka dość czasu, by zorientować się, że w tym chaosie są pewne stałe – solidne kolumny z kamienia obmywane przez szeroki, wściekły nurt aktualizacji statusów, apokaliptycznych nagłówków, fejków wyglądających jak newsy i newsów okazujących się fejkami. Na przykład doroczne flejmy.</p>



<figure class="wp-block-image size-medium"><img src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/najder_maly-e1638832007995-235x300.jpg" alt="" class="wp-image-1834"/><figcaption>Łukasz Najder.<br>Fot. Archiwum autora</figcaption></figure>



<p>Flejmy te to intensywne wydarzenia zbiorowe o charakterze retoryczno-moralizatorskim mające za temat i punkt wyjścia rocznicę jakiegoś narodowego doświadczenia bądź skorelowaną z porą roku kwestię bieżącą, aczkolwiek powtarzalną. U końca lipca zatem wybucha spór o Powstanie Warszawskie, z kolei wraz z dżdżystym początkiem listopada o Marsz Niepodległości. Grudzień jest miesiącem smogu, etycznych wątpliwości co do zakupu ryb żywych i starcia właścicieli udomowionych czworonogów z użytkownikami fajerwerków. W styczniu toczy się wojna o WOŚP, w maju – wokół raportu o stanie czytelnictwa w Polsce, latem rusza ofensywa antyparawaniarzy, przez cały rok natomiast kłócimy się o szczepionki i nazbyt głośne dzieci w przestrzeni wspólnej.</p>



<figure class="wp-block-pullquote is-style-default"><blockquote><p>Nie jest łatwo wskazać, w którym dokładnie miesiącu wybije tęsknota za bezpowrotnie przepadłą, niewinną i szlachetną przeszłością, ale w ciemno można obstawić, że wybije na pewno.</p></blockquote></figure></p>



<p>Drugi taki przypadek stanowią erupcje nostalgii. Nie jest łatwo wskazać, w którym dokładnie miesiącu wybije tęsknota za bezpowrotnie przepadłą, niewinną i szlachetną przeszłością, ale w ciemno można obstawić, że wybije na pewno. Zawsze wybija. Pretekstem jest zazwyczaj któraś z tych dystrybuowanych niczym łańcuszek opowieści o „nas, urodzonych w latach 60., 70., 80.”, szczęśliwcach, co zaznali wspaniałego dzieciństwa, wspaniałego, bo pozbawionego kurateli nadopiekuńczych rodziców i zbiegłego w świecie wciąż na swój sposób dzikim, nieprzewidywalnym, bogatym w autentyczne wyzwania. Na ów zew odpowiadają tysiące osób, które czym prędzej dzielą się swoim żalem z powodu utraconego dostępu do kraju lat podwórkowych. Większość z nich pomstuje zarazem na teraźniejszość – czas niegodny, bo oczyszczony z ryzyka i niebezpieczeństwa, a wypełniony funkcjonalnymi urządzeniami, takimi jak telefon komórkowy zapewniający kontakt z potomkiem bądź kask rowerowy, które czynią ze szczenięctwa grę przewidywalną i z włączonym na stałe poziomem <em>easy</em>.</p>



<p>Jednym z wariantów tej narracji, który ostatnio znowu robi niemałą furorę w uniwersum polskiego Facebooka i Twittera, jest coś na kształt topornego mema, na który składa się zdjęcie szkolne z okresu PRL-u – klasyczny układ: cztery rzędy dzieci w niebieskawych uniformach plus natapirowana wychowawczyni – i odezwa wykorzystująca, najpewniej bezwiednie, rytmy mickiewiczowskiej „Ody do młodości”: „Bez 500+, bez 300+, z kromką chleba ze smalcem, albo i bez, bez gadżetów, z tornistrami z tektury, z wakacjami na podwórku pod domem, bez pretensji i żądań do całego świata, z szacunkiem dla starszych, rodziców i nauczycieli”. Oczywiście to kolejna okazja dla internetowej braci po trzydziestce, by oddać się rytualnym zaśpiewom i wskrzesić, choćby i na chwilę, tamtą idyllę – zapach prawdziwej kredy, bagienną woń gąbki do ścierania tablicy, świetlicę przesyconą aurą obiadu, smak własnej krwi, gdy ostrze agrafki, którą mocowano tarczę do kieszonki nonajronowego fartuszka, uraziło w małoletni, wrażliwy opuszek.</p>



<p>Tyle że mamy tu zazwyczaj do czynienia z czymś więcej aniżeli tylko pokoleniowym seansem mediumicznym – z czymś z pewnością nie tak niewinnym, jak można by pochopnie i po dość pobieżnej obserwacji sądzić. W samej nostalgii nie ma niczego złego, ale w nostalgii, która z jednej strony wypacza przeszłość, na tejże miejsce podstawiając fałszywy, ckliwy obrazek, a z drugiej służy jako zestaw narzędzi do krytykowania ludzi żyjących obecnie podług innych zupełnie wzorów, już z całą pewnością tak. Rozumiem potrzebę przebywania w grupie i wiary w to, że nasza płynna, wirująca, zmienna rzeczywistość ma jednak ostatecznie jakiś solidny fundament, a my wciąż możemy poobcować z czymś zacnym i czystym na przekór dominującej tandecie, komercji i wulgarności. Ale najlepiej, gdyby to wszystko odbywało się nie kosztem prawdy i nie za sprawą fałszywej idealizacji.</p>



<figure class="wp-block-pullquote is-style-default"><blockquote><p>Rozumiem potrzebę wiary w to, że nasza płynna rzeczywistość ma ostatecznie jakiś solidny fundament, a my wciąż możemy poobcować z czymś zacnym i czystym.</p></blockquote></figure></p>



<p>Zastanawiam się więc, czy nostalgicy wzdychający za „kochaną starą budą” nie pamiętają, a może po prostu usilnie pamiętać nie chcą, że szkoła przed 1989 rokiem – oraz jeszcze gdzieniegdzie w najntisach – to również kary cielesne wymierzane uczniom, uczniów tych publiczne ośmieszanie, jak i naprawdę wielu nauczycieli-tyranów, na sam widok których przewracało się w żołądku i sercu. Nigdy bym nie powiedział o sobie i swoich kolegach i koleżankach z tamtej dekady, że edukację odbieraliśmy w mrocznym, wyziębionym zamczysku pod okiem urodzonych sadystów i pasjonatów dyscypliny rodem z wojska, ale przecież nie była to również Akademia Pana Kleksa.</p>



<p>Pamiętam bicie drewnianym piórnikiem w kruchą, wyciągniętą dłoń trzecioklasisty, bolesne dźganie wskaźnikiem od map w żebra i brzuch, targanie za uszy, podnoszenie za te małe włoski na karku, walenie dziennikiem po głowie czy spektakle poniżenia – już to w rodzaju piętnowania „gaduł” wielkim, czerwonym jęzorem z kartonu zawieszanym na szyi, już to przy tablicy, na oczach całej klasy, gdy nauczyciel za nieprzygotowanie bądź nieudzielenie poprawnej odpowiedzi karał nie tylko dwóją, ale i ciągiem obelg, szyderstw, wyrazów obrzydzenia. Działo się to wszystko nie w zaborze pruskim półtora wieku temu czy amerykańskim filmie pokroju „Uśpionych”, ale w łódzkiej podstawówce w schyłkowym PRL-u.</p>



