<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Słowo kluczowe &quot;proza&quot; | Kalejdoskop Kultury</title>
	<atom:link href="https://kalejdoskopkultury.pl/slowo-kluczowe/proza/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>https://kalejdoskopkultury.pl/slowo-kluczowe/proza/</link>
	<description></description>
	<lastBuildDate>Mon, 09 May 2022 08:43:52 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl-PL</language>
	<sy:updatePeriod>
	hourly	</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>
	1	</sy:updateFrequency>
	<generator>https://wordpress.org/?v=6.0.3</generator>
	<item>
		<title>Antropozoonomie (wybór)</title>
		<link>https://kalejdoskopkultury.pl/antropozoonomie-wybor/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Patrycja Dołowy]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 20 Dec 2021 21:20:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Proza]]></category>
		<category><![CDATA[antropomorfizacja]]></category>
		<category><![CDATA[dołowy]]></category>
		<category><![CDATA[literatura]]></category>
		<category><![CDATA[online first]]></category>
		<category><![CDATA[proza]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://kalejdoskopkultury.pl/?p=1629</guid>

					<description><![CDATA[<p>Widziano ją w pobliżu wsi Wasilkowo, na północ od Hajnówki. Kawałek od drogi na Białystok. Ponoć uwielbiała pola rzepaku. Matylda się wyrwała. Matylda jest wolna. Matylda uciekła z domu, szlaja się z żubrami.</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/antropozoonomie-wybor/">Antropozoonomie (wybór)</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<h2>Matylda</h2>



<p>Widziano ją w pobliżu wsi Wasilkowo, na północ od Hajnówki. Kawałek od drogi na Białystok. Ponoć uwielbiała pola rzepaku. Matylda się wyrwała. Matylda jest wolna. Matylda uciekła z domu, szlaja się z żubrami.<br>– Chyba ją zaakceptowały – mówił doktor Ę.<br>– Byle się nie puściła. Poród pół-żubra mógłby ją zabić – dodawał zatroskany profesor Yyyy.<br>– Żubry są jak jeden organizm, a ona odstaje – stwierdzał stanowczo doktor Ą.<br>Złapali Matyldę po kilku miesiącach. Na szczęście znalazł się sponsor. Obiecał, że nie zamknie jej w klatce i nie przyczepi do automatycznej dojarki. Pisali o zielonym pastwisku, które na Matyldę czeka, tak rozległym, że nie widać drutu. Pisali: już jedzie, Matylda wraca do domu. Matylda nie wróciła. Nie chciała. Zdechła po drodze w bydlęcym wagonie.<br>I wcale nie nazywała się Matylda, bo krowy nie mają imion.<br><br><br></p>



<h2>Piękny lis</h2>



<p>Człapie śmierdząca Wiola. Człap, człap.<br>– Szybciej, śmierdząca suko! – krzyczy za czarnym kundlem, który nie śmierdzi ani trochę. Przypomina lisa o lśniącym futerku.<br>Ludzie zatrzymują się przy pięknym lisie, wtedy czmycha i chowa się za Wiolą.<br>Ludzie odsuwają się od Wioli, bo śmierdzi.<br>Ludzie rozmawiają: – Ten lis na pewno uciekł z lisiej fermy. Piękny.<br>Lisia ferma jest niedaleko. Ludzie nie rozmawiają o lisiej fermie, chyba że mijając Wiolę.<br>Wiola nie mieszka z ludźmi, tylko w gównianym szałasie pod lasem.<br>Jej stary zdechł i leży w grobie – tak Wiola mówi o ojcu. Zabrali jego mieszkanie, bo Wioli już w nim dawno nie było. Zabrała swoje ciało, nie chciała patrzeć na nie z bliska. Nie tam.<br>Nauczycielka chciała dobrze: – Wiolu, jeśli nie zaczniesz się uczyć, zostaniesz w trzeciej klasie. Została.<br>Raz, drugi, potem już nie wróciła do szkoły.<br>Przyszli do starego, ale był zbyt zachlany, żeby zorientować się, że Wioli od dawna już nie ma.<br>Wiola nie dotyka lśniącego futerka lisa. Lis nie lubi.<br>Mijając Wiolę, ludzie rozmawiają: – Wie pan, jak giną czarne lisy? Jedną elektrodę wkłada im się w odbyt, drugą do pyska. Dzięki temu futerko pozostaje nietknięte.<br><br><br></p>



