02 (02) 2021 | | Publicystyka

Zbiorowa nie-pamięć

Kevin Kołeczek

Podobnie jak analizowane w pracach Erica Havelocka homeryckie eposy stanowiły dla starożytnych Greków podlegającą nieustannym przetworzeniom żywą encyklopedię, tak całokształt internetowej sfery audiowizualnej staje się współcześnie czymś w rodzaju zbiorowej pamięci. Ale czy internetowy tygiel obrazów rzeczywiście buduje trwałe wspomnienia?

Pod koniec XIX wieku pionier kinematografii Bolesław Matuszewski przedstawił w pracy „Nowe źródło historii”pomysł stworzenia filmowego repozytorium, które gromadziłoby materiały dokumentujące ważne historyczne wydarzenia, obyczaje społeczeństwa oraz dokonania ówczesnej nauki. Choć idei tej nie udało się wtedy zrealizować (głównie z czysto praktycznych powodów), wybrzmiewała ona przez lata w światowej myśli filmowej, stanowiąc inspirację dla pokoleń osób zajmujących się kinem. Jest ona aktualna zwłaszcza dziś, kiedy w niespotykanej dotąd skali człowiek dokumentuje swoje codzienne życie.

Czy możliwa jest inna droga, niż wymuszone unisono w imię nieludzkiej analizy danych przez algorytmy? To zadanie dla artystów przyszłości, którzy nie staną się częścią audiowizualnego strumienia pamięci, ale nadadzą mu formę, kierunek i trwałość.

Film jest medium wszechobecnym, niepostrzeżenie przenikającym wszystkie sfery kultury. W większości światowych metropolii nie sposób przemieszczać się, nie zostawiając filmowego śladu obecności na którejś z przemysłowych kamer. Ponadto większość z nas na co dzień uwiecznia chwile codziennego życia za pomocą ogólnie dostępnej technologii. Nie tyle już rozmawiamy o filmach, ale za pomocą platform, takich jak YouTube czy Facebook, rozmawiamy filmem, myślimy nim i odczuwamy. Co więcej, zjawiska takie jak internetowe gify, memy czy „filmiki” tylko na pozór wydają się błahe. Wypełniając medialną przestrzeń, w której funkcjonujemy i z pomocą której funkcjonujemy, są one w pewnym sensie realizacją ideału wymarzonego przez Matuszewskiego na przełomie wieków. Różnica tkwi w tym, że pionier filmoznawstwa, podobnie jak wielu ówczesnych myślicieli, wpisywał kino w kontekst narodowy oraz stricte naukowy. Kinematograf wykroczył natomiast poza te kategorie, stając się czymś oddolnym i osobistym.

Podobnie jak analizowane w pracach Erica Havelocka homeryckie eposy stanowiły dla starożytnych Greków podlegającą nieustannym przetworzeniom żywą encyklopedię, tak całokształt internetowej sfery audiowizualnej staje się współcześnie czymś w rodzaju zbiorowej pamięci. Kiedy napotykamy na problem, w naturalnym odruchu sięgamy po telefon z dostępem do internetu w nadziei, że tam znajdziemy odpowiedź na trapiące nas pytania. W wielu przypadkach spotykamy w sieci wpisy ludzi, którzy byli lub są w podobnej sytuacji. Radzimy się i sugerujemy albo też poddajemy treści krytyce, doprowadzając do ich aktualizacji. Wydaje się, że prowadzi to do powstania jakiejś formy wspólnotowej pamięci. Czy internetowy tygiel obrazów rzeczywiście buduje trwałe wspomnienia?

Fot. Geralt / Pixabay.com

Archiwum opisane przez Matuszewskiego, analogicznie do starogreckich eposów, było w swoim charakterze konserwatywne, stabilizowane i filtrowane przez obowiązującą ówcześnie „politykę historyczną”, która decydowała o tym, co miało zostać zachowane jako użyteczne, a co za tym idzie – zapamiętane. Dzięki temu wielość gromadzonych w nim danych miała szansę stworzyć ocenzurowany, ale logiczny układ. Zbiorowa jaźń internetu (jeśli można tu w ogóle mówić o jednej jaźni) nie zważa ani na utylitaryzm, ani tym bardziej na polityczną poprawność.

Wybrzmiewająca w przestrzeni internetu wielość głosów w swoim bogactwie i różnorodności staje się kakofonią. Z masy ścierających się faktów, opinii i mitów wydaje się nie powstawać żadna syntetyczna myśl lub też rezultat tego procesu okazuje się zupełnie przypadkowy. W ten sposób z nazbyt sztywnej idei zinstytucjonalizowanego filmowego archiwum Matuszewskiego przechodzimy do encyklopedii tak żywej i tak często aktualizowanej, że aż zyskującej rys amorficzny.