<p>O ile więc gloryfikacja tamtych czasów może być naturalną reakcją obronną organizmu, któremu przyszło zmagać się z ograniczeniami wieku średniego, i hołubieniem ideału żywota skromnego i antyhedonistycznego, o tyle już bezrefleksyjna aprobata dla dawnych metod wychowawczych, belfrów-autorytetów i zarządzania „młodym” za pomocą rygoru i strachu powiela obraz ucznia, a więc dziecka, jako osoby, wobec której nie trzeba honorować nietykalności cielesnej. Jest to wizja szkodliwa i krzywdząca – pomysł na społeczeństwo dość barbarzyńskie, w którym nauczyciel, ksiądz, sąsiad, trener czy „ktoś starszy” otrzymuje pozwolenie na przemoc wobec słabszego. Rzecz jasna czymś karygodnym jest odwrotność tej sytuacji, czyli agresja wobec ciała pedagogicznego i lekcje jako pokazy cyrkowe mające na celu wybicie uczniów z cynicznej blazy. Potrzebna jest nam zatem szkoła wyzbyta sankcji wziętych żywcem wprost z katalogu minitortur i pokazów upokorzeń, ale też niewymagająca od kadry nauczycielskiej ciągłego wkupywania się w łaski podopiecznych machinalnym luzem, nielimitowaną zgodą na korzystanie z elektronicznych gadżetów, pokornym znoszeniem młodzieńczych wybryków i złośliwości. Mile widziane byłoby też umieszczenie na pojemnikach z nostalgią etykiet ostrzegawczych, które by informowały, że przedawkowanie grozi zaburzeniem w ocenie tego, co – najczęściej słusznie – nieodwracalnie minęło.<br><br></p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/sztuka-etykiety/">Sztuka etykiety</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Pszczyński mikrokosmos dopełniała zieleń</title>
		<link>https://kalejdoskopkultury.pl/pszczynski-mikrokosmos/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Dorota Brauntsch]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 20 Dec 2021 21:08:02 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Felietony]]></category>
		<category><![CDATA[architektura]]></category>
		<category><![CDATA[etnografia]]></category>
		<category><![CDATA[online first]]></category>
		<category><![CDATA[Pszczyna]]></category>
		<category><![CDATA[skansen]]></category>
		<category><![CDATA[wieś]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://kalejdoskopkultury.pl/?p=1575</guid>

					<description><![CDATA[<p>Ziemia pszczyńska zachowała rolniczy charakter i swój zielony mikrokosmos, którego próg przekroczyłam w dzieciństwie, jeżdżąc do babci na wieś. Musiał ten świat już wtedy we mnie wsiąkać, a ja w niego.    </p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/pszczynski-mikrokosmos/">Pszczyński mikrokosmos dopełniała zieleń</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p><span class="meta-lead lead"> Gdybym miała wybrać jedno słowo opisujące pszczyńską architekturę wiejską, byłby to mikrokosmos. To on pociągnął mnie ku sobie i zaczarował, kiedy w 2016 roku postanowiłam fotografować murowane domy z przełomu XIX i XX w. w okolicach Pszczyny na Górnym Śląsku. Mikrokosmos, który wymyka się nam, przemija. </span></p>



<p>Ziemia pszczyńska to Śląsk nieoczywisty. „Wszystko jest tu zieleńsze, łagodniejsze (…), a <em>w krajobrazie coś mięknie</em>” – pisze w eseju o tym regionie prof. Zbigniew Kadłubek. „Stężenie Śląska maleje” – dodaje jeszcze, bo rzeczywiście brakuje tu typowych, czy też stereotypowych, śląskich widoków.</p>



<figure class="wp-block-image size-medium"><img loading="lazy" width="250" height="300" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/dorota_portret_radoslaw_kazmierczak_male-e1639261265140-250x300.jpg" alt="" class="wp-image-1883" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/dorota_portret_radoslaw_kazmierczak_male-e1639261265140-250x300.jpg 250w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/dorota_portret_radoslaw_kazmierczak_male-e1639261265140.jpg 622w" sizes="(max-width: 250px) 100vw, 250px" /><figcaption>Dorota Brauntsch.<br>Fot. Radosław Kazimierczak / archiwum autorki</figcaption></figure>



<p>Wychowałam się w tej zielonej miękkości, w tej niestereotypowości. Na co dzień nie widziałam szybów kopalnianych, hutniczych pieców, poczerniałych od sadzy kamienic. Pszczyna otoczona od północy pasem lasów, niegdyś Puszczą Pszczyńską, przytulona od wschodu do Wisły, z widokiem na Beskidy ku południu, nigdy nie stała się miastem górniczym. Pokłady węgla leżą tu za głęboko, ich wydobycie było nieopłacalne, co więcej, książę pszczyński Jan Hochberg XI, władający w regionie w drugiej połowie XIX w., zamknął wszystkie fabryki znajdujące się w okolicznych lasach i wyłączył ten obszar z wielkiej działalności przemysłowej. Ziemia pszczyńska zachowała rolniczy charakter.</p>



<figure class="wp-block-pullquote is-style-default"><blockquote><p>  Wychowałam się w tej zielonej miękkości, w tej niestereotypowości. Na co dzień nie widziałam szybów kopalnianych, hutniczych pieców, poczerniałych od sadzy kamienic. </p></blockquote></figure></p>



<p>I swój zielony mikrokosmos, którego próg przekroczyłam już pewnie we wczesnym dzieciństwie, jeżdżąc na weekendy i na wakacje do babci na wieś. Do jej starego ceglanego domu ze sklepioną wilgotną piwnicą wydrążoną w ziemi, potężnym strychem rozpalającym wyobraźnię, głęboką i zawsze jakoś dziwnie hipnotyzującą studnią, kwitnącym sadem. Musiał ten świat już wtedy we mnie wsiąkać, a ja w niego. &nbsp;&nbsp;&nbsp;</p>



<p>Potem przyszedł zachwyt architekturą. Mieszkając w okolicy, podziwiałam stare budynki, wypatrywałam gdzieś z drogi ukrytych w drzewach i krzaczorach czerwonych gospodarstw, ale też obserwowałam, jak niszczeją i giną. I dopiero smutek pchnął mnie do działania. Chciałam jakoś uwiecznić te zatrważająco szybko znikające domy, żal mi też było, że odchodzą, nie doczekawszy się żadnej nobilitacji, żadnego namysłu nad ich pięknem. Jeździłam więc na rowerze z aparatem, włóczyłam się po uliczkach Grzawy, Miedźnej, Łąki, Goczałkowic, rozmawiałam z właścicielami, robiłam zdjęcia starych siedlisk.</p>



<p>Przede wszystkim podziwiałam ich bryłę. Wielkie domostwa na rzucie prostokąta, o długości kilkunastu metrów, z sienią biegnącą na przestrzał i dzielącą dom na dwie części – mieszkalną i gospodarczą. Zazwyczaj zwrócone ścianą szczytową do drogi. Przykryte potężnym dwuspadowym dachem, z przydaszkami.</p>