<h2>Zdechł pies</h2>



<p>Zdechł pies – tak wołali. Kładłam się na plecach – z łapami do góry, odsłaniając brzuch. Wygląda jak kurczak – się śmiali. Śmiali, pamiętam, bo potem już się nie śmiali.<br>Stali się podobni do zwierząt. Chodzą z rozdętymi brzuchami. Koty – szkielety. Uff, przecież nie tkną szkieletu. Pieprzone koty myślą tylko o sobie. I tak zdechną. Wania jest szybszy niż koty w łapaniu myszy. Zapomni się podzielić. Marzy o myszy od rana. A ja? Wiem, co dla nich znaczę. Mówią: kocham, a ja widzę w ich oczach – jestem kurczakiem. Udają, że to tylko zabawa. Zrozumiesz miłość? Wiesz, jak kocha suka? Jestem waszą suką, waszym kurczakiem. Czterdziesty drugi dzień oblężenia Leningradu. Taty nie ma. Mama jest. Mamy są. Nie jedzą. Nasza kotka, nie widziałam, by jadła. Obie z mamą wiemy, że dzieci muszą przeżyć. Zima jest sroga, a w domu nie ma czym palić. Zdobywasz parę butów, nie pytają jak. Ty wiesz, suko, i ja, suka, wiem. Macie tę parę butów na troje. Wania w nocy wyssie podeszwy. Zasypia. Wasza suka wie. Zdechł pies. Dożyjecie, aż otworzą korytarz życia. Wierna suka. Smaczna suka. Nie zapytacie, skąd to mięso. Mama powie, że przyniosła. My suki rozumiemy się bez słów.<br><br><br></p>



<h2>Orientacja myszy</h2>



<p>Pani zwierzę mocy to mysz – usłyszała i parsknęła śmiechem. W przedszkolu była przebrana za mysz. Może dziś z perspektywy lat przyznać, że to był naprawdę pomysłowy kostium, ale wtedy… czuła się jak cholerna mysz, gdy w szarych rajstopkach, trzymając ogon z wełnianego paska, ustawiła się do fotografii z dziewczynkami w białych, niebieskich i różowych sukienkach księżniczek. Zawsze miała orientację myszy – była w stanie odnaleźć się w każdym mieście na świecie pod warunkiem, że miało ściany, wzdłuż których można się przemieszczać. Instytut miał ściany. Drogi dobrze znane, na początku dokądś prowadziły, potem zaczęły przypominać zamknięte pudełko.<br>Sekcja zwłok myszy zmarłej na nowotwór. Tylko nie myśleć o tym, że mięso kiedyś było żywe i że krew tryska po przecięciu naczynka. Kawałek małego, sztywnego, ciepłego jeszcze ciałka o miękkim futerku i niewinnie zamkniętych oczkach. Kroi futerko myszy, patrząc na jej pyszczek, i szepce: „Biedactwo, moje biedactwo”. Ważny jest eksperyment, wiedza jaką wyniesie się z tego doświadczenia, a nie to, czy się kogoś pokroi i wyrzuci później do kosza z napisem „odpady biologiczne”. Nagle ta kolejna pokrojona mysz nie jest już dla niej odpadem. Nie zapomni jej pyszczka i łapek ułożonych pod główką, przypominających rączki śpiącego dziecka, dopóki laborantka nie rozciągnie ich i nie przyczepi szpilkami do wanienki. Rozpina biały fartuch, bez słowa wychodzi. Wraca do domu na piechotę. Odległości, tak dalekie, gdy pokonywane autobusem, nagle kurczą się pod nogami. Przestrzeń miasta integruje się w całość, po której można przemieszczać się jak palcem po mapie, jak miniaturowymi ludzikami po makiecie. Bez ścian.<br><br><br></p>



<h2>Jedyny przyjaciel</h2>



<p>Powiem szczerze, czy może sobie pan wyobrazić większego czuba? Z zimną krwią, panie, zabił swojego jedynego kumpla. A tak, panie, dożywocie dostał i już sobie posiedzi. No raczej już nie wyjdzie. Bo i kto by go tu chciał, czuba. Samotny był – to fakt. Matka umarła, jak jeszcze był mały. Ojciec to raczej nie pytał, tylko lał. No ale takiego czuba, panie, to jak? Wytłumaczyć mu jak człowiekowi nie idzie, trzeba lać. Siedem lat miał. Zamykał się sam w komórce i wył. No siostra to tam chodziła do niego, coś mu śpiewała, to wyszedł czasem. Ale siostra chłopa znalazła i pojechała do Józefowa. I cioł sam został, pierwszy sklep okradł, jak mu z dziesięć lat było, może jedenaście. W ośrodku go zamknęli, tu niedaleko, 30 km stąd ledwie. Pisały gazety, że tam wychowawca to sobie lubił poużywać na chłopcach, ale to bzdury panie, bo to katolicki ośrodek przecież był. Żyd jakiś z gazety od Michnika z Lublina bzdury napisał. W międzyczasie ojciec się przekręcił. Czub już nikogo na świecie nie miał. To se, panie, koguta znalazł i go jak psa jakiegoś – to na spacer wyprowadzi, po wsi paraduje z nim. W łóżku z nim spał normalnie, z jednego talerza, panie, z tym kogutem jadł, uwierzy pan? I kumpel jego do niego przychodził. Czasem wódeczkę wypili. Namówił go, żeby stację zrobić, tu niedaleko przy siedemnastce. Nie wyszło, kumpel uciekł, a jego, głąba, złapali. Ale widzieli, że przygłup, dwa lata mu dali tylko. On nic kumpla nie zdradził, prosił tylko: stary, jak mnie nie będzie, dbaj o mojego koguta, niech mu nie brakuje niczego. I dbał kumpel. Jak głąb miał wyjść na warunkowe, to kumpel tak się ucieszył, że go ugościć chciał po królewsku. Ubił koguta, rosół zrobił. Przyjeżdża głąb: jak cudownie, jakie zapachy, jaki aromat, to dla mnie? Ano z tego koguta, co to dla ciebie tu trzymałem. Łzy w oczach czuba stanęły. Wyć znów zaczął. Do kuchni poleciał. Tasak chwycił, co pod niego jego kogut ukochany, jego perełka, złotko, kochanie poszedł. Jak się na kumpla nie zamachnie: Przyjaciela mojego jedynego, chuju, zamordowałeś – krzyczy. Dwanaście ciosów zadał, krew to panie wszędzie była. I po co to komu taka historia?<br><br><br></p>



