<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Słowo kluczowe &quot;literatura&quot; | Kalejdoskop Kultury</title>
	<atom:link href="https://kalejdoskopkultury.pl/slowo-kluczowe/literatura/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>https://kalejdoskopkultury.pl/slowo-kluczowe/literatura/</link>
	<description></description>
	<lastBuildDate>Mon, 09 May 2022 08:46:41 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl-PL</language>
	<sy:updatePeriod>
	hourly	</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>
	1	</sy:updateFrequency>
	<generator>https://wordpress.org/?v=6.0.3</generator>
	<item>
		<title>Antropozoonomie (wybór)</title>
		<link>https://kalejdoskopkultury.pl/antropozoonomie-wybor/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Patrycja Dołowy]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 20 Dec 2021 21:20:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Proza]]></category>
		<category><![CDATA[antropomorfizacja]]></category>
		<category><![CDATA[dołowy]]></category>
		<category><![CDATA[literatura]]></category>
		<category><![CDATA[online first]]></category>
		<category><![CDATA[proza]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://kalejdoskopkultury.pl/?p=1629</guid>

					<description><![CDATA[<p>Widziano ją w pobliżu wsi Wasilkowo, na północ od Hajnówki. Kawałek od drogi na Białystok. Ponoć uwielbiała pola rzepaku. Matylda się wyrwała. Matylda jest wolna. Matylda uciekła z domu, szlaja się z żubrami.</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/antropozoonomie-wybor/">Antropozoonomie (wybór)</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<h2>Matylda</h2>



<p>Widziano ją w pobliżu wsi Wasilkowo, na północ od Hajnówki. Kawałek od drogi na Białystok. Ponoć uwielbiała pola rzepaku. Matylda się wyrwała. Matylda jest wolna. Matylda uciekła z domu, szlaja się z żubrami.<br>– Chyba ją zaakceptowały – mówił doktor Ę.<br>– Byle się nie puściła. Poród pół-żubra mógłby ją zabić – dodawał zatroskany profesor Yyyy.<br>– Żubry są jak jeden organizm, a ona odstaje – stwierdzał stanowczo doktor Ą.<br>Złapali Matyldę po kilku miesiącach. Na szczęście znalazł się sponsor. Obiecał, że nie zamknie jej w klatce i nie przyczepi do automatycznej dojarki. Pisali o zielonym pastwisku, które na Matyldę czeka, tak rozległym, że nie widać drutu. Pisali: już jedzie, Matylda wraca do domu. Matylda nie wróciła. Nie chciała. Zdechła po drodze w bydlęcym wagonie.<br>I wcale nie nazywała się Matylda, bo krowy nie mają imion.<br><br><br></p>



<h2>Piękny lis</h2>



<p>Człapie śmierdząca Wiola. Człap, człap.<br>– Szybciej, śmierdząca suko! – krzyczy za czarnym kundlem, który nie śmierdzi ani trochę. Przypomina lisa o lśniącym futerku.<br>Ludzie zatrzymują się przy pięknym lisie, wtedy czmycha i chowa się za Wiolą.<br>Ludzie odsuwają się od Wioli, bo śmierdzi.<br>Ludzie rozmawiają: – Ten lis na pewno uciekł z lisiej fermy. Piękny.<br>Lisia ferma jest niedaleko. Ludzie nie rozmawiają o lisiej fermie, chyba że mijając Wiolę.<br>Wiola nie mieszka z ludźmi, tylko w gównianym szałasie pod lasem.<br>Jej stary zdechł i leży w grobie – tak Wiola mówi o ojcu. Zabrali jego mieszkanie, bo Wioli już w nim dawno nie było. Zabrała swoje ciało, nie chciała patrzeć na nie z bliska. Nie tam.<br>Nauczycielka chciała dobrze: – Wiolu, jeśli nie zaczniesz się uczyć, zostaniesz w trzeciej klasie. Została.<br>Raz, drugi, potem już nie wróciła do szkoły.<br>Przyszli do starego, ale był zbyt zachlany, żeby zorientować się, że Wioli od dawna już nie ma.<br>Wiola nie dotyka lśniącego futerka lisa. Lis nie lubi.<br>Mijając Wiolę, ludzie rozmawiają: – Wie pan, jak giną czarne lisy? Jedną elektrodę wkłada im się w odbyt, drugą do pyska. Dzięki temu futerko pozostaje nietknięte.<br><br><br></p>



<h2>Zdechł pies</h2>



<p>Zdechł pies – tak wołali. Kładłam się na plecach – z łapami do góry, odsłaniając brzuch. Wygląda jak kurczak – się śmiali. Śmiali, pamiętam, bo potem już się nie śmiali.<br>Stali się podobni do zwierząt. Chodzą z rozdętymi brzuchami. Koty – szkielety. Uff, przecież nie tkną szkieletu. Pieprzone koty myślą tylko o sobie. I tak zdechną. Wania jest szybszy niż koty w łapaniu myszy. Zapomni się podzielić. Marzy o myszy od rana. A ja? Wiem, co dla nich znaczę. Mówią: kocham, a ja widzę w ich oczach – jestem kurczakiem. Udają, że to tylko zabawa. Zrozumiesz miłość? Wiesz, jak kocha suka? Jestem waszą suką, waszym kurczakiem. Czterdziesty drugi dzień oblężenia Leningradu. Taty nie ma. Mama jest. Mamy są. Nie jedzą. Nasza kotka, nie widziałam, by jadła. Obie z mamą wiemy, że dzieci muszą przeżyć. Zima jest sroga, a w domu nie ma czym palić. Zdobywasz parę butów, nie pytają jak. Ty wiesz, suko, i ja, suka, wiem. Macie tę parę butów na troje. Wania w nocy wyssie podeszwy. Zasypia. Wasza suka wie. Zdechł pies. Dożyjecie, aż otworzą korytarz życia. Wierna suka. Smaczna suka. Nie zapytacie, skąd to mięso. Mama powie, że przyniosła. My suki rozumiemy się bez słów.<br><br><br></p>