<p>Urzekała mnie z jednej strony ich prostota, z drugiej – elegancja i majestatyczność. Moją uwagę przykuwało niezwykłe wyczucie proporcji, ceglane mury, ciągle jeszcze widoczne detale. I oczywiście wysiadki, czyli ławeczki zamknięte w półkolistym wejściu, zwane również przysiadkami, ustąpkami albo po prostu baba i chłop – bo po jednej stronie siadała gospodyni, a po drugiej gospodarz. Pięknie o takim wejściu opowiadał mi kiedyś architekt Piotr Kuczia, który mówił, że wygląda ono jak gest rozłożonych ramion, zaproszenie. Jakby dom mówił: „Witaj, proszę, wejdź do środka”.</p>



<p>To na wysiadkach mieszkańcy wsi przysiadali po pracy, by poobserwować mijających ich drogą ludzi, zapalić fajeczkę, poplotkować z sąsiadem. Przestrzeń gościnna, przyjazna, wygodna i praktyczna.</p>



<p>Albo szczyty ścian. Pięknie zdobione, obecne w najzamożniejszych pszczyńskich wsiach. Ściany te usytuowane były w kierunku drogi, zatem zdobienia były swoistą wizytówką gospodarzy i, nie da się ukryć, prześcigali się oni w pomysłach na dekoracje. &nbsp;Pojawiały się na ich szczytach kwiaty, kielichy, monstrancje, oko opatrzności, daty, węże, wschodzące słońce, serca czy inskrypcje. A także otwory wentylacyjne w kształcie rombów, księżyców, gwiazd. Większość tych zdobień znam tylko ze zdjęć lub opowieści. Nie zachowała się praktycznie żadna szczytowa dekoracja.</p>



<figure class="wp-block-pullquote is-style-default"><blockquote><p>Po&nbsp;dziś dzień pan Spyra żałuje, że&nbsp;nie&nbsp;podjął się wtedy tego wyzwania. Przetrwałby choć jeden piękny wiejski dom z&nbsp;oryginalną stolarką, wysiadkami i&nbsp;zdobieniami w&nbsp;szczycie.</p></blockquote></figure></p>



<p>Pszczyński mikrokosmos dopełniała zieleń. Do wejścia zazwyczaj prowadził sad, domy otoczone były dębami i lipami, w przydomowym stawie poiły się i kąpały zwierzęta. Po śląsku taki staw nazywamy gliniokiem, bo powstawał on po wykopaniu gliny potrzebnej na wyrób cegieł. Najstarsze siedliska, te z pierwszej połowy XIX w., wznoszone były z cegły wyrabianej ręcznie i wypalanej w piecach polowych. Dopiero jednak w drugiej połowie wieku, już po uwłaszczeniu oraz wraz z rozwojem cegielnictwa i zaostrzaniem pruskich przepisów przeciwpożarowych, murowanych domów chłopskich zaczęło przybywać.</p>



<p>Kolejną badaczką, która zwróciła uwagę na pszczyńskie wiejskie chałupy murowane, była dr Maria Lipok-Bierwiaczonek, która w latach 80. dokumentowała śląskie zabytki dla Fundacji Przestrzeni Górnego Śląska. Także znany działacz społeczny z regionu, założyciel skansenu w Pszczynie – Aleksander Spyra – próbował ratować murowane dziedzictwo wsi. Pisał o nim artykuły, chciał nawet przenieść jedną chałupę do skansenu, jednak ówczesny konserwator zabytków wybił mu to z głowy. Argumentował, że będzie to tylko makieta, nie zaś oryginalna substancja. Po dziś dzień pan Spyra żałuje, że nie podjął się wtedy tego wyzwania. Przetrwałby choć jeden piękny wiejski dom z oryginalną stolarką, wysiadkami i zdobieniami w szczycie. Konstruowałam zatem mój pszczyński świat z opowieści mieszkańców, architektów, historyków sztuki, konserwatorów zabytków, muzealników, rzemieślników i pasjonatów. Brakuje ciągle konkretów, kompleksowych badań, należytej ochrony i finansowego wsparcia dla właścicieli zabytkowych domów. Obawiam się, że na ratowanie jest już za późno. Chyba jestem przedstawicielką ostatniego pokolenia, które miało okazję doświadczyć pszczyńskiego mikrokosmosu.<br><br></p>



<p></p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/pszczynski-mikrokosmos/">Pszczyński mikrokosmos dopełniała zieleń</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Honoris causa</title>
		<link>https://kalejdoskopkultury.pl/honoris-causa/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Antonina Grzegorzewska]]></dc:creator>
		<pubDate>Wed, 23 Jun 2021 19:45:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Felietony]]></category>
		<category><![CDATA[akademia sztuk pięknych]]></category>
		<category><![CDATA[asp]]></category>
		<category><![CDATA[felieton]]></category>
		<category><![CDATA[grzegorzewski]]></category>
		<category><![CDATA[sztuka]]></category>
		<category><![CDATA[teatr]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://kalejdoskop.hadrysiak.com/?p=108</guid>

					<description><![CDATA[<p>Towarzyszyłam ojcu tamtego dnia, szczególnego także dlatego, że na uroczystości był obecny Stanisław Fijałkowski, profesor Grzegorzewskiego z czasów jego studiów, a laudację napisał Tadeusz Różewicz.</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/honoris-causa/">Honoris causa</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p><span class="meta-lead lead">Od dwudziestu lat przechowuję w szafie czarną togę. Moje córki sięgają po nią w trakcie zabaw, jednak status peleryny jest szczególny i przekracza funkcję dziwacznego gadżetu przydatnego na kinderbalach. W todze tej mój ojciec Jerzy w 2001 roku odbierał doktorat honoris causa Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi, stanowi więc ona, wraz z dyplomem i biretem, pamiątkę po owym wydarzeniu. Towarzyszyłam ojcu tamtego dnia, szczególnego także z tego względu, że na uroczystości był obecny Stanisław Fijałkowski, profesor Grzegorzewskiego z czasów jego studiów w Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych, a laudację napisał Tadeusz Różewicz, tytułując ją „Planeta Grzegorzewski”.</span></p>



<p>Razem ze wspomnianą togą przechowuję teczkę pełną pożółkłych kartek. Zawiera ona zapis historii piekarni mojego dziadka Mieczysława Grzegorzewskiego, a zwłaszcza rozpaczliwe interwencje rodziny, gdy piekarnię z dnia na dzień odebrali komuniści. Sprawa odszkodowania toczy się, bezskutecznie, do dziś. Piekarnia mieściła się w Łodzi przy ulicy Wysokiej, a jej nagłe odebranie położyło się wielkim cieniem na historii całej rodziny. Mój ojciec Jerzy z motywu piekarni utworzył osobistą legendę, która rezonowała w wielu jego spektaklach. Utratę wspominał także w czasie uroczystości odbierania doktoratu, podkreślając tym samym rodzinną łączność z Łodzią. W jakimś symbolicznym sensie toga była więc przyprószona mąką, a nawiązanie do piekarni na akademickim forum stanowiło dla ojca sprawę honoru.</p>