<h2>Żaba</h2>



<p>Byłam małą dziewczynką, może dziesięcioletnią. Dziadek miał piwnicę na ziemniaki. Latem wrzucało się tam je przez specjalne okienko i leżała taka kupa ziemniaków – zapasy na cały rok. W zimie do tej wilgotnej piwnicy chowały się żaby. Ale jak dziadek wchodził po ziemniaki, to wyrzucał żaby na śnieg. Ja zawsze płakałam i pytałam, dlaczego je wyrzuca. Że jest im zimno. Dziadek nie rozumiał mojej troski i wkurzał się na mnie. Któregoś dnia dziadek wyrzucił żaby. Już wiedziałam, że nie warto go prosić. Ale gdy on gdzieś poszedł, ja wyszłam na śnieg, żeby poszukać tych żab.</p>



<p>I znalazłam. Jedną.</p>



<p>Jak ją wzięłam w rękę, była twarda jak kamień. Była jedną wielką bryłą lodu.</p>



<p>Włożyłam ją sobie pod bluzkę, do serca, jeszcze nie miałam wtedy piersi. Otuliłam ją dłońmi i szłam powoli do domu. W pewnym momencie poczułam, że ta żaba staje się coraz bardziej miękka, a po chwili, że zaczyna się ruszać.</p>



<p>Żyła.</p>



<p>Ruszała mi się pod bluzką.<br><br><br><br></p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/antropozoonomie-wybor/">Antropozoonomie (wybór)</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Apokryf pierwszy</title>
		<link>https://kalejdoskopkultury.pl/apokryf-pierwszy/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Kinga Piotrowiak-Junkiert]]></dc:creator>
		<pubDate>Wed, 23 Jun 2021 21:07:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Proza]]></category>
		<category><![CDATA[literatura]]></category>
		<category><![CDATA[piotrowiak-junkiert]]></category>
		<category><![CDATA[proza]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://kalejdoskopkultury.pl/?p=247</guid>

					<description><![CDATA[<p>Długo przykładała ucho do kry i słuchała tętna głębiny. Wycięła przeręble jeszcze w kilku miejscach, aż poczuła ciężar. Uklękła gołymi kolanami na lodzie i zaczęła coś mówić do wody. </p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/apokryf-pierwszy/">Apokryf pierwszy</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p>Z narodzeniem Feli było tak.</p>



<p>W połowie lutego, w porze wykradania kur, zaczęły wyć lody na rzece. Głęboko w dole przyspieszyła woda i zawirowała gęsto wzdłuż brzegów. Później zaczęła się kołysać z taką siłą, że popękała lodowa skorupa. Dudnienie nurtu i trzaski lodu spłoszyły chmary ptaków, które wzbiły się do lotu i poszybowały nad cerkiew. Ich niespokojne nawoływania zbudziły Jerkową. Starucha wystawiła głowę spod pierzyny, otworzyła jedno oko, posłuchała powietrza i w mig pojęła, w czym rzecz. Ruszyła do szafy, włożyła kilka koszul jedna na drugą, potem wyszukała po omacku grubą spódnicę, naciągnęła rajstopy i zniknęła na chwilę w spiżarni.</p>



