02 (02) 2021 | | Felietony

Sztuka etykiety

Łukasz Najder

Pamiętam bicie drewnianym piórnikiem w kruchą, wyciągniętą dłoń trzecioklasisty, bolesne dźganie wskaźnikiem od map w żebra i brzuch, targanie za uszy, podnoszenie za te małe włoski na karku, walenie dziennikiem po głowie czy spektakle poniżenia. Działo się to wszystko nie w zaborze pruskim półtora wieku temu czy też amerykańskim filmie pokroju „Uśpionych”, ale w łódzkiej podstawówce w schyłkowym PRL-u.

Media społecznościowe to na pozór kakofonia opinii i świadectw, przelewająca się od rana do wieczora struga zbiorowej świadomości – wezbrana, bulgocząca – niemilknący zgiełk emocjonalnych, odruchowych reakcji na emocjonalne, odruchowe reakcje na emocjonalne, odruchowe reakcje, i tak w nieskończoność. Wystarczy jednak spędzić wewnątrz Twittera czy Facebooka dość czasu, by zorientować się, że w tym chaosie są pewne stałe – solidne kolumny z kamienia obmywane przez szeroki, wściekły nurt aktualizacji statusów, apokaliptycznych nagłówków, fejków wyglądających jak newsy i newsów okazujących się fejkami. Na przykład doroczne flejmy.

Łukasz Najder.
Fot. Archiwum autora

Flejmy te to intensywne wydarzenia zbiorowe o charakterze retoryczno-moralizatorskim mające za temat i punkt wyjścia rocznicę jakiegoś narodowego doświadczenia bądź skorelowaną z porą roku kwestię bieżącą, aczkolwiek powtarzalną. U końca lipca zatem wybucha spór o Powstanie Warszawskie, z kolei wraz z dżdżystym początkiem listopada o Marsz Niepodległości. Grudzień jest miesiącem smogu, etycznych wątpliwości co do zakupu ryb żywych i starcia właścicieli udomowionych czworonogów z użytkownikami fajerwerków. W styczniu toczy się wojna o WOŚP, w maju – wokół raportu o stanie czytelnictwa w Polsce, latem rusza ofensywa antyparawaniarzy, przez cały rok natomiast kłócimy się o szczepionki i nazbyt głośne dzieci w przestrzeni wspólnej.

Nie jest łatwo wskazać, w którym dokładnie miesiącu wybije tęsknota za bezpowrotnie przepadłą, niewinną i szlachetną przeszłością, ale w ciemno można obstawić, że wybije na pewno.

Drugi taki przypadek stanowią erupcje nostalgii. Nie jest łatwo wskazać, w którym dokładnie miesiącu wybije tęsknota za bezpowrotnie przepadłą, niewinną i szlachetną przeszłością, ale w ciemno można obstawić, że wybije na pewno. Zawsze wybija. Pretekstem jest zazwyczaj któraś z tych dystrybuowanych niczym łańcuszek opowieści o „nas, urodzonych w latach 60., 70., 80.”, szczęśliwcach, co zaznali wspaniałego dzieciństwa, wspaniałego, bo pozbawionego kurateli nadopiekuńczych rodziców i zbiegłego w świecie wciąż na swój sposób dzikim, nieprzewidywalnym, bogatym w autentyczne wyzwania. Na ów zew odpowiadają tysiące osób, które czym prędzej dzielą się swoim żalem z powodu utraconego dostępu do kraju lat podwórkowych. Większość z nich pomstuje zarazem na teraźniejszość – czas niegodny, bo oczyszczony z ryzyka i niebezpieczeństwa, a wypełniony funkcjonalnymi urządzeniami, takimi jak telefon komórkowy zapewniający kontakt z potomkiem bądź kask rowerowy, które czynią ze szczenięctwa grę przewidywalną i z włączonym na stałe poziomem easy.

Jednym z wariantów tej narracji, który ostatnio znowu robi niemałą furorę w uniwersum polskiego Facebooka i Twittera, jest coś na kształt topornego mema, na który składa się zdjęcie szkolne z okresu PRL-u – klasyczny układ: cztery rzędy dzieci w niebieskawych uniformach plus natapirowana wychowawczyni – i odezwa wykorzystująca, najpewniej bezwiednie, rytmy mickiewiczowskiej „Ody do młodości”: „Bez 500+, bez 300+, z kromką chleba ze smalcem, albo i bez, bez gadżetów, z tornistrami z tektury, z wakacjami na podwórku pod domem, bez pretensji i żądań do całego świata, z szacunkiem dla starszych, rodziców i nauczycieli”. Oczywiście to kolejna okazja dla internetowej braci po trzydziestce, by oddać się rytualnym zaśpiewom i wskrzesić, choćby i na chwilę, tamtą idyllę – zapach prawdziwej kredy, bagienną woń gąbki do ścierania tablicy, świetlicę przesyconą aurą obiadu, smak własnej krwi, gdy ostrze agrafki, którą mocowano tarczę do kieszonki nonajronowego fartuszka, uraziło w małoletni, wrażliwy opuszek.