<figure class="wp-block-image size-large is-resized"><img loading="lazy" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/Kalejdoskop-Kultury-zdjecie-AG-—-kopia.jpg" alt="" class="wp-image-111" width="201" height="203" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/Kalejdoskop-Kultury-zdjecie-AG-—-kopia.jpg 791w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/Kalejdoskop-Kultury-zdjecie-AG-—-kopia-297x300.jpg 297w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/Kalejdoskop-Kultury-zdjecie-AG-—-kopia-150x150.jpg 150w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/Kalejdoskop-Kultury-zdjecie-AG-—-kopia-768x776.jpg 768w" sizes="(max-width: 201px) 100vw, 201px" /><figcaption>Antonina Grzegorzewska</figcaption></figure>



<p>Prestiż, z jakim związane było przyznanie tytułu, został dopełniony trzy lata później, gdy w budynku łódzkiej ASP otwarto wystawę prac doktorów tej uczelni. Na wystawie znalazły się dzieła Abakanowicz, Fijałkowskiego, Opałki i Grzegorzewskiego. Grzegorzewski zaprezentował na niej metalowe panele, o których wyczerpująco pisze Jerzy Wojciechowski w katalogu wystawy „Że też musiała Pani zadać to pytanie!”, zorganizowanej przez warszawską galerię <em>a</em>TAK na dziesięciolecie śmierci Grzegorzewskiego. Warszawska wystawa z 2015 roku pokazywała go jako malarza i kolekcjonera przedmiotów. Kluczem do prezentacji prac stało się przywołanie ducha Sali Neoplastycznej Muzeum Sztuki w Łodzi i pokazanie malarzy formujących plastyczną wyobraźnię Grzegorzewskiego, ze Strzemińskim na czele. Sięgnięcie po wielkie nazwiska stało się możliwe dzięki Krzysztofowi Musiałowi, twórcy wybitnej kolekcji sztuki polskiej, w której znajdują się prace Kobro, Strzemińskiego, Stażewskiego. </p>



<figure class="wp-block-pullquote is-style-default"><blockquote><p>Łódź jest więc dla mojej historii rodzinnej miastem utraty, areną komunistycznej niesprawiedliwości, ale też miejscem, w którym przywrócono memu ojcu status malarza.</p></blockquote></figure></p>



<p>Tak więc Grzegorzewski, nie pierwszy raz, znalazł się w doborowym malarskim towarzystwie. Na publikowanych w katalogu zdjęciach z mieszkania artysty oprócz przedziwnych meblowych konfiguracji widać grafiki Fijałkowskiego. Fijałkowski jest profesorem, malarzem, mentorem, ale też figurą Łodzi, którą Grzegorzewski opuścił dla szkoły teatralnej w Warszawie mimo propozycji pozostania w rodzinnym mieście u boku malarza w roli jego asystenta na uczelni. W <em>a</em>TAKU udało się zaprezentować wszystkie dostępne prace malarskie Jerzego Grzegorzewskiego, niestety z wyłączeniem istotnych płócien będących w posiadaniu siostry reżysera – te zostały w Łodzi pod jej kuratelą.</p>



<p>Praca nad wystawą sprawiła, że światło dzienne ujrzał fakt, z którym do dziś nie umiem się pogodzić. Pozyskanie na wystawę w <em>a</em>TAKU paneli z łódzkiej wystawy okazało się niemożliwe, ponieważ z powodu braku miejsca jeden z nich został zezłomowany przez Teatr Narodowy, który był jego właścicielem.</p>



<p>Istotną pracę dokumentującą przedmioty scenograficzne Jerzego Grzegorzewskiego wykorzystywane w spektaklach w Teatrze Narodowym wykonała Barbara Sieroslawski. Na tekturowych fiszkach przedstawiających stan z 2007 r. nie ma wspomnianego panelu, gdyż w owym roku nie było go już w magazynach.</p>



<p>Krzysztof Musiał, właściciel przywołanej przeze mnie w kontekście warszawskiej wystawy malarskiej Grzegorzewskiego galerii <em>a</em>TAK, przez wiele lat prezentował w Muzeum Miasta Łodzi przedwojenną część swojej kolekcji sztuki polskiej. Uwagę zwracała silna reprezentacja malarzy łódzkich, których pozycja w historii sztuki przekracza lokalny li tylko charakter: Schretera, Borowskiego, Epsteina (obraz tego ostatniego kolekcjoner podarował muzeum). Wystawa cieszyła się dużym powodzeniem, niestety muzeum zrezygnowało z jej prezentowania. Po tej współpracy został piękny katalog „Galeria mistrzów polskich”.</p>



<p>Gdyby Teatr Narodowy zwrócił się do mnie w sprawie metalowego panelu, stanowiłby on dziś część kolekcji powojennej sztuki polskiej Krzysztofa Musiała. Po wystawie doktorów honoris causa panel zmienił status i stał się obiektem kolekcjonerskim, Grzegorzewski wystawił go bowiem jako malarz, a nie reżyser. Należy podkreślić, że z artystycznego punktu widzenia zniszczony obiekt wytrzymywał porównanie z pracami najlepszych artystów i potwierdzał miejsce Grzegorzewskiego w pozateatralnej przestrzeni. Łódź jest więc dla mojej historii rodzinnej miastem utraty, areną komunistycznej niesprawiedliwości, ale też miejscem, w którym przywrócono memu ojcu status malarza, spełniając jego największe marzenie. Wykluwało się ono w powojennej rzeczywistości przy ulicy Wysokiej, gdy mały chłopiec, rysując, słuchał śpiewu piekarzy.</p>



<figure class="wp-container-2 wp-block-gallery-1 wp-block-gallery columns-2 is-cropped"><ul class="blocks-gallery-grid"><li class="blocks-gallery-item"><figure><a href="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/asp_grzegorzewski_3.jpg"><img loading="lazy" width="1024" height="695" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/asp_grzegorzewski_3-1024x695.jpg" alt="" data-id="1211" data-full-url="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/asp_grzegorzewski_3.jpg" data-link="https://kalejdoskopkultury.pl/honoris-causa/asp_grzegorzewski_3/" class="wp-image-1211" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/asp_grzegorzewski_3-1024x695.jpg 1024w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/asp_grzegorzewski_3-300x204.jpg 300w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/asp_grzegorzewski_3-768x521.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/asp_grzegorzewski_3-1536x1042.jpg 1536w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/asp_grzegorzewski_3-2048x1389.jpg 2048w" sizes="(max-width: 1024px) 100vw, 1024px" /></a></figure></li><li class="blocks-gallery-item"><figure><a href="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/asp_grzegorzewski_1.jpg"><img loading="lazy" width="1024" height="849" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/asp_grzegorzewski_1-1024x849.jpg" alt="" data-id="1217" data-full-url="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/asp_grzegorzewski_1.jpg" data-link="https://kalejdoskopkultury.pl/honoris-causa/asp_grzegorzewski_1/" class="wp-image-1217" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/asp_grzegorzewski_1-1024x849.jpg 1024w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/asp_grzegorzewski_1-300x249.jpg 300w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/asp_grzegorzewski_1-768x637.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/asp_grzegorzewski_1-1536x1273.jpg 1536w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/asp_grzegorzewski_1.jpg 1847w" sizes="(max-width: 1024px) 100vw, 1024px" /></a></figure></li><li class="blocks-gallery-item"><figure><a href="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/asp_grzegorzewski_2.jpg"><img loading="lazy" width="1024" height="680" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/asp_grzegorzewski_2-1024x680.jpg" alt="" data-id="1219" data-full-url="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/asp_grzegorzewski_2.jpg" data-link="https://kalejdoskopkultury.pl/honoris-causa/asp_grzegorzewski_2/" class="wp-image-1219" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/asp_grzegorzewski_2-1024x680.jpg 1024w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/asp_grzegorzewski_2-300x199.jpg 300w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/asp_grzegorzewski_2-768x510.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/asp_grzegorzewski_2-1536x1020.jpg 1536w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/asp_grzegorzewski_2-2048x1361.jpg 2048w" sizes="(max-width: 1024px) 100vw, 1024px" /></a></figure></li></ul><figcaption class="blocks-gallery-caption">Uroczystość&nbsp;nadania Jerzemu Grzegorzewskiemu tytułu Doktora Honoris Causa ASP w Łodzi , aula ASP Łódź 17.05.2001 r. Fot. Archiwum Zbiorów ASP im. W. Strzemińskiego w Łodzi / autor: Grzegorz Bojanowski.</figcaption></figure>