<p>Szła przez pola szybkim krokiem z zieloną łunką nad czołem. Postawiła na brzegu wiadro, położyła widły, sieci i nóż. Usiadła obok i w pośpiechu ściągnęła dół ubrania. Ze spódnicy zrobiła tobołek, ukryła w nim buty i rękawice, zawiązała wszystko parą rajstop. Poprawiła jeszcze opadającą na oczy chustę i ruszyła prosto w wodę. Nachyliła się nad pierwszą krą, wybiła styliskiem dziurę w lodzie i po wycięciu szerszego otworu ostrożnie wsunęła do środka więcierze. Poruszała końcem linki tak długo, aż sieci rozchyliły się, otwierając łuki i czasze. Długo przykładała ucho do kry i słuchała tętna głębiny. Wycięła przeręble jeszcze w kilku miejscach, aż w końcu poczuła ciężar. Uklękła gołymi kolanami na lodzie i zaczęła coś mówić do wody. Mamrotanie Jerkowej przeszło w mruczenie, a mruczenie w śpiew. W końcu umilkła, wstrzymała oddech i szybkim, pewnym ruchem wyszarpnęła swoją zdobycz. Wyjęła ją z ażurowego klosza, szybko włożyła pod płaszcz na piersiach i ruszyła biegiem do domu, porzucając na śniegu wszystko, z czym przyszła. Na wysokości czarnego sadu przyciśnięte do ciała zawiniątko drgnęło. Jerkowa odchyliła delikatnie połę, by dać mu haust powietrza. – No już, malutka – powiedziała w ciemnościach. I nim obłok gorącego oddechu rozwiał się nad polami, były w domu. Zamknęła drzwi i okna, nastawiła wodę na wrzątek. Bose stopy zamarzły. Przez skórę prześwitywały błękitne kryształy krwi. Jerkowa napełniła płuca dziewczynki własnym oddechem i położyła ją na dnie pierzyn.</p>



<p>Ptaki wróciły nad rzekę dopiero o świcie. Gdy mijały zatoczkę szczupaków, dostrzegły w dole roztańczony czarny punkcik. To Władek stał na brzegu i śmiał się jak głupi do gwiazd.<br><br><br></p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/apokryf-pierwszy/">Apokryf pierwszy</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Pokaż, gdzie boli</title>
		<link>https://kalejdoskopkultury.pl/pokaz-gdzie-boli-bellova-man-varhegyi/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Kinga Piotrowiak-Junkiert]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 22 Jun 2021 22:25:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Recenzje]]></category>
		<category><![CDATA[Bellová]]></category>
		<category><![CDATA[literatura]]></category>
		<category><![CDATA[Mán-Várhegyi]]></category>
		<category><![CDATA[piotrowiak-junkiert]]></category>
		<category><![CDATA[powieść]]></category>
		<category><![CDATA[proza]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://kalejdoskopkultury.pl/?p=339</guid>

					<description><![CDATA[<p>Réka Mán-Várhegyi i Bianca Bellová nie tylko uzupełniają dotychczasowy obraz literaury węgierskiej i czeskiej, ale także stawiają pytania, których oczekujemy od literatury blisko splecionej z rzeczywistością</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/pokaz-gdzie-boli-bellova-man-varhegyi/">Pokaż, gdzie boli</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p><strong>Réka Mán-Várhegyi „Magnetyczna góra”, przeł. E. Sobolewska, Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2020. </strong><br><strong>Bianca Bellová „Mona”, przeł. A. Radwan-Żbikowska, Wydawnictwo Afera, Wrocław 2020.</strong></p>



<p>Środkowoeuropejskie pisarstwo kobiet jest obecne w Polsce dzięki wydawnictwom promującym literaturę mniejszych języków, a zwłaszcza dzięki Książkowym Klimatom, Czarnemu, Aferze czy serii Proza w Biurze Literackim. Na podstawie lektur autorek czeskich, słowackich, węgierskich, a nawet ukraińskich czy słoweńskich (jeśli kategorię środkowoeuropejskości rozumiemy szeroko) można bez trudu wskazać najważniejsze tendencje, charakterystyczne dla poszczególnych literatur. Inaczej mówiąc, polscy czytelnicy wiedzą już, czego można się spodziewać po tekstach przybywających do nas znad Dunaju, Wełtawy i Drawy. Réka Mán-Várhegyi i Bianca Bellová nie tylko uzupełniają dotychczasowy obraz literaury węgierskiej i czeskiej, ale także stawiają pytania, których oczekujemy od literatury blisko splecionej z rzeczywistością i współczesnymi problemami, także globalnymi.</p>



<figure class="wp-block-image size-medium wkolorze"><img width="300" height="225" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/reka-Magiczna-gora_m-300x225.jpg" alt="ułożone obok siebie i jedna na drugiej okładki książki Magnetyczna góra Reki Man-Varhegyi" class="wp-image-994" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/reka-Magiczna-gora_m-300x225.jpg 300w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/reka-Magiczna-gora_m-1024x768.jpg 1024w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/reka-Magiczna-gora_m-768x576.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/reka-Magiczna-gora_m.jpg 1500w" sizes="(max-width: 300px) 100vw, 300px" /><figcaption>„Magnetyczna góra”. Fot: Biuro Literackie</figcaption></figure>



