01 (01) 2021 | | Felietony

Ridi, pagliaccio!

Marcin Stańczyk

Karnawał w Wenecji rozpoczyna Lot Anioła, tryumfalny zjazd młodej kobiety na linie z dzwonnicy San Marco na balkon Palazzo Ducale. Inauguracja karnawału od wieków ściąga tłumy na plac Świętego Marka. Po tym wydarzeniu zabawa rozpoczyna się na dobre. Zgromadzeni zakładają maski i zaczynają wymieniać się ukłonami. Karnawał to święto wolności, hołubionej, wyznawanej, a czasem nawet uprawianej. Apoteoza. Apologia. Wzajemna afirmacja. Ale też tajemnica. Uwodzi, folguje i fascynuje. A uśmiech gra tu pierwszorzędną rolę.

Publiczne życie artysty, niegdysiejszego kuglarza i połykacza ognia, również sprowadza się do uśmiechu. Także muzycy po wejściu na scenę czy estradę uśmiechają się i grają swoje role. Pod maską uśmiechu kryją się jednak różne historie. Zazwyczaj potrafiliśmy je odczytać. Kurtuazyjny uśmiech artysty przed występem był blady w porównaniu ze zdobiącym jego twarz podczas aplauzu publiczności. Jednak oczy niekiedy się mylą.

Marcin Stańczyk. Fot. Sebastian_Glapiński

Obserwując życie muzyczne roku ZOZO z perspektywy komputerowego ekranu, śledząc relacje z wydarzeń, czytając wywiady z muzykami, artystami, szefami polskich instytucji muzycznych i festiwali, a w końcu ukazujące się podsumowania roku, można ulec wrażeniu, że świat muzyki sobie poradził. Pomimo pustych sal widowiskowych, odwołania lub przeniesienia większości zaplanowanych wydarzeń z realu do sieci wydaje się, że wciąż towarzyszą nam uśmiechy znane z dawnych, pełnych sal. Nie zawsze łatwo odgadnąć, co kryją.

 Stojący na scenie artysta bez uśmiechu traci na wartości. Musi zarażać uśmiechem odbiorców. Dla dyrektorów, menedżerów uśmiech też jest niezbędną kompetencją. Trudniej rozszyfrować uśmiechy komentatorów życia muzycznego, przybierające formę karykaturalnego grymasu.

Część z nich jest po prostu „w dobrym tonie”. Stojący na scenie artysta bez uśmiechu traci na wartości. Odwieczny błazen, zaklinacz rzeczywistości i przestrzeni musi zarażać uśmiechem odbiorców. Dla dyrektorów, szefów, menedżerów uśmiech także jest niezbędną kompetencją. Trudniej niekiedy rozszyfrować uśmiechy niektórych komentatorów życia muzycznego, przybierające formę karykaturalnego grymasu. Akcentując, jakby z przyzwoitości, tęsknotę do powrotu żywego dialogu muzyków z publicznością, kontaktu instytucji muzycznych z melomanami, przechodzą płynnie do wniosków, skrupulatnie tropiąc wszelkie pozytywy pandemicznej rzeczywistości: upowszechnianie kultury, równość dostępu do sztuki, brak ograniczeń czasowych i terytorialnych, a w końcu nawet – wyjątkową intymność i nową perspektywę odbioru muzyki. Z aprobatą przyjmują kolejne pomysły i produkcje w wersji „półkoncertowej”, a część środowiska mocno angażuje się w tę propagandę uśmiechu, hołdując zasadzie „kto się nie śmieje, ten chory”.