<h2>Orientacja myszy</h2>



<p>Pani zwierzę mocy to mysz – usłyszała i parsknęła śmiechem. W przedszkolu była przebrana za mysz. Może dziś z perspektywy lat przyznać, że to był naprawdę pomysłowy kostium, ale wtedy… czuła się jak cholerna mysz, gdy w szarych rajstopkach, trzymając ogon z wełnianego paska, ustawiła się do fotografii z dziewczynkami w białych, niebieskich i różowych sukienkach księżniczek. Zawsze miała orientację myszy – była w stanie odnaleźć się w każdym mieście na świecie pod warunkiem, że miało ściany, wzdłuż których można się przemieszczać. Instytut miał ściany. Drogi dobrze znane, na początku dokądś prowadziły, potem zaczęły przypominać zamknięte pudełko.<br>Sekcja zwłok myszy zmarłej na nowotwór. Tylko nie myśleć o tym, że mięso kiedyś było żywe i że krew tryska po przecięciu naczynka. Kawałek małego, sztywnego, ciepłego jeszcze ciałka o miękkim futerku i niewinnie zamkniętych oczkach. Kroi futerko myszy, patrząc na jej pyszczek, i szepce: „Biedactwo, moje biedactwo”. Ważny jest eksperyment, wiedza jaką wyniesie się z tego doświadczenia, a nie to, czy się kogoś pokroi i wyrzuci później do kosza z napisem „odpady biologiczne”. Nagle ta kolejna pokrojona mysz nie jest już dla niej odpadem. Nie zapomni jej pyszczka i łapek ułożonych pod główką, przypominających rączki śpiącego dziecka, dopóki laborantka nie rozciągnie ich i nie przyczepi szpilkami do wanienki. Rozpina biały fartuch, bez słowa wychodzi. Wraca do domu na piechotę. Odległości, tak dalekie, gdy pokonywane autobusem, nagle kurczą się pod nogami. Przestrzeń miasta integruje się w całość, po której można przemieszczać się jak palcem po mapie, jak miniaturowymi ludzikami po makiecie. Bez ścian.<br><br><br></p>



<h2>Jedyny przyjaciel</h2>



<p>Powiem szczerze, czy może sobie pan wyobrazić większego czuba? Z zimną krwią, panie, zabił swojego jedynego kumpla. A tak, panie, dożywocie dostał i już sobie posiedzi. No raczej już nie wyjdzie. Bo i kto by go tu chciał, czuba. Samotny był – to fakt. Matka umarła, jak jeszcze był mały. Ojciec to raczej nie pytał, tylko lał. No ale takiego czuba, panie, to jak? Wytłumaczyć mu jak człowiekowi nie idzie, trzeba lać. Siedem lat miał. Zamykał się sam w komórce i wył. No siostra to tam chodziła do niego, coś mu śpiewała, to wyszedł czasem. Ale siostra chłopa znalazła i pojechała do Józefowa. I cioł sam został, pierwszy sklep okradł, jak mu z dziesięć lat było, może jedenaście. W ośrodku go zamknęli, tu niedaleko, 30 km stąd ledwie. Pisały gazety, że tam wychowawca to sobie lubił poużywać na chłopcach, ale to bzdury panie, bo to katolicki ośrodek przecież był. Żyd jakiś z gazety od Michnika z Lublina bzdury napisał. W międzyczasie ojciec się przekręcił. Czub już nikogo na świecie nie miał. To se, panie, koguta znalazł i go jak psa jakiegoś – to na spacer wyprowadzi, po wsi paraduje z nim. W łóżku z nim spał normalnie, z jednego talerza, panie, z tym kogutem jadł, uwierzy pan? I kumpel jego do niego przychodził. Czasem wódeczkę wypili. Namówił go, żeby stację zrobić, tu niedaleko przy siedemnastce. Nie wyszło, kumpel uciekł, a jego, głąba, złapali. Ale widzieli, że przygłup, dwa lata mu dali tylko. On nic kumpla nie zdradził, prosił tylko: stary, jak mnie nie będzie, dbaj o mojego koguta, niech mu nie brakuje niczego. I dbał kumpel. Jak głąb miał wyjść na warunkowe, to kumpel tak się ucieszył, że go ugościć chciał po królewsku. Ubił koguta, rosół zrobił. Przyjeżdża głąb: jak cudownie, jakie zapachy, jaki aromat, to dla mnie? Ano z tego koguta, co to dla ciebie tu trzymałem. Łzy w oczach czuba stanęły. Wyć znów zaczął. Do kuchni poleciał. Tasak chwycił, co pod niego jego kogut ukochany, jego perełka, złotko, kochanie poszedł. Jak się na kumpla nie zamachnie: Przyjaciela mojego jedynego, chuju, zamordowałeś – krzyczy. Dwanaście ciosów zadał, krew to panie wszędzie była. I po co to komu taka historia?<br><br><br></p>



<h2>Żaba</h2>



<p>Byłam małą dziewczynką, może dziesięcioletnią. Dziadek miał piwnicę na ziemniaki. Latem wrzucało się tam je przez specjalne okienko i leżała taka kupa ziemniaków – zapasy na cały rok. W zimie do tej wilgotnej piwnicy chowały się żaby. Ale jak dziadek wchodził po ziemniaki, to wyrzucał żaby na śnieg. Ja zawsze płakałam i pytałam, dlaczego je wyrzuca. Że jest im zimno. Dziadek nie rozumiał mojej troski i wkurzał się na mnie. Któregoś dnia dziadek wyrzucił żaby. Już wiedziałam, że nie warto go prosić. Ale gdy on gdzieś poszedł, ja wyszłam na śnieg, żeby poszukać tych żab.</p>