<p>Mán-Várhegyi połączyła w „Magnetycznej górze” kilka ważkich i szeroko omawianych tematów: problem wykluczenia społecznego, pozycji kobiet na uniwersytetach, klasowość społeczną, centralizację kraju, seksualność kobiet 50+, powrót z emigracji, a w dodatku podjęła próbę rozrachunku z narodowymi kompleksami. Wszystkie te zabiegi złożyły się na sukces książki (okrzyknięto ją węgierską powieścią #metoo), ale już powyższe wyliczenie sugeruje wyraźną skłonność Mán-Várhegyi do piętrzenia perspektyw. Strategię obarczania tekstu tyloma zagadnieniami dałoby się wytłumaczyć backgroundem autorki, która jest socjolożką i wykorzystała swoje kompetencje zawodowe do stworzenia bogatej treściowo fikcji, jednak &nbsp;po odjęciu wszystkich społecznych problemów pozostaje skromna fabuła: trójkąt badawczo-miłosny akademiczki Enikő, studentki Réki i kochanka obu Tamása, którzy przeżywają swoje uczuciowe i zawodowe rozterki między Budapesztem a legendarnym blokowiskiem Békásmegyer, na którym prowadzą badania.</p>



<figure class="wp-block-pullquote is-style-default"><blockquote><p>Pisarstwo Mán-Várhegyi <br>i Bellovej łączy silne poczucie kobiecej misji, choć każda z nich realizuje ją w inny sposób. Węgierska autorka chętniej pokazuje mechanizmy społeczne i ich skutki. <br>U Czeszki podział na żeńskość i męskość wynika z zaplecza emocjonalnego <br>i psychicznego.</p></blockquote></figure></p>



<p>Mán-Várhegyi pokazuje bohaterów w ich naturalnym środowisku, w murach uniwersytetu, przy bufetowych stolikach, w komunikacji miejskiej, leczących zęby, pijących kawę na ulicy Sándora Bródyego, próbujących, bez skutku, wydostać się z utartych kolein życia, w czym do złudzenia przypominają mieszkańców betonowej dżungli z Békásmegyer. Motyw przegranej, zastoju oraz wstydu (odnoszonego do różnych sfer życia) powtarza się w „Magnetycznej górze”kilka razy, łącząc wszystkie losy, także bohaterów drugiego planu. O ile sam temat stagnacji wydaje się dobrze opisywany przez autorów środkowoeuropejskich, a nawet może uchodzić za jedną z najbardziej popularnych i zarazem stereotypowych kategorii opisu w literaturze naszego regionu, o tyle u Mán-Várhegyi przybiera on niepokojącą postać, bo staje się elementem negatywnej tożsamości narodowej. Pisarka wypowiada się o swojej ojczyźnie odważnie, ale więcej w tym pokazowej brawury niż świeżego spojrzenia. Powracająca do ojczyzny z Ameryki Enikő zbyt dobrze pamięta, jak okropna potrafiła być rodzima codzienność, a tak zwani Węgrzy źli i nieudaczni tak bardzo, że w pewnym sensie byli skazani na cierpienie, gorycz i duchową nędzę. Nie, człowiek przy zdrowych zmysłach nie tęskni za takim otoczeniem. Nie pragnie widzieć na twarzach bliźnich nieszczęścia, gniewu czy złości, nie mówiąc o bagnie, jakim było tamtejsze środowisko akademickie, o jego małostkowych gierkach, nie wspomniawszy o kilkudziesięcioletnim zapóźnieniu (s. 37).</p>



<figure class="wp-block-image size-large is-style-default"><img loading="lazy" width="1024" height="833" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/rekamanvarhegyi-cTiborNoeKiss_m-1024x833.jpg" alt="Pisarka Réka Mán-Várhegyi w  białej cienkiej koszuli, stoi na tle drzwi do brązowego domku lub altany. " class="wp-image-996" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/rekamanvarhegyi-cTiborNoeKiss_m-1024x833.jpg 1024w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/rekamanvarhegyi-cTiborNoeKiss_m-300x244.jpg 300w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/rekamanvarhegyi-cTiborNoeKiss_m-768x625.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/rekamanvarhegyi-cTiborNoeKiss_m-1536x1250.jpg 1536w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/rekamanvarhegyi-cTiborNoeKiss_m.jpg 1900w" sizes="(max-width: 1024px) 100vw, 1024px" /><figcaption>Réka Mán-Várhegyi. Fot. Tibor Noe Kiss / Biuro Literackie</figcaption></figure>



<p>&nbsp;Przypuszczam, że stylizowanie kraju na miejsce zapomnienia, w którym „parszywy humor jest pomieszany ze złą wolą” robi wrażenie na czytelnikach nawykowo egzotyzujących nasz region. Z pewnością łatwiej jest również pisać o Węgrzech jako mateczniku „zawodowych barbarzyńców” niż udowadniać, że Europa Środkowo-Wschodnia dogoniła Zachód w większości dziedzin i sfer życia. W 2019 roku autorka otrzymała za „Magnetyczną górę” Nagrodę Literacką Unii Europejskiej, co potwierdzałoby celowość przesadnego&nbsp; nadmuchiwania fabuły i włączania do książki wszystkich palących problemów Europy, ale to bogactwo mnie nie przekonuje, bo uwypukla jedną z większych bolączek literatury – o mniejszościach (etnicznych i seksualnych) oraz o kobietach w przestrzeni publicznej zbyt często piszemy przez pryzmat stereotypów, które niczego nie uczą, a tym samym nie zmienią świadomości czytelników.</p>



