02 (02) 2021 | | Proza

Antropozoonomie (wybór)

Patrycja Dołowy

Uniwersytet Warszawski

Matylda

Widziano ją w pobliżu wsi Wasilkowo, na północ od Hajnówki. Kawałek od drogi na Białystok. Ponoć uwielbiała pola rzepaku. Matylda się wyrwała. Matylda jest wolna. Matylda uciekła z domu, szlaja się z żubrami.
– Chyba ją zaakceptowały – mówił doktor Ę.
– Byle się nie puściła. Poród pół-żubra mógłby ją zabić – dodawał zatroskany profesor Yyyy.
– Żubry są jak jeden organizm, a ona odstaje – stwierdzał stanowczo doktor Ą.
Złapali Matyldę po kilku miesiącach. Na szczęście znalazł się sponsor. Obiecał, że nie zamknie jej w klatce i nie przyczepi do automatycznej dojarki. Pisali o zielonym pastwisku, które na Matyldę czeka, tak rozległym, że nie widać drutu. Pisali: już jedzie, Matylda wraca do domu. Matylda nie wróciła. Nie chciała. Zdechła po drodze w bydlęcym wagonie.
I wcale nie nazywała się Matylda, bo krowy nie mają imion.


Piękny lis

Człapie śmierdząca Wiola. Człap, człap.
– Szybciej, śmierdząca suko! – krzyczy za czarnym kundlem, który nie śmierdzi ani trochę. Przypomina lisa o lśniącym futerku.
Ludzie zatrzymują się przy pięknym lisie, wtedy czmycha i chowa się za Wiolą.
Ludzie odsuwają się od Wioli, bo śmierdzi.
Ludzie rozmawiają: – Ten lis na pewno uciekł z lisiej fermy. Piękny.
Lisia ferma jest niedaleko. Ludzie nie rozmawiają o lisiej fermie, chyba że mijając Wiolę.
Wiola nie mieszka z ludźmi, tylko w gównianym szałasie pod lasem.
Jej stary zdechł i leży w grobie – tak Wiola mówi o ojcu. Zabrali jego mieszkanie, bo Wioli już w nim dawno nie było. Zabrała swoje ciało, nie chciała patrzeć na nie z bliska. Nie tam.
Nauczycielka chciała dobrze: – Wiolu, jeśli nie zaczniesz się uczyć, zostaniesz w trzeciej klasie. Została.
Raz, drugi, potem już nie wróciła do szkoły.
Przyszli do starego, ale był zbyt zachlany, żeby zorientować się, że Wioli od dawna już nie ma.
Wiola nie dotyka lśniącego futerka lisa. Lis nie lubi.
Mijając Wiolę, ludzie rozmawiają: – Wie pan, jak giną czarne lisy? Jedną elektrodę wkłada im się w odbyt, drugą do pyska. Dzięki temu futerko pozostaje nietknięte.


Zdechł pies

Zdechł pies – tak wołali. Kładłam się na plecach – z łapami do góry, odsłaniając brzuch. Wygląda jak kurczak – się śmiali. Śmiali, pamiętam, bo potem już się nie śmiali.
Stali się podobni do zwierząt. Chodzą z rozdętymi brzuchami. Koty – szkielety. Uff, przecież nie tkną szkieletu. Pieprzone koty myślą tylko o sobie. I tak zdechną. Wania jest szybszy niż koty w łapaniu myszy. Zapomni się podzielić. Marzy o myszy od rana. A ja? Wiem, co dla nich znaczę. Mówią: kocham, a ja widzę w ich oczach – jestem kurczakiem. Udają, że to tylko zabawa. Zrozumiesz miłość? Wiesz, jak kocha suka? Jestem waszą suką, waszym kurczakiem. Czterdziesty drugi dzień oblężenia Leningradu. Taty nie ma. Mama jest. Mamy są. Nie jedzą. Nasza kotka, nie widziałam, by jadła. Obie z mamą wiemy, że dzieci muszą przeżyć. Zima jest sroga, a w domu nie ma czym palić. Zdobywasz parę butów, nie pytają jak. Ty wiesz, suko, i ja, suka, wiem. Macie tę parę butów na troje. Wania w nocy wyssie podeszwy. Zasypia. Wasza suka wie. Zdechł pies. Dożyjecie, aż otworzą korytarz życia. Wierna suka. Smaczna suka. Nie zapytacie, skąd to mięso. Mama powie, że przyniosła. My suki rozumiemy się bez słów.