Wydaje się zatem, że muzyka ma się całkiem dobrze, na swój sposób jest nawet „w rozkwicie”. Wszyscy spisujemy się na medal. Pandemiczne ograniczenia wymuszają zmiany, rozszerzanie repertuaru, a tak zwana muzyka poważna w niespotykany dotąd sposób i na niespotykaną skalę zadomawia się w internecie. Muzycy etatowi wyrabiają normy i nad-normy, poszerzając repertuar. Zaczęli podbijać nieznane sobie przestrzenie, pokazując wszystkie swoje talenty. Stali się menedżerami, producentami, realizatorami, operatorami, montażystami. Dyrektorzy instytucji i festiwali zostali wizjonerami i odnowicielami sztuki muzycznej, przenosząc koncerty do sieci i tworząc nowe trendy w obcowaniu z muzyką. Codziennie możemy przebierać w propozycjach transmisji live kolejnych koncertów, a premier jest może nawet więcej niż przed pandemią! Dla melomanów – zdawałoby się – sprawa wymarzona. Jeśli akurat nie możemy śledzić wydarzeń „na żywo”, dostępne są retransmisje, podcasty i wspomnienia. Odbiorcy nie muszą obawiać się, że przedwczesne opuszczenie widowni zostanie źle odebrane – w domu oglądają do pierwszego znużenia, irytacji albo prozaicznej konieczności odejścia od komputera.

Jednak uśmiech uśmiechowi nierówny. Szczere uśmiechy prezentują głównie etatowcy. Grają dużo, a wszystko można (dokładnie!) zobaczyć w sieci. To upowszechnienie działalności wpływa także na ich samopoczucie. Dzięki transmisjom prawie wszyscy stali się gwiazdami internetu. Każdy streaming to też kolejne licencje na udostępnienie wizerunku, a to oznacza dodatkową satysfakcję. Wydawałoby się, że uśmiechy dyrektorów i decydentów instytucji publicznych muszą być wymuszone. A jednak i oni mogą znaleźć powody do zadowolenia. Instytucje funkcjonują, konsumując środki zagwarantowane wcześniej i dodatkowe fundusze związane z nadzwyczajnymi okolicznościami. Część komentatorów i krytyków uśmiecha się szeroko do transmisji internetowych. Doceniają głównie nieskrępowaną niczym wolność odbioru, intymność i nowy wymiar widzenia muzyki.

Tylko że streamingi obecne były w sieci także przed pandemią, choć było ich mniej i dotyczyły wydarzeń o wyższym poziomie artystycznym. Masowe transmitowanie całej działalności każdej instytucji z osobna, począwszy od szkół muzycznych, przez domy kultury, uczelnie muzyczne, na filharmoniach i teatrach kończąc, prowadzi do przesytu i w konsekwencji bardziej zniechęca, niż przyciąga. I nawet nie jest istotne, że ktoś zagrał nieczysto, realizacja pozostawia wiele do życzenia czy zawodzi prędkość łącza. Oglądalność internetowych wydarzeń po początkowej zwyżce powodowanej ciekawością systematycznie spada. Kto w końcu, będąc w domu, jest w stanie regularnie poświęcić półtorej lub dwie godziny na obejrzenie w skupieniu jakiegoś wydarzenia kulturalnego, gdy dzieci wołają, znajomi piszą, a zdalna praca zawodowa nie może dłużej czekać? Koncerty live zaczynają spełniać taką samą funkcję jak płyty CD albo radio. Niby są „na żywo”, ale wiemy, że zawsze możemy do nich wrócić. Wcześniej myśleliśmy, że żadne nośniki nie zastąpią koncertu, tej energii, która wyzwala się w jednym miejscu pomiędzy uczestnikami wydarzenia. Teraz krytycy zaczynają narzekać na opresyjność zwykłej sytuacji koncertowej, nieprzyjemne uczucie konieczności biernego udziału. Co innego koncert u siebie w domu, tutaj można być swobodnym i robić, co się chce! W konsekwencji część z nas zmieniła zdanie na temat tradycyjnych koncertów, doceniając wygodę kulturalnego lockdownu. Tymczasem transmisja internetowa to oczywista namiastka prawdziwego przeżycia, w którym wszyscy uczestniczyliśmy na żywo. Można tylko powtórzyć frazesy: że na zwykły koncert składa się nie tylko muzyka, energia pomiędzy muzykami a publicznością, poczucie jedności, ale także wszystko to, co dzieje się przedtem i potem. To małe święto; szykujemy się, poświęcamy swój czas i na chwilę przenosimy się do innego świata. I nawet jeśli ten świat nie był idealny, byliśmy zmęczeni, zdekoncentrowani, siedzenia były niewygodne lub po prostu się wynudziliśmy, czekają nas dodatkowe przyjemności: dyskusja, kolacja, spacer, randka. Czy po streamingu ludzie umawiają się na spacer lub na randkę?