<figure class="wp-block-image size-medium wkolorze"><img loading="lazy" width="300" height="229" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/Mona-Bianca-300x229.jpg" alt="Trzy czerwone książki Mona Bianki Bellovej" class="wp-image-997" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/Mona-Bianca-300x229.jpg 300w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/Mona-Bianca-1024x780.jpg 1024w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/Mona-Bianca-768x585.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/Mona-Bianca.jpg 1200w" sizes="(max-width: 300px) 100vw, 300px" /><figcaption>„Mona”. Fot: Kasia Michałkiewicz-Hansen / mat. wydawcy</figcaption></figure>



<p>Bianka Bellová, znana w Polsce autorka powieści „Jezioro”, wybrała zupełnie inną strategię narracyjną. Przeniosła fabułę kolejnej książki do bliżej nieokreślonego kraju na Bliskim Wschodzie (chociaż tę kategorię również traktowałabym szeroko) i, unikając geograficznych określników, zbudowała historię wykwalifikowanej pielęgniarki, tytułowej Mony, dyżurującej przy przywożonych z frontu żołnierzach. Od początku wiadomo, że praca bohaterki polega na asystowaniu przy śmierci. Opowieść Bellovej nie zaskakuje, bo silna więź rodząca się między pacjentem (Adamem) i jego opiekunką (Moną) brzmi znajomo, nie zaskakują także lawiny wspomnień, powracających do bohaterki podczas nocnych dyżurów. Dzięki flashbackom poznajemy traumatyczne dzieciństwo kobiety, jej emocjonalne osamotnienie, chłodną relację z mężem i nierozważną skłonność do wybierania tego, co ma najmniej szans na powodzenie. Mona woli bowiem snucie fantazji niż konsekwentne egzekwowanie własnych potrzeb i ten koncept czeska pisarka doprowadziła do perfekcji. Bellová wybiera znane schematy (np. bohaterka godzi się na skomplikowane układy z przełożonym i nadużycia seksualne), nie zależy jej na zaskakiwaniu fabułą, bo nie w tym tkwi siła „Mony”.</p>



<p>W straceńczej potrzebie ratowania samej siebie bohaterka przekracza zasady – przynosi ukochanemu rosół, zdobywa leki przeciwbólowe, wymusza kolejną amputację, chociaż oddziałowa nie widzi dla żołnierza szans na wyzdrowienie, spacerując na ulicy odsłania włosy, nie licząc się z konsekwencjami. Bellová splata historię Mony z życiorysami rannych, by pokazać, że wszyscy zmagają się z silnym odczuciem nierealności, w które pisarka wciąga także czytelników. Wraz z rozwojem narracji zmienia się rzeczywistość otaczająca bohaterów, ściany szpitala zaczynają przerastać łodygi i korzenie tropikalnych roślin. W końcu rozpada się bryła budynku. Metafora pęknięcia wydaje się tutaj kluczowa, bo bohaterowie nie potrafią znaleźć antidotum na swoje nieodwracalne naruszenie. W przypadku Mony dotyczy ono wielu sfer kobiecego życia – bycia widzianą, pożądaną i spełnioną.</p>



<figure class="wp-block-image size-large is-style-default"><img loading="lazy" width="683" height="1024" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/bianka-fot.-Marta-Rezova-683x1024.jpg" alt="Pisarka Bianka Bellova stoi oparta o poręcz mostu, uśmiecha się szeroko, patrzy przez swoje lewe ramię " class="wp-image-998" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/bianka-fot.-Marta-Rezova-683x1024.jpg 683w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/bianka-fot.-Marta-Rezova-200x300.jpg 200w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/bianka-fot.-Marta-Rezova-768x1152.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/bianka-fot.-Marta-Rezova-1024x1536.jpg 1024w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/bianka-fot.-Marta-Rezova.jpg 1365w" sizes="(max-width: 683px) 100vw, 683px" /><figcaption>Bianka Bellová. Fot. Marta Režová / mat. wydawcy</figcaption></figure>



<p>„Mona miała swój dziennik. Pisała w nim nigdy niewysłane listy do Kamila, o tym, jak brakuje jej tchu, kiedy o nim myśli, aż czuje, że pęka jej głowa i płuca. Jak wyobraża sobie, że on na niej leży i patrzy na nią. Jej ciało płonęło najbardziej, kiedy na nią patrzył. Oczywiście to, co dziewczęta pisały i czytały, również podlegało kontroli, sprawdzano też, czy nie chowają pod łóżkami żadnych bezeceństw, jak kosmetyki do makijażu albo kusząca bielizna” (s. 75).</p>