<p>I znalazłam. Jedną.</p>



<p>Jak ją wzięłam w rękę, była twarda jak kamień. Była jedną wielką bryłą lodu.</p>



<p>Włożyłam ją sobie pod bluzkę, do serca, jeszcze nie miałam wtedy piersi. Otuliłam ją dłońmi i szłam powoli do domu. W pewnym momencie poczułam, że ta żaba staje się coraz bardziej miękka, a po chwili, że zaczyna się ruszać.</p>



<p>Żyła.</p>



<p>Ruszała mi się pod bluzką.<br><br><br><br></p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/antropozoonomie-wybor/">Antropozoonomie (wybór)</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Bill Readings i mieszkańcy ruin</title>
		<link>https://kalejdoskopkultury.pl/readings-mieszkancy-ruin/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Paulina Frankiewicz]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 20 Dec 2021 21:07:19 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Recenzje]]></category>
		<category><![CDATA[edukacja]]></category>
		<category><![CDATA[filozofia]]></category>
		<category><![CDATA[idee]]></category>
		<category><![CDATA[literatura]]></category>
		<category><![CDATA[online first]]></category>
		<category><![CDATA[readings]]></category>
		<category><![CDATA[teoria]]></category>
		<category><![CDATA[uniwersytet]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://kalejdoskopkultury.pl/?p=1763</guid>

					<description><![CDATA[<p>Jakie remedium dla akademii proponował Bill Readings? Przygotowanie jej członkiń i członków do zamieszkiwania ruin – tego, co pozostało z poddanego zmianom uniwersytetu.</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/readings-mieszkancy-ruin/">Bill Readings i mieszkańcy ruin</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p><strong>Bill Readings, „Uniwersytet w ruinie”, przekład: Samanta Stecko, seria: Myśl o kulturze, Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2017, s. 300.</strong></p>



<p>To pewne: nie dało się dłużej utrzymać idei jedności myśli i prawdy absolutnej, w imię których niegdyś funkcjonowała akademia. „Uniwersytet to miejsce, gdzie myślenie realizuje się obok innego myślenia – a może nawet obok siebie samego – gdzie myślimy w ramach wspólnego procesu pozbawionego tożsamości i jedności” – pisał Bill Readings w „Uniwersytecie w ruinie”.</p>



<figure class="wp-block-image size-medium"><img width="232" height="300" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Uniwersytet-w-ruinie_okladka1a-1-232x300.jpg" alt="" class="wp-image-2478" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Uniwersytet-w-ruinie_okladka1a-1-232x300.jpg 232w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Uniwersytet-w-ruinie_okladka1a-1-793x1024.jpg 793w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Uniwersytet-w-ruinie_okladka1a-1-768x992.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Uniwersytet-w-ruinie_okladka1a-1-1189x1536.jpg 1189w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Uniwersytet-w-ruinie_okladka1a-1-1585x2048.jpg 1585w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Uniwersytet-w-ruinie_okladka1a-1.jpg 1768w" sizes="(max-width: 232px) 100vw, 232px" /><figcaption>  Fot. Materiał promocyjne Narodowego Centrum Kultury  </figcaption></figure>



<p>Pierwsze – angielskie – wydanie książki Readingsa ukazało się w 1996 roku, dwa lata po tragicznej śmierci autora. Na polski przekład, autorstwa Samanty Stecko, czekaliśmy dwie dekady. Stawiane w tej rozprawie problemy pozostają w dużej mierze aktualne, choć trudno oczekiwać, że jej oddziaływanie będzie szerokie. Nawet jeśli Readings omawia zmiany zachodzące na uniwersytetach w USA i Kanadzie w latach 80. ubiegłego stulecia, nie są one odległe od reform proponowanych współcześnie w Polsce. Ich celem ma być realizacja nowej, korporacyjnej wizji tzw. uniwersytetu doskonałości. Dzięki lekturze „Uniwersytetu w ruinie” wszyscy zainteresowani mogą pogłębić refleksję dotyczącą zagrożeń (i szans?) wynikających z reform przetaczających się przez rodzime szkolnictwo wyższe.</p>



<h2>Wady konstrukcyjne</h2>



<p>Głos Readingsa w ponadnarodowej dyskusji na temat roli i kondycji uniwersytetu, która odbyła się pod koniec ubiegłego wieku, pozostaje słyszalny dlatego, że przeniósł środek ciężkości na zewnętrzne względem akademii przyczyny, które doprowadziły, jak uważa Readings, do zapaści. Ówczesne debaty ograniczały się jednak do badania instytucji uniwersytetu od środka, upatrując jej problemów w wadliwych modelach kształcenia, anachronicznych narzędziach przekazywania wiedzy i finansowych ograniczeniach. Weźmy na przykład Karla Jaspersa, którego uwagi znajdowały zastosowanie przede wszystkim w rozpatrywanym historycznie wyższym szkolnictwie niemieckim. Zdaniem autora „Idei uniwersytetu” dydaktyką powinni zajmować się wyłącznie badacze prowadzący badania naukowe, a wykształcenie miałoby być gwarancją ugruntowanej pozycji na rynku pracy. Z kolei amerykański filozof polityczny Allan Bloom w pracy „Umysł zamknięty” przejawia resentyment za akademią sprzed lat i boleje nad zatraceniem przez studentów najprostszych umiejętności z nauką czytania włącznie. Najostrzej krytykuje niechęć amerykańskiej społeczności akademickiej do poznawania i chłonięcia kultury elitarnej.</p>



<figure class="wp-block-pullquote is-style-default"><blockquote><p> Readings nie negował kłopotliwych zagadnień interioralnych, ale jako główną przyczynę kryzysu uniwersytetu wskazał procesy zachodzące w przestrzeni politycznej i ekonomicznej, które wymusiły zmianę funkcji i pozycji szkół wyższych.</p></blockquote></figure></p>