<p><br><br></p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/honoris-causa/">Honoris causa</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Ridi, pagliaccio!</title>
		<link>https://kalejdoskopkultury.pl/ridi-pagliaccio/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Marcin Stańczyk]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 22 Jun 2021 08:04:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Felietony]]></category>
		<category><![CDATA[akademia muzyczna]]></category>
		<category><![CDATA[covid]]></category>
		<category><![CDATA[kompozytor]]></category>
		<category><![CDATA[muzyka]]></category>
		<category><![CDATA[muzyka współczesna]]></category>
		<category><![CDATA[pandemia]]></category>
		<category><![CDATA[stańczyk]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://kalejdoskop.hadrysiak.com/?p=130</guid>

					<description><![CDATA[<p>Obserwując życie muzyczne roku ZOZO na ekranie komputera, można uznać, że świat muzyki sobie poradził. Towarzyszą nam dobrze znane uśmiechy. Ale stojący na scenie artysta bez uśmiechu po prostu traci na wartości.</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/ridi-pagliaccio/">Ridi, pagliaccio!</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p><span class="meta-lead lead">Karnawał w Wenecji rozpoczyna Lot Anioła, tryumfalny zjazd młodej kobiety na linie z dzwonnicy San Marco na balkon Palazzo Ducale. Inauguracja karnawału od wieków ściąga tłumy na plac Świętego Marka. Po tym wydarzeniu zabawa rozpoczyna się na dobre. Zgromadzeni zakładają maski i zaczynają&nbsp;wymieniać się ukłonami. Karnawał to święto wolności, hołubionej, wyznawanej, a czasem nawet uprawianej. Apoteoza. Apologia. Wzajemna afirmacja. Ale też tajemnica. Uwodzi, folguje i fascynuje. A uśmiech gra tu pierwszorzędną rolę.</span></p>



<p>Publiczne życie artysty, niegdysiejszego kuglarza i połykacza ognia, również sprowadza się do uśmiechu. Także muzycy po wejściu na scenę czy estradę uśmiechają się i grają swoje role. Pod maską uśmiechu kryją się jednak różne historie. Zazwyczaj potrafiliśmy je odczytać. Kurtuazyjny uśmiech artysty przed występem był blady w porównaniu ze zdobiącym jego twarz podczas aplauzu publiczności. Jednak oczy niekiedy się mylą.</p>



<figure class="wp-block-image size-large is-resized"><img loading="lazy" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/Marcin_Stanczyk_photo_Sebastian_Glapinski-scaled-e1621780128901-891x1024.jpg" alt="" class="wp-image-211" width="178" height="205" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/Marcin_Stanczyk_photo_Sebastian_Glapinski-scaled-e1621780128901-891x1024.jpg 891w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/Marcin_Stanczyk_photo_Sebastian_Glapinski-scaled-e1621780128901-261x300.jpg 261w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/Marcin_Stanczyk_photo_Sebastian_Glapinski-scaled-e1621780128901-768x883.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/Marcin_Stanczyk_photo_Sebastian_Glapinski-scaled-e1621780128901.jpg 1235w" sizes="(max-width: 178px) 100vw, 178px" /><figcaption>Marcin Stańczyk. Fot. Sebastian_Glapiński</figcaption></figure>



<p>Obserwując życie muzyczne roku ZOZO z perspektywy komputerowego ekranu, śledząc relacje z wydarzeń, czytając wywiady z muzykami, artystami, szefami polskich instytucji muzycznych i festiwali, a w końcu ukazujące się podsumowania roku, można ulec wrażeniu, że świat muzyki sobie poradził. Pomimo pustych sal widowiskowych, odwołania lub przeniesienia większości zaplanowanych wydarzeń z realu do sieci wydaje się, że wciąż towarzyszą nam uśmiechy znane z dawnych, pełnych sal. Nie zawsze łatwo odgadnąć, co kryją.</p>



<figure class="wp-block-pullquote is-style-default"><blockquote><p>&nbsp;Stojący na scenie artysta bez uśmiechu traci na wartości. Musi zarażać uśmiechem odbiorców. Dla dyrektorów, menedżerów uśmiech też jest niezbędną kompetencją. Trudniej rozszyfrować uśmiechy komentatorów życia muzycznego, przybierające formę karykaturalnego grymasu.</p></blockquote></figure></p>



<p>Część z nich jest po prostu „w dobrym tonie”. Stojący na scenie artysta bez uśmiechu traci na wartości. Odwieczny błazen, zaklinacz rzeczywistości i przestrzeni musi zarażać uśmiechem odbiorców. Dla dyrektorów, szefów, menedżerów uśmiech także jest niezbędną kompetencją. Trudniej niekiedy rozszyfrować uśmiechy niektórych komentatorów życia muzycznego, przybierające formę karykaturalnego grymasu. Akcentując, jakby z przyzwoitości, tęsknotę do powrotu żywego dialogu muzyków z&nbsp;publicznością, kontaktu instytucji muzycznych z melomanami, przechodzą płynnie do wniosków, skrupulatnie tropiąc wszelkie pozytywy pandemicznej rzeczywistości: upowszechnianie kultury, równość dostępu do sztuki, brak ograniczeń czasowych i&nbsp;terytorialnych, a w końcu nawet – wyjątkową intymność i nową perspektywę odbioru muzyki. Z aprobatą przyjmują kolejne pomysły i produkcje w wersji „półkoncertowej”, a część środowiska mocno angażuje się w tę propagandę uśmiechu, hołdując zasadzie „kto się nie śmieje, ten chory”.</p>