W sieci tak znienawidzone dziś znużenie może wywołać o wiele więcej czynników. Oglądając (sic!) koncert przed komputerem, musimy się dodatkowo zmagać z niedostatkami transmisji, popisami lub małymi umiejętnościami kamerzystów, jakością sprzętu po obydwu stronach ekranu oraz innymi okolicznościami, które dzieją się tu i teraz, sprawiając, że jednym kliknięciem postanawiamy „kiedyś do tego wrócić”. Owszem, internet daje wolność i anonimowość, ale tylko po stronie odbiorcy. Wielu artystów etatowych nie ma ekspansywnej osobowości i lepiej funkcjonuje z dala od wścibskiego oka kamery. Tymczasem muszą grać. Słuchacze są za to coraz bardziej wygodni, chcą widzieć więcej, a jednocześnie sobie pochillować, obejrzeć transmisję w dogodnym momencie, w kapciach, w tym samym czasie niezobowiązująco pożartować na czacie, a przede wszystkim móc się w każdej chwili wylogować. Ta sytuacja drastycznie pogłębia dystans między artystą a odbiorcą. Postępująca wizualizacja muzyki nie tylko powoduje, że przestajemy słuchać, ale też sprawia, żestajemy się podglądaczami. Z początku myślałem, że to tylko niezdrowa ciekawość muzykologów, ogarniętych obsesją tego, „jak to jest zrobione” i próbujących „sięgnąć, gdzie wzrok nie sięga”. Niestety, część relacji z muzycznych wydarzeń zmieniła moją perspektywę. „Słuchaj okiem, a nie brzuchem”! – chciałoby się powiedzieć.

Oglądając (sic!) koncert przed komputerem, musimy się dodatkowo zmagać
z niedostatkami transmisji, popisami lub małymi umiejętnościami kamerzystów i innymi okolicznościami, które mogą sprawić, że jednym kliknięciem postanawiamy „kiedyś do tego wrócić”. Owszem, internet daje wolność i anonimowość, ale tylko po stronie odbiorcy.

Obraz, jaki wyłania się z obserwacji pandemicznego życia muzycznego, może być jednak mylący. Jest bowiem jeszcze druga strona tego (przyznanego sobie) medalu. I nie chodzi tutaj tylko o wyimaginowaną troskę o rozwój i wysoki poziom, ale zupełnie namacalną sytuację innej części środowiska, które milczy albo uśmiecha się przez łzy. Mam na myśli różne grupy freelancerów działających na wolnym rynku, grających koncerty, tworzących ich oprawę, obsługujących, występujących najczęściej na mniejszych festiwalach i imprezach. Dla nich ten rok nie był tradycyjnym weneckim lotem anioła. Aktualna sytuacja daleka jest więc od równości. Dotowane instytucje publiczne grają głównie własnymi siłami i to stamtąd wydobywa się śmiech tłustych kotów, szczery i bezpretensjonalny. W tym samym czasie śmiech niektórych freelancerów próbujących odnaleźć się w internecie jest upiorny i przypomina uśmiech Jokera. Zza uśmiechniętych masek i rozmaitych popisów z cyklu „kultura w sieci” wyłania się rozpacz i panika. Oni także wiedzą, że trzeba się śmiać. Przecież już Arystoteles mawiał, że „uśmiech jest ćwiczeniem fizycznym wielce dla zdrowia korzystnym”. A reszta uczestników życia muzycznego? A ci, których nie widać? Którzy tak nie chcą albo nie potrafią? Co z nimi? Co oni mają powiedzieć? Możemy się tylko domyślać. Nie ma ich w sieci, a nieobecni nie mają głosu.