<p>Readings nie negował tego typu interioralnych kwestii, ale jako główną przyczynę kryzysu wskazał procesy zachodzące w przestrzeni politycznej i ekonomicznej, które wymusiły zmianę funkcji i pozycji szkół wyższych. Aby lepiej ją zrozumieć, należy zarysować historyczne tło akademickich przemian. Świadomość konieczności zmiany narodziła się na przełomie lat 60. i 70. minionego wieku jako efekt ruchów strajkowych o podłożu kontrkulturowym z 1968 roku. Katalizatorem zmiany były majowe protesty paryskie w akademickich elitach Zachodu, niosące na sztandarach postulaty demokratyczności, autonomiczności i samorządności uniwersytetu. I choć duża część roszczeń pozbawiona była takiego osadzenia w realności, które dawałoby szansę na ich realizację, a w skrajnej wersji odrzucała potrzebę zinstytucjonalizowanej edukacji, wówczas rozpoczął się proces odchodzenia od „tradycyjnej wersji” uniwersytetu. Stało się jasne, że nadszedł kres tzw. uniwersytetu idei, tradycjami sięgającego średniowiecza, a formowanego w nowożytnym kształcie od XVIII do połowy XX stulecia. Na różnych etapach istnienia uniwersytet bowiem fundowały odmienne idee. W znaczącym uproszczeniu: w średniowieczu były to wartości religijne, od czasów nowożytnych – filozoficzne, a następnie wartości preferowane przez literaturę piękną, beletrystykę i nauki o kulturze. W otwierających na ponadnarodową sztukę <em>cultural studies</em> Readings upatruje początku destrukcji w namyśle nad literaturą narodową. Odtąd studenci mają myśleć uniwersalnie, ponadlokalnie, globalnie. Taki paradygmat okazał się nie do utrzymania w latach 70. i 80. Czas końca uniwersytetu jako instytucji społecznej i świątyni wiedzy oznaczał przejście do uniwersytetu reformowanego, tzw. uniwersytetu doskonałości.</p>



<figure class="wp-block-image size-large"><img loading="lazy" width="1024" height="757" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Uniwersytet-w-ruinie_rozkladowka2a-1024x757.jpg" alt="" class="wp-image-2479" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Uniwersytet-w-ruinie_rozkladowka2a-1024x757.jpg 1024w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Uniwersytet-w-ruinie_rozkladowka2a-300x222.jpg 300w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Uniwersytet-w-ruinie_rozkladowka2a-768x568.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Uniwersytet-w-ruinie_rozkladowka2a-1536x1136.jpg 1536w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Uniwersytet-w-ruinie_rozkladowka2a.jpg 1800w" sizes="(max-width: 1024px) 100vw, 1024px" /><figcaption>  Fot. Materiał promocyjne Narodowego Centrum Kultury  </figcaption></figure>



<h2>Uniwersytet w budowie</h2>



<p>Zdaniem Readingsa uniwersytet był dotąd wyrazem stanu społeczeństwa, w którym przychodziło mu w danym momencie funkcjonować. Uformowany w średniowieczu, w wymiarze ideowym bazował na wartościach religijnych, zaś w strukturze organizacyjnej przyjął model hierarchii Kościoła i ówczesnego społeczeństwa.</p>



<figure class="wp-block-pullquote is-style-default"><blockquote><p>&#8222;Uniwersytet w ruinie&#8221; to apel o tworzenie wspólnoty, która porzuci potrzebę monolitycznej tożsamości na rzecz różnorodności i szeroko rozumianej inkluzywności, bez korporacyjnego sznytu.</p></blockquote></figure></p>



<p>W praktyce oznaczało to absolutny autorytet świętej księgi (prymat nauki religijnej nad innymi dyscyplinami naukowymi) i ekskluzywność uczelni dostępnej jedynie wybranym. Uniwersytet nowożytny pozostawał pod silnym wpływem idei formułującego się państwa narodowego, zarówno w sferze formuł organizacyjnych, jak i uzasadnienia ideologicznego. Mimo wyzwolenia się spod dominacji Kościoła, wciąż była to instytucja działająca „na usługach” – zmienił się tylko „pan”. Akademia dalej podlegała hierarchizacji, silnej kontroli i zewnętrznym naciskom. Niemieccy intelektualiści stworzyli wówczas figurę akademii jako instytucji wspierającej kulturowy rozwój narodu. Idea uniwersytetu została połączona z ideą państwa narodowego. Uczelnia wyższa miała pełnić funkcję służebną wobec struktury państwowej, a jej głównym zadaniem było kształcić posłuszne aparatowi państwa kadry. Przełom XIX i XX stulecia był czasem dominacji literatury narodowej, podsycanej wciąż żywą myślą romantyczną. W połowie wieku XX, kiedy ruch narodowowyzwoleńczy można chyba nazwać już wygasającym, rolę, wokół której organizowały się prace uniwersytetu, zaczęły przejmować nauki o kulturze.</p>



<p>Zmiany te przyczyniły się do utraty jednoznaczności obrazu świata, jaką w przeszłości gwarantował autorytet filozofii i literaturoznawstwa. Nauki o kulturze zrywały z monolitycznym charakterem wiedzy. Miejsce całościowej nauki o kulturze zaczęły zajmować partykularne dyscypliny, dla których przedmiotem badań były konkretne obszary kultury. Wśród nich warto wymienić choćby etnologię i antropologię kulturową, a w czasach późniejszych <em>gender</em> i <em>animal studies</em>. Akademia musiała uznać relatywizm poznawczy i dopuścić różnorodność w sposobach opisu rzeczywistości. W tych procesach należałoby widzieć zmierzch uniwersytetu jako miejsca kultu prawdy uniwersalnej, a może nawet źródło pozytywnej oceny będącej dziś w szczególnej cenie interdyscyplinarności.</p>