<p>Wydaje się zatem, że muzyka ma się całkiem dobrze, na swój sposób jest nawet „w rozkwicie”. Wszyscy spisujemy się na medal. Pandemiczne ograniczenia wymuszają zmiany, rozszerzanie repertuaru, a tak zwana muzyka poważna w niespotykany dotąd sposób i na niespotykaną skalę zadomawia się w internecie. Muzycy etatowi wyrabiają normy i nad-normy, poszerzając repertuar. Zaczęli podbijać nieznane sobie przestrzenie, pokazując wszystkie swoje talenty. Stali się menedżerami, producentami, realizatorami, operatorami, montażystami. Dyrektorzy instytucji i festiwali zostali wizjonerami i odnowicielami sztuki muzycznej, przenosząc koncerty do sieci i tworząc nowe trendy w obcowaniu z muzyką. Codziennie możemy przebierać w propozycjach transmisji live kolejnych koncertów, a premier jest może nawet więcej niż przed pandemią! Dla melomanów – zdawałoby się – sprawa wymarzona. Jeśli akurat nie możemy śledzić wydarzeń „na żywo”, dostępne są retransmisje, podcasty i wspomnienia. Odbiorcy nie muszą obawiać się, że przedwczesne opuszczenie widowni zostanie źle odebrane – w domu oglądają do pierwszego znużenia, irytacji albo prozaicznej konieczności odejścia od komputera.</p>



<p>Jednak uśmiech uśmiechowi nierówny. Szczere uśmiechy prezentują głównie etatowcy. Grają dużo, a wszystko można (dokładnie!) zobaczyć w sieci. To upowszechnienie działalności wpływa także na ich samopoczucie. Dzięki transmisjom prawie wszyscy stali się gwiazdami internetu. Każdy streaming to też kolejne licencje na udostępnienie wizerunku, a to oznacza dodatkową satysfakcję. Wydawałoby się, że uśmiechy dyrektorów i decydentów instytucji publicznych muszą być wymuszone. A jednak i oni mogą znaleźć powody do zadowolenia. Instytucje funkcjonują, konsumując środki zagwarantowane wcześniej i dodatkowe fundusze związane z nadzwyczajnymi okolicznościami. Część komentatorów i krytyków uśmiecha się szeroko do transmisji internetowych. Doceniają głównie nieskrępowaną niczym wolność odbioru, intymność i nowy wymiar widzenia muzyki.</p>



<p>Tylko że streamingi obecne były w sieci także przed pandemią, choć było ich mniej i dotyczyły wydarzeń o wyższym poziomie artystycznym. Masowe transmitowanie całej działalności każdej instytucji z osobna, począwszy od szkół muzycznych, przez domy kultury, uczelnie muzyczne, na filharmoniach i teatrach kończąc, prowadzi do przesytu i w konsekwencji bardziej zniechęca, niż przyciąga. I nawet nie jest istotne, że ktoś zagrał nieczysto, realizacja pozostawia wiele do życzenia czy zawodzi prędkość łącza. Oglądalność internetowych wydarzeń po początkowej zwyżce powodowanej ciekawością systematycznie spada. Kto w końcu, będąc w domu, jest w stanie regularnie poświęcić półtorej lub dwie godziny na obejrzenie w skupieniu jakiegoś wydarzenia kulturalnego, gdy dzieci wołają, znajomi piszą, a zdalna praca zawodowa nie może dłużej czekać? Koncerty live zaczynają spełniać taką samą funkcję jak płyty CD albo radio. Niby są „na żywo”, ale wiemy, że zawsze możemy do nich wrócić. Wcześniej myśleliśmy, że żadne nośniki nie zastąpią koncertu, tej energii, która wyzwala się w jednym miejscu pomiędzy uczestnikami wydarzenia. Teraz krytycy zaczynają narzekać na opresyjność zwykłej sytuacji koncertowej, nieprzyjemne uczucie konieczności biernego udziału. Co innego koncert u siebie w domu, tutaj można być swobodnym i robić, co się chce! W konsekwencji część z nas zmieniła zdanie na temat tradycyjnych koncertów, doceniając wygodę kulturalnego lockdownu. Tymczasem transmisja internetowa to oczywista namiastka prawdziwego przeżycia, w którym wszyscy uczestniczyliśmy na żywo. Można tylko powtórzyć frazesy: że na zwykły koncert składa się nie tylko muzyka, energia pomiędzy muzykami a publicznością, poczucie jedności, ale także wszystko to, co dzieje się przedtem i potem. To małe święto; szykujemy się, poświęcamy swój czas i na chwilę przenosimy się do innego świata. I nawet jeśli ten świat nie był idealny, byliśmy zmęczeni, zdekoncentrowani, siedzenia były niewygodne lub po prostu się wynudziliśmy, czekają nas dodatkowe przyjemności: dyskusja, kolacja, spacer, randka. Czy po streamingu ludzie umawiają się na spacer lub na randkę?</p>



<p>W sieci tak znienawidzone dziś znużenie może wywołać o wiele więcej czynników. Oglądając (sic!) koncert przed komputerem, musimy się dodatkowo zmagać z niedostatkami transmisji, popisami lub małymi umiejętnościami kamerzystów, jakością sprzętu po obydwu stronach ekranu oraz innymi okolicznościami, które dzieją się tu i teraz, sprawiając, że jednym kliknięciem postanawiamy „kiedyś do tego wrócić”. Owszem, internet daje wolność i anonimowość, ale tylko po stronie odbiorcy. Wielu artystów etatowych nie ma ekspansywnej osobowości i lepiej funkcjonuje z dala od wścibskiego oka kamery. Tymczasem muszą grać. Słuchacze są za to coraz bardziej wygodni, chcą widzieć więcej, a jednocześnie sobie pochillować, obejrzeć transmisję w dogodnym momencie, w kapciach, w tym samym czasie niezobowiązująco pożartować na czacie, a przede wszystkim móc się w każdej chwili wylogować. Ta sytuacja drastycznie pogłębia dystans między artystą a odbiorcą. Postępująca wizualizacja muzyki nie tylko powoduje, że przestajemy słuchać, ale też sprawia, żestajemy się podglądaczami. Z początku myślałem, że to tylko niezdrowa ciekawość muzykologów, ogarniętych obsesją tego, „jak to jest zrobione” i próbujących „sięgnąć, gdzie wzrok nie sięga”<em>. </em>Niestety, część relacji z muzycznych wydarzeń zmieniła moją perspektywę<em>. </em>„Słuchaj okiem, a nie brzuchem”! – chciałoby się powiedzieć.</p>



<figure class="wp-block-pullquote is-style-default"><blockquote><p>Oglądając (sic!) koncert przed komputerem, musimy się dodatkowo zmagać<br>z niedostatkami transmisji, popisami lub małymi umiejętnościami kamerzystów i innymi okolicznościami, które mogą sprawić, że jednym kliknięciem postanawiamy „kiedyś do tego wrócić”. Owszem, internet daje wolność i anonimowość, ale tylko po stronie odbiorcy.</p></blockquote></figure></p>