Tyle że mamy tu zazwyczaj do czynienia z czymś więcej aniżeli tylko pokoleniowym seansem mediumicznym – z czymś z pewnością nie tak niewinnym, jak można by pochopnie i po dość pobieżnej obserwacji sądzić. W samej nostalgii nie ma niczego złego, ale w nostalgii, która z jednej strony wypacza przeszłość, na tejże miejsce podstawiając fałszywy, ckliwy obrazek, a z drugiej służy jako zestaw narzędzi do krytykowania ludzi żyjących obecnie podług innych zupełnie wzorów, już z całą pewnością tak. Rozumiem potrzebę przebywania w grupie i wiary w to, że nasza płynna, wirująca, zmienna rzeczywistość ma jednak ostatecznie jakiś solidny fundament, a my wciąż możemy poobcować z czymś zacnym i czystym na przekór dominującej tandecie, komercji i wulgarności. Ale najlepiej, gdyby to wszystko odbywało się nie kosztem prawdy i nie za sprawą fałszywej idealizacji.

Rozumiem potrzebę wiary w to, że nasza płynna rzeczywistość ma ostatecznie jakiś solidny fundament, a my wciąż możemy poobcować z czymś zacnym i czystym.

Zastanawiam się więc, czy nostalgicy wzdychający za „kochaną starą budą” nie pamiętają, a może po prostu usilnie pamiętać nie chcą, że szkoła przed 1989 rokiem – oraz jeszcze gdzieniegdzie w najntisach – to również kary cielesne wymierzane uczniom, uczniów tych publiczne ośmieszanie, jak i naprawdę wielu nauczycieli-tyranów, na sam widok których przewracało się w żołądku i sercu. Nigdy bym nie powiedział o sobie i swoich kolegach i koleżankach z tamtej dekady, że edukację odbieraliśmy w mrocznym, wyziębionym zamczysku pod okiem urodzonych sadystów i pasjonatów dyscypliny rodem z wojska, ale przecież nie była to również Akademia Pana Kleksa.

Pamiętam bicie drewnianym piórnikiem w kruchą, wyciągniętą dłoń trzecioklasisty, bolesne dźganie wskaźnikiem od map w żebra i brzuch, targanie za uszy, podnoszenie za te małe włoski na karku, walenie dziennikiem po głowie czy spektakle poniżenia – już to w rodzaju piętnowania „gaduł” wielkim, czerwonym jęzorem z kartonu zawieszanym na szyi, już to przy tablicy, na oczach całej klasy, gdy nauczyciel za nieprzygotowanie bądź nieudzielenie poprawnej odpowiedzi karał nie tylko dwóją, ale i ciągiem obelg, szyderstw, wyrazów obrzydzenia. Działo się to wszystko nie w zaborze pruskim półtora wieku temu czy amerykańskim filmie pokroju „Uśpionych”, ale w łódzkiej podstawówce w schyłkowym PRL-u.

O ile więc gloryfikacja tamtych czasów może być naturalną reakcją obronną organizmu, któremu przyszło zmagać się z ograniczeniami wieku średniego, i hołubieniem ideału żywota skromnego i antyhedonistycznego, o tyle już bezrefleksyjna aprobata dla dawnych metod wychowawczych, belfrów-autorytetów i zarządzania „młodym” za pomocą rygoru i strachu powiela obraz ucznia, a więc dziecka, jako osoby, wobec której nie trzeba honorować nietykalności cielesnej. Jest to wizja szkodliwa i krzywdząca – pomysł na społeczeństwo dość barbarzyńskie, w którym nauczyciel, ksiądz, sąsiad, trener czy „ktoś starszy” otrzymuje pozwolenie na przemoc wobec słabszego. Rzecz jasna czymś karygodnym jest odwrotność tej sytuacji, czyli agresja wobec ciała pedagogicznego i lekcje jako pokazy cyrkowe mające na celu wybicie uczniów z cynicznej blazy. Potrzebna jest nam zatem szkoła wyzbyta sankcji wziętych żywcem wprost z katalogu minitortur i pokazów upokorzeń, ale też niewymagająca od kadry nauczycielskiej ciągłego wkupywania się w łaski podopiecznych machinalnym luzem, nielimitowaną zgodą na korzystanie z elektronicznych gadżetów, pokornym znoszeniem młodzieńczych wybryków i złośliwości. Mile widziane byłoby też umieszczenie na pojemnikach z nostalgią etykiet ostrzegawczych, które by informowały, że przedawkowanie grozi zaburzeniem w ocenie tego, co – najczęściej słusznie – nieodwracalnie minęło.

Facebook Facebook Facebook

Nasz serwis internetowy używa plików cookies w celach określonych w polityce prywatności.

AKCEPTUJĘ REZYGNUJĘ