Muzyka w dobie pandemii jest co prawda lustrzanym odbiciem narzuconych ograniczeń, ale nie można zapominać, że jest to krzywe zwierciadło. I w tym przypomina karnawał. Przesłonięte maską internetu twarze otwierają oczy i uwodzą uśmiechami. Istotą karnawału jest jednak także tajemnica, a lśniące oczy i promienne uśmiechy to tylko część prawdy. Życie muzyczne jest zawieszone, nie wszyscy muzycy mają równe szanse, wolna konkurencja nie istnieje. Tylko niektórzy stają na scenie i dają internetowy głos, reszty nie ma. Nie ma śpiewaka, który stał się stolarzem, nie ma śpiewaczki, która trudni się rękodziełem i robi woskowijki w duchu zero waste, nie ma puzonisty, który rozwozi jedzenie w Glovo, nie ma także tancerki, która zajęła się robieniem tortów. To także „muzyka w dobie pandemii”. Ktoś powie: tania maskarada, pogłębiająca różnice społeczne, w ogólnym rozrachunku nieprowadząca ani do rozwoju muzyki, ani – wbrew pozorom – do jej upowszechniania. Owszem, także w czasie pandemii odbywały się wyjątkowe wydarzenia, ale czy to pozwala trwonić uśmiechy w roku, w którym przełożono Konkurs Chopinowski, Metropolitan Opera odwołała sezon, a jej muzycy od marca ubiegłego roku nie dostają pensji, noworoczny koncert filharmoników wiedeńskich zagrano po raz pierwszy do pustych krzeseł, publiczność nie chodzi na koncerty, a główną „inspiracją” kompozytorów są aktualne obostrzenia epidemiczne? Mówiliśmy: nic nie zastąpi żywego kontaktu artysty z publicznością, tej energii, która pozwala muzykom wspiąć się na wyżyny swoich możliwości, a potem posłuchać prawdziwych braw. Dziś mówimy to jakby bez przekonania, słuchając braw doklejonych do transmisji internetowych. Robimy dobrą minę do złej gry albo raczej: lejemy krokodyle łzy, robiąc nietęgą minę do wcale niezłej gry. Nasze uśmiechy ukrywamy pod maskami. A maski przywdziewamy, a jakże, kolorowe, jasne i wesołe. Kto się nie śmieje, ten chory, a kto wesół, ten długo żyje. Serenissima.

Karnawał wymaga uśmiechu. To niezastąpiona i niezbywalna część scenicznego emploi nie tylko artystów, ale też wielu innych ludzi związanych ze sztuką, tworzących środowisko, na którym wszystkim zależy. Jednak „For now we see through a glass, darkly”.

Zastanawiająca jest ta błyskawiczna adaptacja do wymuszonych warunków. Niby tęsknimy za kontaktem z żywym artystą i odbiorcą, lecz tę tęsknotę manifestujemy jak dobre maniery – mechanicznie, najczęściej na wstępie naszych wypowiedzi, po czym szybko przybieramy zadowolone miny i z upodobaniem gramy „do kamery”. Jak tytułowy bohater opery Leoncavalla zakładamy maskę, szminkujemy usta, uśmiechamy się, a tłum klaszcze. Można powiedzieć: c’est la vie, weryzm nigdy się nie starzeje.

A życie artystyczne jest jednak bezwzględne:

Wdziej maskę błaźnie 
za rumieniec weź szminkę
Kto za to płaci, ten śmiać się prawo ma
Chociaż ci dziś porwali Colombinę
Śmiej się, pajacu, a tłum oklaski da
Choć w duszę twoją wpijają się cierni
Grymasem jęki i łkania pokryj swe
Więc śmiej się, pajacu, choć bolejesz niezmiernie
Śmiej się, choć ból rozrywa serce twe.

(Ruggero Leoncavallo, aria „Śmiej się, pajacu”, tłum. Stanisław Przesmycki)


Facebook Facebook Facebook

Nasz serwis internetowy używa plików cookies w celach określonych w polityce prywatności.

AKCEPTUJĘ REZYGNUJĘ