<p>Kobieta wybiera iluzje, bo to jej odpowiedź na zawód, który przyniosło życie. Iluzja w „Monie” nie wynika z fantazji autorki, ale świadczy o skutkach rozpaczy bohaterów. Widzą więcej, by móc przetrwać miałkość istnienia.</p>



<p>Pisarstwo Mán-Várhegyi i Bellovej łączy silne poczucie kobiecej misji, choć każda z nich realizuje ją w inny sposób. Węgierska autorka chętniej pokazuje mechanizmy społeczne i ich skutki. U Czeszki z kolei podział na żeńskość i męskość wynika z zaplecza emocjonalnego i psychicznego. Bellová lubi przesuwać tę granicę, eksperymentuje z uczuciami. Mężczyźni walczący z bólem pamiętają sceny dowodzące ich delikatności, w ich wizjach pojawiają się dzieci, a Mona, w scenie finałowej, podejmuje niezwykle odważną decyzję.</p>



<p>W obu powieściach brakuje definitywnych rozstrzygnięć, sami musimy dopowiedzieć sobie puenty. Korzyść z pracy wyobraźni jest jednoznaczna, możemy przekonać się o sile dwóch świetnie oddanych po polsku przez tłumaczki – Elżbietę Sobolewską i Annę Radwan-Żbikowską – książek, zupełnie różnych głosów kobiecych. Sprawdźmy, czy współbrzmią ze sobą i z nami.</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/pokaz-gdzie-boli-bellova-man-varhegyi/">Pokaż, gdzie boli</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Cofka</title>
		<link>https://kalejdoskopkultury.pl/cofka/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Kinga Piotrowiak-Junkiert]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 22 Jun 2021 20:42:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Proza]]></category>
		<category><![CDATA[literatura]]></category>
		<category><![CDATA[piotrowiak-junkiert]]></category>
		<category><![CDATA[proza]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://kalejdoskop.hadrysiak.com/?p=113</guid>

					<description><![CDATA[<p>Tym razem wszystko toczyło się według starego porządku. Po wytarciu talerzy i schowaniu garnków do spiżarni przebieraliśmy wysuszoną lipę i załadowaliśmy ją do wielkich słoików. </p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/cofka/">Cofka</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p>Właściwie to nie była niczyja wina. Od kiedy pamiętam, zawsze w drugim tygodniu lutego wywoływaliśmy wujka. Zwykle zbiegało się to z feriami, bo kiedy siedzieliśmy w domu uwięzieni przez zaspy śniegu, szybko kończyły się pomysły na długie zabawy. Najpierw robiliśmy gigantyczną makietę wąwozu z setką ręcznie malowanych żołnierzy, którym wymyślonymi imionami podpisywaliśmy stopy. Później znikaliśmy na długie godziny na strychu, gdzie nigdy nie obyło się bez wyciągania terenowej mapy umocnień, a na koniec budowaliśmy przy piecu legowisko z koców i krzeseł. Wlekliśmy kołdry z całego domu, by wić z nich kokony. Przecież wiadomo, że każdy etap tych zabaw nieuchronnie prowadził do zniesienia z góry starego stołu z zaciętą szufladką i wysłania w zaświaty serii zakodowanych zdań. Wujek pojawiał się po krótszej chwili, jak zawsze kompetentnie milczący i lekko nadąsany, co podobno jest podręcznikową cechą duchów.</p>



<p>Tym razem wszystko toczyło się według starego porządku. Na obiad był barszcz na karpiej głowie, gniecione ziemniaki, kopcowana marchew i sadzone jajko. Po wytarciu talerzy i schowaniu garnków do spiżarni przebieraliśmy wysuszoną lipę i załadowaliśmy ją do wielkich słoików. A po skończonej robocie przenieśliśmy się na strych, gdzie już czekało brezentowe niebo z naszytymi gwiazdami. Kawalkady i zasypywanie okopów trwało do późnych godzin, ale jak każda, nawet najdłuższa zabawa, ta także skończyła się na krawędzi wanny, w której Batorowa mieszała ręką pianę. Po napaleniu w piecu i wygrzaniu pod kołdrą, usiedliśmy w naszych gałganach wokół stołu i rzuciliśmy w eter zwyczajowe zdanie: „JAK SIE MASZ?”. Zanim wujek dopisał sobie w myślach brakujący ogonek pod &nbsp;„e”, wysłaliśmy jeszcze drugie pytanie (zdaniem Tadzika zbyt pochopnie): „U NAS MASA SNIEGU”. Wujek, zamiast pojawić się i zawisnąć w fioletowym obłoczku nad obrusem, zaczął kiwać się nad telewizorem, potem utknął pod karniszem i nawet falowanie zasłoną nie wypędziło go z rogu. Pomrukiwał coś co chwilę, jak dziadek Stachu, gdy mu mowę odjęło po udarze. „No mów, wujku, mów!” – namawiał Tadzik. Ale co miał biedak powiedzieć? Hulał jak szalony i rąbał piętami w maszynę do szycia.</p>