<h2><strong>Nowa trajektoria</strong></h2>



<p>Rozpędzająca się globalizacja przyspieszyła schyłek coraz trudniejszych do utrzymania, również światopoglądowo, państw narodowych. Zdaniem Readingsa radykalna zmiana praw, jakimi rządził się świat, przeobraziła uniwersytet w ponadnarodową korporację. Dominującą wartością jest standaryzacja, która prowadzi do uznania akademii za system biurokratyczny. Przy określaniu jego zadań i celów dominuje retoryka doskonałości i wydajności podporządkowanej regule rozliczalności. Autor wyjaśniania mechanizmy i obnaża przejawy urynkowienia uniwersytetu, jednoznacznie przekreśla przy tym szansę powrotu do niemieckiego wzorca. Za sprawą procesów globalizacyjnych z drugiej połowy XX wieku horyzont dla uczelni (państwowych, ale i powstających uniwersytetów prywatnych) zaczęły wyznaczać korporacje, umożliwiające uwolnioną od wcześniejszych ograniczeń cyrkulację kapitału. Zajmując pozycję państw narodowych, ze swoimi ponadnarodowymi strukturami, podporządkowały one swym interesom jednostki i wspólnoty, wymuszając zmiany w licznych instytucjach. Globalna wioska nie ma już pełnić funkcji kulturotwórczej. Jej nowe zadanie polega na udowadnianiu, wciąż na nowo, swej przydatności dla rozwoju gospodarczego. Kultura przegrywa z ekonomią, dawny uniwersytet z przedsiębiorstwem.</p>



<h2><strong>Osiadłszy na zgliszczach</strong></h2>



<p>Readings sądził, że nie da się zahamować procesów globalizacyjnych, które ostatecznie doprowadzą do powszechnego upadku państw narodowych. Gdyby jako 34-latek nie zginął w katastrofie lotniczej, przekonałby się, że całkowity rozbrat idei narodowych i globalizacyjnych nie jest ani możliwy, ani konieczny (pod naszą szerokością geograficzną idee nacjonalistyczne mają się dziś szczególnie dobrze). Jakie remedium dla akademii proponował? Przygotowanie jej członkiń i członków do zamieszkiwania ruin – tego, co pozostało z poddanego zmianom uniwersytetu. Apelował o tworzenie wspólnoty, która porzuci potrzebę monolitycznej tożsamości na rzecz różnorodności i szeroko rozumianej inkluzywności, pozbawionej jednak korporacyjnego sznytu. </p>



<figure class="wp-block-pullquote is-style-default"><blockquote><p>Zadaniem takiej wspólnoty byłaby praktyka „myślenia razem”, bazująca na&nbsp;ciągłej dialogiczności zamiast opresyjnego forsowania jednej słusznej myśli.</p></blockquote></figure></p>



<p>Chodziło o to, aby możliwie duża liczba osób czuła się na uniwersytecie u siebie. O podkreślenie, że jeśli nawet wszechnica niesie kaganek oświaty, to nie rości sobie praw do jedynego wzorca. Działa jednak i prowokuje do sporów i dyskusji w oparciu o rzetelne badania, funkcjonujące w paradygmacie określonej dyscypliny. Zadaniem takiej wspólnoty byłaby praktyka „myślenia razem”, bazująca na ciągłej dialogiczności zamiast opresyjnego forsowania jednej słusznej myśli. Nowa więź społeczna miałaby być wolna od dotąd jednoczących idei religijnych, państwowych czy monokulturowych.„Uniwersytet to miejsce, gdzie myślenie realizuje się obok innego myślenia” – w rozprawie Readingsa zdanie to zdaje się mieć charakter afirmatywny, ale w rzeczywistości &nbsp;– normatywny. Autor chciał widzieć zreformowaną uczelnię jako wolną od założeń ideologicznych, politycznych nacisków, dyktatu opłacalności. To negatywne sformułowanie przywodzi na myśl sentencję przyświecającą dziś Uniwersytetowi Łódzkiemu, a wypowiedzianą przez jego pierwszego rektora, prof. Tadeusza Kotarbińskiego: „W wolności najważniejsza jest jej świadomość”. Wydaje się ona pokrewna z postulatami Billa Readingsa, pozostaje zastanowić się, czy można im dziś przypisać inny niż życzeniowy charakter.<br><br><br></p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/readings-mieszkancy-ruin/">Bill Readings i mieszkańcy ruin</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Márai i Hůlová: Tam i z powrotem</title>
		<link>https://kalejdoskopkultury.pl/hulova-i-marai/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Kinga Piotrowiak-Junkiert]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 20 Dec 2021 21:06:24 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Recenzje]]></category>
		<category><![CDATA[Hulova]]></category>
		<category><![CDATA[literatura]]></category>
		<category><![CDATA[Marai]]></category>
		<category><![CDATA[online first]]></category>
		<category><![CDATA[piotrowiak-junkiert]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://kalejdoskopkultury.pl/?p=1570</guid>

					<description><![CDATA[<p>Powieść Petry Hůlovej dzieli od dzienników podróżnych Sándora Máraiego niemal sto lat. Dużym więc zaskoczeniem może być propozycja przeczytania ich jako przykładów odważnego interpretowania współczesności.</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/hulova-i-marai/">Márai i Hůlová: Tam i z powrotem</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p><strong>Petra Hůlová, „Krótka historia Ruchu”, przeł. J. Różewicz. Wydawnictwo Afera, Wrocław 2021, ss. 227.<br>Sándor Márai, „Śladami bogów”, przekład, przypisy i posłowie I. Makarewicz, Czytelnik, Warszawa 2021, ss. 263.</strong></p>