Orientacja myszy

Pani zwierzę mocy to mysz – usłyszała i parsknęła śmiechem. W przedszkolu była przebrana za mysz. Może dziś z perspektywy lat przyznać, że to był naprawdę pomysłowy kostium, ale wtedy… czuła się jak cholerna mysz, gdy w szarych rajstopkach, trzymając ogon z wełnianego paska, ustawiła się do fotografii z dziewczynkami w białych, niebieskich i różowych sukienkach księżniczek. Zawsze miała orientację myszy – była w stanie odnaleźć się w każdym mieście na świecie pod warunkiem, że miało ściany, wzdłuż których można się przemieszczać. Instytut miał ściany. Drogi dobrze znane, na początku dokądś prowadziły, potem zaczęły przypominać zamknięte pudełko.
Sekcja zwłok myszy zmarłej na nowotwór. Tylko nie myśleć o tym, że mięso kiedyś było żywe i że krew tryska po przecięciu naczynka. Kawałek małego, sztywnego, ciepłego jeszcze ciałka o miękkim futerku i niewinnie zamkniętych oczkach. Kroi futerko myszy, patrząc na jej pyszczek, i szepce: „Biedactwo, moje biedactwo”. Ważny jest eksperyment, wiedza jaką wyniesie się z tego doświadczenia, a nie to, czy się kogoś pokroi i wyrzuci później do kosza z napisem „odpady biologiczne”. Nagle ta kolejna pokrojona mysz nie jest już dla niej odpadem. Nie zapomni jej pyszczka i łapek ułożonych pod główką, przypominających rączki śpiącego dziecka, dopóki laborantka nie rozciągnie ich i nie przyczepi szpilkami do wanienki. Rozpina biały fartuch, bez słowa wychodzi. Wraca do domu na piechotę. Odległości, tak dalekie, gdy pokonywane autobusem, nagle kurczą się pod nogami. Przestrzeń miasta integruje się w całość, po której można przemieszczać się jak palcem po mapie, jak miniaturowymi ludzikami po makiecie. Bez ścian.


Jedyny przyjaciel

Powiem szczerze, czy może sobie pan wyobrazić większego czuba? Z zimną krwią, panie, zabił swojego jedynego kumpla. A tak, panie, dożywocie dostał i już sobie posiedzi. No raczej już nie wyjdzie. Bo i kto by go tu chciał, czuba. Samotny był – to fakt. Matka umarła, jak jeszcze był mały. Ojciec to raczej nie pytał, tylko lał. No ale takiego czuba, panie, to jak? Wytłumaczyć mu jak człowiekowi nie idzie, trzeba lać. Siedem lat miał. Zamykał się sam w komórce i wył. No siostra to tam chodziła do niego, coś mu śpiewała, to wyszedł czasem. Ale siostra chłopa znalazła i pojechała do Józefowa. I cioł sam został, pierwszy sklep okradł, jak mu z dziesięć lat było, może jedenaście. W ośrodku go zamknęli, tu niedaleko, 30 km stąd ledwie. Pisały gazety, że tam wychowawca to sobie lubił poużywać na chłopcach, ale to bzdury panie, bo to katolicki ośrodek przecież był. Żyd jakiś z gazety od Michnika z Lublina bzdury napisał. W międzyczasie ojciec się przekręcił. Czub już nikogo na świecie nie miał. To se, panie, koguta znalazł i go jak psa jakiegoś – to na spacer wyprowadzi, po wsi paraduje z nim. W łóżku z nim spał normalnie, z jednego talerza, panie, z tym kogutem jadł, uwierzy pan? I kumpel jego do niego przychodził. Czasem wódeczkę wypili. Namówił go, żeby stację zrobić, tu niedaleko przy siedemnastce. Nie wyszło, kumpel uciekł, a jego, głąba, złapali. Ale widzieli, że przygłup, dwa lata mu dali tylko. On nic kumpla nie zdradził, prosił tylko: stary, jak mnie nie będzie, dbaj o mojego koguta, niech mu nie brakuje niczego. I dbał kumpel. Jak głąb miał wyjść na warunkowe, to kumpel tak się ucieszył, że go ugościć chciał po królewsku. Ubił koguta, rosół zrobił. Przyjeżdża głąb: jak cudownie, jakie zapachy, jaki aromat, to dla mnie? Ano z tego koguta, co to dla ciebie tu trzymałem. Łzy w oczach czuba stanęły. Wyć znów zaczął. Do kuchni poleciał. Tasak chwycił, co pod niego jego kogut ukochany, jego perełka, złotko, kochanie poszedł. Jak się na kumpla nie zamachnie: Przyjaciela mojego jedynego, chuju, zamordowałeś – krzyczy. Dwanaście ciosów zadał, krew to panie wszędzie była. I po co to komu taka historia?


Żaba

Byłam małą dziewczynką, może dziesięcioletnią. Dziadek miał piwnicę na ziemniaki. Latem wrzucało się tam je przez specjalne okienko i leżała taka kupa ziemniaków – zapasy na cały rok. W zimie do tej wilgotnej piwnicy chowały się żaby. Ale jak dziadek wchodził po ziemniaki, to wyrzucał żaby na śnieg. Ja zawsze płakałam i pytałam, dlaczego je wyrzuca. Że jest im zimno. Dziadek nie rozumiał mojej troski i wkurzał się na mnie. Któregoś dnia dziadek wyrzucił żaby. Już wiedziałam, że nie warto go prosić. Ale gdy on gdzieś poszedł, ja wyszłam na śnieg, żeby poszukać tych żab.

I znalazłam. Jedną.

Jak ją wzięłam w rękę, była twarda jak kamień. Była jedną wielką bryłą lodu.

Włożyłam ją sobie pod bluzkę, do serca, jeszcze nie miałam wtedy piersi. Otuliłam ją dłońmi i szłam powoli do domu. W pewnym momencie poczułam, że ta żaba staje się coraz bardziej miękka, a po chwili, że zaczyna się ruszać.

Żyła.

Ruszała mi się pod bluzką.



Facebook Facebook Facebook

Nasz serwis internetowy używa plików cookies w celach określonych w polityce prywatności.

AKCEPTUJĘ REZYGNUJĘ