Uzewnętrzniając w internecie wspomnienia przestajemy rozróżniać prawdę od fałszu, to co nasze, od tego, co pozostawione przez kogoś innego. Być może w tym szaleństwie jest jednak metoda, a lawina doświadczeń tworzy co prawda skomplikowany i rozgałęziony, ale jednak scalony układ.

Współcześnie coraz częściej utożsamiamy się z protagonistą klasycznego filmu Christophera Nolana „Memento”(2000), człowiekiem starającym się uzupełnić luki w szybko zanikającej pamięci poprzez sporządzanie fotografii opatrzonych notatkami i tatuowanie ważniejszych wniosków na własnym ciele. Bohater w pewnym momencie gubi się w chaosie ciągle przepisywanych myśli, które zaczynają się wzajemnie wykluczać. Uzewnętrzniając w internecie wspomnienia, podobnie przestajemy rozróżniać prawdę od fałszu, to co nasze, od tego, co pozostawione przez kogoś innego. Być może w tym szaleństwie jest jednak metoda, a lawina doświadczeń współczesnego człowieka tworzy co prawda skomplikowany i rozgałęziony, ale ostatecznie scalony układ.

Z pewnością należałoby dokładniej przyjrzeć się sposobowi, w jaki największe internetowe portale radzą sobie z tym nadmiarem danych. Jeśli pozbywanie się przez pracowników korporacji oraz sztuczną inteligencję spamu, prób oszustw, materiałów pornograficznych i innych niebezpiecznych lub niepożądanych treści wydaje się koniecznością, to wykorzystywanie do komercyjnych celów informacji, którymi miliony użytkowników dzielą się na swoich profilach, jest już zupełnie nieetyczne. Można oczywiście bronić się, twierdząc, że każdy użytkownik dobrowolnie udostępnia do wglądu własną prywatność, ale czy uprawnia to do handlowania nią?

Pozostawmy jednak moralną stronę problemu do rozważenia, a zamiast tego zwróćmy uwagę na zbiorowy wysiłek konieczny do tak skrupulatnego dzielenia się wiedzą i własnym życiem. Bez względu na to, czy jest to rezultat galopującego egocentryzmu, nie sposób nie docenić stojącego za tym fenomenem ducha wolnej kreatywności. Nie ma co oczywiście popadać w samozachwyt, bo większość materiałów udostępnianych w internecie to audiowizualny odpad. Żyjąc w erze recyklingu, mamy jednak świadomość, że śmieci odpowiednio przetworzone mogą mieć wartość.

Czy istnieje zatem metoda na zebranie roztrzaskanej i zagmatwanej pamięci zbiorowości? Czy możliwe jest odnalezienie innej drogi niż wymuszone unisono w imię odgórnie przyjętej wizji historii z jednej strony, a nieludzkiej analizy danych przez algorytmy z drugiej? To zadanie należy do artystów przyszłości, którzy nie tyle staną się częścią tego audiowizualnego strumienia pamięci, ale będą się w stanie z niego wynurzyć, nadać mu formę, kierunek, równowagę i przede wszystkim trwałość. Dopóki nie powstaną ramy właściwe dla obrazu zbiorowego ducha współczesności, dopóty będzie on krążył po wciąż tych samych torach w stanie zapomnienia.

W czasach, kiedy każdy jest na swój sposób twórcą, szukanie nowych środków wyrazu czy nieporuszanych dotąd tematów staje się zadaniem karkołomnym i mało produktywnym. Zamiast tego warto zająć się tym, co do tej pory wydawało się mało atrakcyjne, a co obecnie staje się wręcz koniecznością. Sztuka popularna potrzebuje osób potrafiących wsłuchać się w Innego i nie obawiających zapuszczać się w labirynt internetu – przetwórców, archiwistów, montażystów, fundatorów i organizatorów. Tylko im może powieść się zbudowanie instytucjonalnych ram, będących w stanie pomieścić niepohamowany żywioł powszechnej sztuki, która obecnie skazana jest na korporacyjne rządy, polityczną poprawność, przypadek i nie-pamięć.

Facebook Facebook Facebook

Nasz serwis internetowy używa plików cookies w celach określonych w polityce prywatności.

AKCEPTUJĘ REZYGNUJĘ