<p>Powieść Petry Hůlovej dzieli od dzienników podróżnych Sándora Máraiego niemal sto lat. Każda z tych książek powstała w zupełnie innych okolicznościach dziejowych, ma inny ciężar ideologiczny, ukształtowały je różne przyzwyczajenia i potrzeby estetyczne, dużym zaskoczeniem może być propozycja przeczytania obu pozycji jako przykładów odważnego interpretowania współczesności. Zarówno Hůlová, jak i Márai, bez względu na to, jaką posługują się poetyką, z czym dyskutują i o co walczą, prezentują jednak postawę twórców stawiających na pierwszym miejscu artystyczną odwagę i gotowość do spontanicznego rozwoju pisarskich wypadków.</p>



<figure class="wp-block-image size-medium"><img loading="lazy" width="300" height="300" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Sladami-bogow_11-300x300.jpg" alt="" class="wp-image-2182" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Sladami-bogow_11-300x300.jpg 300w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Sladami-bogow_11-150x150.jpg 150w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Sladami-bogow_11-768x768.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Sladami-bogow_11.jpg 800w" sizes="(max-width: 300px) 100vw, 300px" /><figcaption>Fot. Materiały wydawcy</figcaption></figure>



<p>Zacznijmy od starszej książki, jednej z pierwszych pozycji w dorobku Máraiego, którą z perspektywy czasu i późniejszych praktyk artystycznych zaliczylibyśmy do jego najlepszych dzieł. „Śladami bogów” powstało, gdy autor miał zaledwie dwadzieścia sześć lat, ale mógł się już pochwalić niemałym doświadczeniem dziennikarskim (współpracował z „Neue Zürcher Zeitung”), biegle władał niemieckim i francuskim oraz, co tak kochamy u Máraiego, już zaskakiwał niezwykłą wrażliwością na człowieka i krajobraz. Dopatrywałabym się w jego sposobie patrzenia pewnych znamion niemożliwej w naturze ludzkiej „nadwzroczności”. Pisarz odnotowywał tyle szczegółów rzeczywistości, niuansów kulturowych czy subtelnych oznak cudzego, często skrzętnie skrywanego cierpienia, że można zwątpić, czy jakikolwiek inny człowiek potrafiłby w podobnie intensywny sposób praktykować swoją uważną obecność w otaczającym świecie. Gdy zderzamy diarystykę Máraiego z innymi przykładami europejskiego, a nawet światowego dziennikopisarstwa, zwykle okazuje się, że niewielu twórców mogłoby dorównać mu bogactwem zapisów. </p>



<figure class="wp-block-pullquote is-style-default"><blockquote><p>Pisarz odnotowywał tyle szczegółów, niuansów kulturowych czy subtelnych oznak cudzego cierpienia, że można zwątpić, czy jakikolwiek inny człowiek potrafiłby w podobnie intensywny sposób praktykować swoją uważną obecność w otaczającym świecie.</p></blockquote></figure></p>



<p>W tej diarystyce, a mam na myśli cały dziennikowy dorobek pisarza (dostępny w szerokim, kilkutomowym wyborze w przekładzie Teresy Worowskiej), zawsze możemy liczyć na elementy osobistego bedekera, erudycyjne komentarze, portrety dziwaków (w szerokim rozumieniu tego słowa), fragmenty filozoficzne, odniesienia do historii i polityki, a przede wszystkim wysmakowane studia egzystencji człowieka wraz z licznymi odniesieniami do własnej biografii, ojczyzny, a także anegdoty związane z życiem prywatnym autora. U Máraiego rozróżnienie na życie prywatne i powszechne, ogólnoludzkie, jest jednym z kluczowych zjawisk. Pisarz wyraźnie wskazuje, kiedy uchyla przed czytelnikiem rąbka tajemnicy i robi to z właściwym sobie umiarem. W omawianej pozycji znajdziemy wszystkie z wyliczonych znaków rozpoznawczych, chociaż „Śladami bogów” to jedna z pierwszych prób robienia notatek z podróży. Jak się okazuje, Márai od początku miał klarowną wizję tego, jak chce pisać o świecie, i do końca życia konsekwentnie tę metodę doskonalił.</p>



<p>Tom obejmuje zapisy z podróży, jaką pisarz odbył w 1926 roku przez południe Europy, północną Afrykę i Bliski Wschód. Całość została podzielona na trzy części: „Zaczarowane miasto”, „Na Ziemi Obiecanej” i „Przed bramą Wschodu”. Już same tytuły rozdziałów sugerują, że autor skupia się przede wszystkim na wyłanianiu i omawianiu najciekawszych zjawisk budujących wielkie pojęcie Wschodu. Jednym z nich jest zauważalna na wszystkich etapach wędrówki relacja z Bogiem. „Symbolem człowieka Zachodu jest dzisiaj człowiek w pędzie, tak jak niegdyś człowiek trzymający książkę. Symbolem człowieka Wschodu jest modlący się człowiek” (s. 95) – pisze Márai, a wyjaśnia tę tezę tak: „(…) jeśli człowiek długo podróżuje po Wschodzie, w końcu nie wie, czy to nie ci są szczęśliwsi, którzy ze wszystkiego, co dla nas tu w tych stronach jest ważkim i dotykającym naszego życia konfliktem władzy i światopoglądu, od dawna nie czynią problemu, bo swój los na powrót zdali w ręce Boga, sami zaś niczego nie mogą do tego losu dodać” (s. 68).</p>



<p>Problem szeroko rozumianej religii powraca regularnie, chociaż – wbrew temu, co sugeruje tytuł – nie jest to dziennik mistyczny ani teologiczny. Dla pisarza bogowie (zwykle używa liczby mnogiej) są częścią archeologii, należą do szanowanych, ale spetryfikowanych resztek świata, który przeminął. Márai stawia bogów Wschodu w jednym rzędzie z piramidami, sarkofagami i monumentalnymi budowlami, zbudowanymi dzięki pracy i śmierci tysięcy ludzi, bo w świecie – jak sam twierdzi – nad tymi samymi niewolnikami świszcze od wieków ten sam bat.</p>