<p>Obraz, jaki wyłania się z obserwacji pandemicznego życia muzycznego, może być jednak mylący. Jest bowiem jeszcze druga strona tego (przyznanego sobie) medalu. I nie chodzi tutaj tylko o wyimaginowaną troskę o rozwój i wysoki poziom, ale zupełnie namacalną sytuację innej części środowiska, które milczy albo uśmiecha się przez łzy. Mam na myśli różne grupy freelancerów działających na wolnym rynku, grających koncerty, tworzących ich oprawę, obsługujących, występujących najczęściej na mniejszych festiwalach i&nbsp;imprezach. Dla nich ten rok nie był tradycyjnym weneckim lotem anioła. Aktualna sytuacja daleka jest więc od równości. Dotowane instytucje publiczne grają głównie własnymi siłami i to stamtąd wydobywa się śmiech tłustych kotów, szczery i bezpretensjonalny. W tym samym czasie śmiech niektórych freelancerów próbujących odnaleźć się w internecie jest upiorny i przypomina uśmiech Jokera. Zza uśmiechniętych masek i&nbsp;rozmaitych popisów z cyklu „kultura w sieci” wyłania się rozpacz i panika. Oni także wiedzą, że trzeba się śmiać. Przecież już Arystoteles mawiał, że „uśmiech jest ćwiczeniem fizycznym wielce dla zdrowia korzystnym”. A reszta uczestników życia muzycznego? A ci, których nie widać? Którzy tak nie chcą albo nie potrafią? Co z nimi? Co oni mają powiedzieć? Możemy się tylko domyślać. Nie ma ich w sieci, a nieobecni nie mają głosu.</p>



<p>Muzyka w dobie pandemii jest co prawda lustrzanym odbiciem narzuconych ograniczeń, ale nie można zapominać, że jest to krzywe zwierciadło. I w tym przypomina karnawał. Przesłonięte maską internetu twarze otwierają oczy i uwodzą uśmiechami. Istotą karnawału jest jednak także tajemnica, a lśniące oczy i promienne uśmiechy to tylko część&nbsp;prawdy. Życie muzyczne jest zawieszone, nie wszyscy muzycy mają równe szanse, wolna konkurencja nie istnieje. Tylko niektórzy stają na scenie i dają internetowy głos, reszty nie ma. Nie ma śpiewaka, który stał się stolarzem, nie ma śpiewaczki, która trudni się rękodziełem i robi woskowijki w duchu zero waste, nie ma puzonisty, który rozwozi jedzenie w Glovo, nie ma także tancerki, która zajęła się robieniem tortów. To także „muzyka w dobie pandemii”. Ktoś powie: tania maskarada, pogłębiająca różnice społeczne, w ogólnym rozrachunku nieprowadząca ani do rozwoju muzyki, ani – wbrew pozorom – do jej upowszechniania. Owszem, także w czasie pandemii odbywały się wyjątkowe wydarzenia, ale czy to pozwala trwonić uśmiechy w roku, w którym przełożono Konkurs Chopinowski, Metropolitan Opera odwołała sezon, a jej muzycy od marca ubiegłego roku nie dostają pensji, noworoczny koncert filharmoników wiedeńskich zagrano po raz pierwszy do pustych krzeseł, publiczność nie chodzi na koncerty, a główną „inspiracją” kompozytorów są aktualne obostrzenia epidemiczne? Mówiliśmy: nic nie zastąpi żywego kontaktu artysty z publicznością, tej energii, która pozwala muzykom wspiąć się na wyżyny swoich możliwości, a potem posłuchać prawdziwych braw. Dziś mówimy to jakby bez przekonania, słuchając braw doklejonych do transmisji internetowych. Robimy dobrą minę do złej gry albo raczej: lejemy krokodyle łzy, robiąc nietęgą minę do wcale niezłej gry. Nasze uśmiechy ukrywamy pod maskami. A maski przywdziewamy, a jakże, kolorowe, jasne i wesołe. Kto się nie śmieje, ten chory, a kto wesół, ten długo żyje. <em>Serenissima</em>.</p>



<p>Karnawał wymaga uśmiechu. To niezastąpiona i niezbywalna część scenicznego emploi nie tylko artystów, ale też wielu innych ludzi związanych ze sztuką, tworzących środowisko, na którym wszystkim zależy. Jednak „For now we see through a glass, darkly”.</p>



<p>Zastanawiająca jest ta błyskawiczna adaptacja do wymuszonych warunków. Niby tęsknimy za kontaktem z żywym artystą i odbiorcą, lecz tę tęsknotę manifestujemy jak dobre maniery – mechanicznie, najczęściej na wstępie naszych wypowiedzi, po czym szybko przybieramy zadowolone miny i z upodobaniem gramy „do kamery”. Jak tytułowy bohater opery Leoncavalla zakładamy maskę, szminkujemy usta, uśmiechamy się, a tłum klaszcze. Można powiedzieć: <em>c’est la vie</em>, weryzm nigdy się nie starzeje.</p>



<p>A życie artystyczne jest jednak bezwzględne:</p>



<pre class="wp-block-verse">Wdziej maskę błaźnie 
za rumieniec weź szminkę
Kto za to płaci, ten śmiać się prawo ma
Chociaż ci dziś porwali Colombinę
Śmiej się, pajacu, a tłum oklaski da</pre>



<pre class="wp-block-verse">Choć w duszę twoją wpijają się cierni
Grymasem jęki i łkania pokryj swe
Więc śmiej się, pajacu, choć bolejesz niezmiernie
Śmiej się, choć ból rozrywa serce twe.</pre>



<p>(Ruggero Leoncavallo, aria „Śmiej się, pajacu”, tłum. Stanisław Przesmycki)<br><br><br></p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/ridi-pagliaccio/">Ridi, pagliaccio!</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Migracje do pikseli</title>
		<link>https://kalejdoskopkultury.pl/migracje-do-pikseli/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Kacper Szalecki]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 21 Jun 2021 21:14:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Felietony]]></category>
		<category><![CDATA[internet]]></category>
		<category><![CDATA[muzeum sztuki]]></category>
		<category><![CDATA[stayhome]]></category>
		<category><![CDATA[szalecki]]></category>
		<category><![CDATA[sztuka]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://kalejdoskopkultury.pl/?p=251</guid>

					<description><![CDATA[<p>Skoro świętujemy urodziny, to można potraktować te projekty jako cyfrowe podarki od kuratorskich wróżek chrzestnych.</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/migracje-do-pikseli/">Migracje do pikseli</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p><span class="meta-lead lead">Jest 12 marca 2021, wznieśmy toast i stuknijmy się w ekrany z okazji roczku pierwszego lockdownu. Rocznice skłaniają do podsumowań, rozliczeń i sprawozdań. Zobaczmy więc, co wydarzyło się w onlajnie Muzeum Sztuki, czy jego content jeszcze raczkuje, czy już hasa i fika po zielonych łąkach tapety Windows. Jako rodzic części internetowego programu tej instytucji uważam oczywiście, że urósł on śliczny i zdolny.</span></p>



<p><br>W kolejnych obrazach w postaci &#8222;zatrzymanego&#8221; internetu obejrzą państwo trzy realizowane w zeszłym roku projekty. Skoro świętujemy urodziny, to można potraktować je jako cyfrowe podarki od kuratorskich wróżek chrzestnych. „Czytanki” wymyślone przez Agnieszkę Pinderę i Natalię Słaboń to prezent dla tych, których przekrwione od wyświetlaczy oczy kategorycznie odmawiają czytania. Zaproszone artystki i artyści przeczytają im fragmenty publikacji ms. Całość dostępna jako playlista na YouTubie po zeskanowaniu kodu QR (na jednej z plansz &#8211; przyp. red.).</p>