<p>Najgorsze, że wujek nie chciał zniknąć. Nie cofał się i, o zgrozo, coraz śmielej sobie poczynał. Zarzucił nogę na nogę, widać mu było gołą łydkę i ciągle bulgotał. Poczekaliśmy z godzinę, ale nie dał się uprosić, więc zdmuchnęliśmy kadzidełko do odczyniania i poszliśmy spać. Tadzik był pewien, że będzie jak w pierwszą rocznicę śmierci ciotki Tereski, której tak się podobało wypytywanie, że też nie chciała się cofnąć. Wtedy pomogło doczekanie do świtu. Ciotka zniknęła, zanim wstaliśmy.</p>



<p>Rano obudziłem się przed Tadzikiem, zdążyłem połamać w palcach wykrochmalony róg od poszewki, zerknąłem, czy Tadzik nie śpi, ale spał w najlepsze, więc wstałem i poczłapałem do stołowego sprawdzić, co tak szura za ścianą. Myślałem, że to z kuchni dochodzą odgłosy kocich misek albo że to bojler stęka, ale dom jeszcze spał. Za to na piecu majtał nogami jak dzieciak wujek Ludwik. Znudzony i cały w grymasach. W końcu, zamiast zabulgotać, odkaszlnął i zasunął wschodnim akcentem:</p>



<p>– Nigdzie nie znalazł uwędzonej ryby!</p>



<p>Pies i duch od razu wyczują, że się ich boisz, więc lekko rzuciłem:</p>



<p>– A szukałeś w piwnicy? Dziadzio dymił wczoraj wiśnią szczupaki. Musi coś wisieć.</p>



<p>– Eee! – Machnął obrażony. – Toto za grosz zapachu nie ma.</p>



<p>Uznałem, że w tym przypadku kawałkiem wędzonej sielawy możemy ugrać więcej niż sądzimy, więc obiecałem:</p>



<p>– Załatwię rybę tuż po śniadaniu. Pojadę do wioski na rowerze i wyproszę od kogoś. Coś jeszcze? Nie będę dwa razy jeździł.</p>



<p>– Nożyk do ołówków, postrugałbym sobie w kieszeń. Jak będę wracał do siebie, w odmęty, to sobie w szorstkie strużki palce wsadzę. O!</p>



<p>Cały Ludwik. Poczułem na plecach ciepły oddech zaspanego Tadzia, który musiał być nieźle zdumiony butami wujka na wysokości żyrandola (właśnie wisiał zaczepiony na obcasach).</p>



<p>– No wujku, ale musi być umowa, ryba, nożyk do ostrzenia i cofka – licytował Tadzik.</p>



<p>Oczywiście wujek nadął się, jakby połknął chmurę i gapił się w talerzyk na ścianie.</p>



<p>– No wujku… zgódź się, wiesz, jaka będzie afera! – prosiłem.</p>



<p>Ale wujek przeciągał strunę jak umiał.&nbsp;</p>



<p>– I partyjka! – trzasnął asem karo.</p>



<p>Tadzik, który za rok kończył podstawówkę i miał już spore doświadczenie z duchami, machnął ręką.</p>



<p>– Niech będzie, ale tylko jedna! I żadnych figli! Słyszy wujek?</p>



<p>Tadzik kazał wujkowi powtarzać na głos słowa przysięgi. Wujek powtórzył, dąsając się jak dwulatek. Słowo to słowo. Mieliśmy go w garści.</p>



<p>– Rozumiemy się? – o moja święta naiwności.</p>



<p>Wujek pokiwał głową, a wieczorem zagraliśmy przy wytargowanym węgorzu z soli. Zeszła tylko jedna porcja nafty. Poukładaliśmy na miejsce piony (wieże do wież, konie do koni) i pobawiliśmy się jeszcze w trójkę latarkami.</p>



<p>Kiedy spuszczaliśmy łódkę po zejściu pierwszych lodów, stanęliśmy jak wryci.</p>



<p>– Ale ruszyła! Ty smarowałeś? – spytałem.</p>



<p>– Jasne, wyciągnąłem na pomost, obróciłem burtę i podgrzałem smołę na palniku – rzucił trzynastoletni Tadzik.</p>



<p>– No to kto? – zacząłem i już zachłysnęliśmy się wybuchem śmiechu, gdy nagle zza krzaka wyszła sąsiadka z plebanii. Ostentacyjnie zwolniła i poprawiała loki, więc wydęliśmy usta, żeby sobie nie myślała, że wciąż nic nie wiemy o całowaniu.&nbsp;<br><br><br></p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/cofka/">Cofka</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
	</channel>
</rss>