<p>Sposób podejścia do teologii koresponduje u Máraiego z pozostałymi, głównymi i niezwykle trudnymi tematami: polityką i historią. Autor jest bezkompromisowy, nie powtarza gotowych opinii i nie przepisuje znakomicie mu znanych narracji, zwłaszcza w tych przypadkach, gdy samo podjęcie tematu musiało budzić kontrowersje. Do takich fragmentów należy z pewnością świetny rozdział poświęcony pierwszym żydowskim osadnikom w Palestynie, w którym Márai z dużą swobodą komentuje strategię Anglii i jej kolonialny rozmach na terenach mandatu brytyjskiego, ale nie traci z oczu problemów „drugiego Gibraltaru”, traktowanego jako zapora przed muzułmańską falą sprzeciwu, która miała planowo uderzyć w Żydów.</p>



<p>Márai nie ma sobie równych w diarystycznej krytyce polityki międzynarodowej czołowych krajów europejskich i na każdym kroku dowodzi swojej otwartości intelektualnej. Kiedy omawia sytuację militarną w Syrii, przywołuje postawę kolonialną Anglików w kwestiach administracyjnych jako zdecydowanie lepszą niż ta, którą na Bliskim Wschodzie zastosowali Francuzi. W żadnym komentarzu nie zapomina o humorze, dzięki czemu jego przenikliwe analizy gospodarcze i wojenne zyskują jeszcze na atrakcyjności, o ile w ogóle mogą porywać analizy kryzysowej polityki międzynarodowej. Lekkość i erudycja towarzyszą, oczywiście, wszystkim passusom, począwszy od rewelacyjnych opisów wielbłądziej natury, przez opisy krzyku derwiszów, aż po przedstawienia opuszczonych, ale zniewalających ogrodów w oblężonym Damaszku. Te zalety stylu nie oznaczają jednak dobrze znanej w pisarstwie europejskim białej kolonialnej wyższości (vide listy z Afryki Gustawa Flauberta). Márai wielokrotnie sugeruje istnienie tajemnic, które na zawsze pozostaną zakryte przed zewnętrznym obserwatorem i to niezrozumienie tradycji, zwyczajów, ubioru, rytuałów traktuje jako coś, co nie ma być oswajane, ale powinno zostać w takiej formie, jaką znamy. Pisarza cieszy opór tubylców i drobne klęski kolonizatorów, które skrupulatnie odnotowuje i uzupełnia opisami własnych porażek w arabskim świecie, by podkreślić swoją trudną do zdefiniowania, ale nieciążącą wcale obcość. Tej obcości nigdy nie zredukują zmiany administracyjne czy kartograficzne. W tej wielości, różnorodności tkwi – zdaniem pisarza – sedno podróży na Wschód. Dla autora patrzenie na gasnące piękno dawnych imperiów i metropolii skutkuje przede wszystkim wstydem i poczuciem straty, bo – jak pisze – „widziałem Damaszek”, ale z lektury wiemy, że nie zobaczył tego, czego się spodziewał. „Nie tak wyobrażałem sobie Damaszek. Gdzie to święto? Nie warto dwanaście godzin podróżować przez zasieki z drutu, ku pragnieniu” (s. 186).</p>



<figure class="wp-block-pullquote is-style-default"><blockquote><p> Pisarza cieszy opór tubylców i drobne klęski kolonizatorów, które skrupulatnie odnotowuje i uzupełnia opisami własnych porażek w arabskim świecie, by podkreślić swoją trudną do zdefiniowania, ale nieciążącą wcale obcość.</p></blockquote></figure></p>



<p>W tym miejscu filozofia podróżowania Máraiego splata się z dobrze nam znanym poczuciem turystycznego wstydu, gdy podróże przestają być tym, czym powinny być – gestem szacunku pozbawionym znamion wyższości – a stają się czasem, po którym czujemy się ubożsi. Márai jest podróżnikiem skromnym, zachwyconym, ale też smutnym. To zaskakujące połączenie entuzjazmu i melancholii wynika z młodości zaprawionej świadomością. Przybysz wie, kim jest, na co patrzy i czego nie jest w stanie powstrzymać ani zachować: „W krainach, przez które wiodła mnie moja droga, widać było ślady stóp ludzi, którzy zniknęli i tropy bogów, którzy przepadli. Kiedy czytam te dawne zapiski, uderza mnie oczarowanie, w każdym momencie wyprawy wskazujące mi właściwą trasę. Podróżowałem w półśnie, bez mapy (…). Podróżowałem jak ktoś, kto wychodzi naprzeciw przymierzu żywych i umarłych i wie, że wszędzie zostanie przyjęty z przeświadczeniem, że można mu zaufać, bo jest pojętny i wrażliwy na to, co ludzkie i co boskie, a co po drodze będzie roztaczać się przed oczami. Chyba tylko tak warto podróżować” (s. 6–7).</p>



<p>Dziennik poleciłabym nie tylko miłośnikom Máraiego, nie tylko czytelnikom wybierającym wysoką jakość merytoryczną zapisu i błyskotliwy styl, ale przede wszystkim tym, którzy uwielbiają śledzenie losów książek. Zwracam szczególną uwagę na świetne komentarze do tekstu profesora Marka Dziekana i posłowie Ireny Makarewicz, autorki znakomitego przekładu. Inwencja i precyzja to jej znaki rozpoznawcze.</p>