<figure class="wp-block-image size-large is-resized"><img loading="lazy" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/kszalecki_maly-e1621788897624-829x1024.jpg" alt="" class="wp-image-223" width="168" height="207" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/kszalecki_maly-e1621788897624-829x1024.jpg 829w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/kszalecki_maly-e1621788897624-243x300.jpg 243w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/kszalecki_maly-e1621788897624-768x948.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/kszalecki_maly-e1621788897624.jpg 1017w" sizes="(max-width: 168px) 100vw, 168px" /><figcaption>Kacper Szalecki</figcaption></figure>



<p>Kto pamięta mikroblogi na Tumblr i modę na <em>vaporwave i</em> <em>seapunk?</em> Drugi prezent to podróż na serwery tej platformy, gdzie wszystkie mogłyśmy (?) poczuć się jak postinternetowe gwiazdy… </p>



<figure class="wp-block-image size-large wkolorze"><img loading="lazy" width="1024" height="726" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/ks1-1-1024x726.jpg" alt="" class="wp-image-289" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/ks1-1-1024x726.jpg 1024w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/ks1-1-300x213.jpg 300w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/ks1-1-768x545.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/ks1-1-1536x1090.jpg 1536w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/ks1-1-2048x1453.jpg 2048w" sizes="(max-width: 1024px) 100vw, 1024px" /><figcaption>1</figcaption></figure>



<p>Odkurzcie stare konta i zaobserwujcie projekt „Dokumentacja=Praca Wyobraźni”, gdzie obejrzycie kolekcję dzieł-plików stanowiących odpowiedź na tytułowe hasło. Część w jakości do druku jak kolorowanka duetu Dada / Jakubowicz „#StayHome”. </p>



<figure class="wp-block-image size-large is-resized wkolorze"><img loading="lazy" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/ks2-1-1024x726.jpg" alt="" class="wp-image-290" width="840" height="595" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/ks2-1-1024x726.jpg 1024w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/ks2-1-300x213.jpg 300w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/ks2-1-768x545.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/ks2-1-1536x1090.jpg 1536w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/ks2-1-2048x1453.jpg 2048w" sizes="(max-width: 840px) 100vw, 840px" /><figcaption>2</figcaption></figure>



<p>Ostatnie strony dokumentują wybrane momenty aktywności artystek, które zaprosiłem na rezydencję artystyczną „Zapisz jako wersję roboczą” na Instagramie Muzeum. Jej celem było używanie do woli, zabawa i remiks zasobów ms. Justyna Wierzchowiecka zaczęła wróżyć z pikseli i szukać przepowiedni w kolekcji dzieł Muzeum, duet Brokat Films oprowadził po swoim mieszkaniu oraz zaprezentował makijaż inspirowany unistycznym malarstwem.</p>



<figure class="wp-block-image size-large wkolorze"><img loading="lazy" width="1024" height="726" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/ks3-1-1024x726.jpg" alt="" class="wp-image-291" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/ks3-1-1024x726.jpg 1024w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/ks3-1-300x213.jpg 300w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/ks3-1-768x545.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/ks3-1-1536x1090.jpg 1536w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/ks3-1-2048x1453.jpg 2048w" sizes="(max-width: 1024px) 100vw, 1024px" /><figcaption>3</figcaption></figure>



<p>Pamela Bożek kopiowała rysunki Strzemińskiego, zwracając uwagę na sytuacje migrantek i migrantów w Polsce, natomiast Katarzyna Oczkowska/ArTVistka w pełni poświeciła swoją rezydencję artystkom z kolekcji, odtwarzając i reinterpretując ich prace. Ostatnim prezentem niech będzie zachęta do bawienia się kolekcją. W internecie nikt nie nakrzyczy, że coś zepsułyście w pikselach.</p>



<figure class="wp-block-image size-large wkolorze"><img loading="lazy" width="1024" height="726" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/ks4-1-1024x726.jpg" alt="" class="wp-image-292" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/ks4-1-1024x726.jpg 1024w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/ks4-1-300x213.jpg 300w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/ks4-1-768x545.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/ks4-1-1536x1090.jpg 1536w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/ks4-1-2048x1453.jpg 2048w" sizes="(max-width: 1024px) 100vw, 1024px" /></figure>



<p><br><br></p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/migracje-do-pikseli/">Migracje do pikseli</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Efekt pandemii? Oprowadzanie na żądanie</title>
		<link>https://kalejdoskopkultury.pl/oprowadzanie-na-zadanie/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Redakcja]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 20 Jun 2021 16:57:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Felietony]]></category>
		<category><![CDATA[muzeum sztuki]]></category>
		<category><![CDATA[oprowadzanie]]></category>
		<category><![CDATA[pandemia]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://kalejdoskopkultury.pl/?p=1288</guid>

					<description><![CDATA[<p>Po przeniesieniu wydarzeń częściowo do internetu, Muzeum Sztuki w Łodzi powraca do bezpośredniego kontaktu z odbiorcami. Oprowadzanie po wystawach można zamówić... przez telefon.</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/oprowadzanie-na-zadanie/">Efekt pandemii? Oprowadzanie na żądanie</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p>Muzeum Sztuki w Łodzi po spowodowanej sytuacją epidemiczną pracy w trybie częściowo zdalnym i wydarzeniami organizowanymi również w internecie, powraca do bezpośredniego kontaktu z odbiorcami. A oni mogą wrócić do bezpośredniego kontaktu z aktualizowanym i od nowa interpretowanym dziedzictwem sztuki awangardowej i kolekcji grupy a.r.</p>



<p>Oznacza to również bezpośredni kontakt z edukatorami, edukatorkami i oczywiście z dziełami z kolekcji Muzeum Sztuki. Choć pandemiczne ograniczenia nieco osłabły i spowszedniały, to zagrożenie jeszcze nie minęło i wymaga zachowania środków ostrożności. Wszyscy jednak niezmiennie potrzebujemy bezpośredniego kontaktu – i ze sztuką, i z innymi ludźmi. Dlatego od 5 maja można w Muzeum Sztuki w Łodzi… zadzwonić i umówić się na oprowadzanie po aktualnych wystawach. To propozycja dla grup maksymalnie od trzy- do pięciosobowych. &#8222;Zrobimy to dobrze i bezpiecznie&#8221; &#8211; zapewniają pracownicy Muzeum Sztuki, a do kontaktu ze sztuką zachęca klasyczne narzędzie perswazji na usługach kapitału (kulturowego), reklama.</p>



<figure class="wp-block-embed is-type-video is-provider-youtube wp-block-embed-youtube wp-embed-aspect-16-9 wp-has-aspect-ratio"><div class="wp-block-embed__wrapper">
<iframe loading="lazy" title="Oprowadzanie na żądanie" width="500" height="281" src="https://www.youtube.com/embed/4uYp8vPMdQc?feature=oembed" frameborder="0" allow="accelerometer; autoplay; clipboard-write; encrypted-media; gyroscope; picture-in-picture" allowfullscreen></iframe>
</div></figure>



<p>Edukatorów i edukatorem, którzy pomogą przełamać pierwsze lody w kontakcie ze sztuką można uprzejmie żądać telefonicznie (605 060 063) od poniedziałku do piątku w godz. 8:00 &#8211; 16:00. Oprowadzanie może odbywać się także z audiodeskrypcją.</p>



<p><em>materiał partnera </em><br><br><br></p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/oprowadzanie-na-zadanie/">Efekt pandemii? Oprowadzanie na żądanie</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
	</channel>
</rss>