<p>Powieść Petry Hůlovej „Krótka historia Ruchu” rozgrywa się w bliżej nieokreślonym futurum. Precyzyjne zdefiniowanie tego czasu wiąże się z koniecznością zweryfikowania trafności naszych poglądów na świat, a zwłaszcza poziomu świadomości i umiejętności szacowania tempa zmian, które teraz zauważamy. W fabule czeskiej pisarki nie jada się już jajek i mięsa, a przede wszystkim minęły czasy marketingu opartego na seksualności kobiet. Jeśli czytelnik jest optymistą, narracja toczy się w bliskiej przyszłości, jeśli jest pesymistą, przesunie ją do przodu o dwie lub trzy dekady. Te decyzje są ważne, bo czeska autorka zastawia na nas pułapki i ciągle każe odpowiadać na pytania, a pada ich wiele i każde z nich jest bardzo niewygodne.</p>



<figure class="wp-block-image size-medium is-resized"><img loading="lazy" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Krotka-historia-Ruchu_1-300x229.jpg" alt="" class="wp-image-2188" width="344" height="263" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Krotka-historia-Ruchu_1-300x229.jpg 300w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Krotka-historia-Ruchu_1-1024x780.jpg 1024w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Krotka-historia-Ruchu_1-768x585.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/Krotka-historia-Ruchu_1.jpg 1200w" sizes="(max-width: 344px) 100vw, 344px" /><figcaption>Fot. Materiały wydawcy</figcaption></figure>



<p>Narratorka Věruška jest wykwalifikowaną pracownicą Instytucji, która zajmuje się erotyczną resocjalizacją mężczyzn. Po siermiężnym ciemnoczasie, w którym panował patriarchat, a wartość seksualna kobiet mijała wraz z ich pierwszą zmarszczką, nadeszła nowa era, jasnoczas, a – jak wiemy i o czym brutalnie przekonuje nas Hůlová – rewolucja wymaga ofiar. Nowe standardy wymagają pracy u podstaw, a za podstawę Instytucja wybrała erekcję. Przywożeni przez żony lub matki źle prowadzący się mężczyźni przechodzą kilkuetapowy kurs, który ma zmienić ich światopogląd. Kiedyś sprzedawano nagość kobiet, więc ceną za nią ma być regulacja seksualności mężczyzn. Kim jest absolwent Instytucji? Przede wszystkim człowiekiem, który dostrzega w kobiecie wyłącznie jej wewnętrzne piękno, który nie reaguje na ponętne ciała zatrudnionych do testów „realek”. Turnusy organizowane przez Instytucję prowadzone są w byłych zakładach przetwórstwa mięsnego i mają, koniec końców, zagwarantować kobietom wolność. Skoro usunięto model ideału kobiecego ciała i skoro nikt już nie będzie punktował ich za wygląd, a nawet same pozbyły się nawyku porównywania z innymi, to mogą jeść, co chcą, i chodzić w dresach. Uczestnictwo w kursie wymaga dyscypliny i społecznej izolacji, nie wszyscy mogą być dopuszczeni do końcowych egzaminów, bo pracownice i dyżurujące przeprowadzają nocne testy, kontrolują podejrzane zachowania, karzą za posiadanie pornografii, a nawet zatrudniają szpiegów.</p>



<figure class="wp-block-pullquote is-style-default"><blockquote><p> Przywożeni przez żony lub matki źle prowadzący się mężczyźni przechodzą kilkuetapowy kurs, który ma zmienić ich światopogląd. Kiedyś sprzedawano nagość kobiet, więc ceną za nią ma być regulacja seksualności mężczyzn.</p></blockquote></figure></p>



<p>Hůlová projektuje przyszłość w oparciu o grę dwóch silnych nurtów: zmierzchu patriarchatu i świtu wyzwolenia kobiet. Celowo piszę o wyzwoleniu, a nie matriarchacie, bo nie jestem pewna, czy autorce chodzi wyłącznie o podmienienie jednej struktury na drugą. Co prawda reguły rządzące pracą Instytucji wskazują, że mamy do czynienia ze społeczną kastracją mężczyzn (to jedno z głównych, choć nie wyrażanych explicite, założeń Ruchu), ale im bardziej zagłębiamy się w narrację, tym więcej widzimy oznak wahania i dowodów na to, że w gruncie rzeczy niewiele się zmieniło. Powstanie Ruchu zainicjowała mała dziewczynka Rita, która jako pierwsza postawiła fundamentalne pytanie: „mamo, dlaczego ta pani jest goła?” (s. 19). Ta fraza, jakże rymująca się z finałem baśni Andersena, doprowadziła do przełomu, chociaż „dziś nikt już nie pamięta, czy pełne piersi upchnięte w ciasnym staniczku i pośladki w wyciętych figach były reklamą orzeszków ziemnych, masła ziołowego, salonu lakiernictwa samochodowego czy podręcznego ciśnieniomierza najnowszej generacji, wszyscy za to pamiętają pytanie małej dziewczynki. Krok milowy” (s. 19).</p>



<p>Kolejne kroki towarzyszące rewolucji seksualnej Ruchu można przedstawić, prezentując miejsca detonacji, za którymi stała Rita. Wysadziła w powietrze parlament (na znak protestu przeciwko męskiemu światu polityki), a później także klinikę chirurgii plastycznej i centrum handlowe (które utwierdzały kobiety w błędnych przekonaniach na temat wyglądu i atrakcyjności). Aktywistki walczyły o nową jakość życia, a wielbiciele starego porządku tworzyli własne oddziały, między innymi Gwardię Męskości oraz schowane w górach i leśnych ostępach squaty i jednostki quasi-militarne. Oczywiście słuszny punkt wyjścia – eliminacja kobiecej nagości z rynku marketingowego i zmiana narracji społecznej – przybrał szybko wszelkie znamiona ekstremizmu. I tutaj pojawia się kluczowe pytanie o „Krótką historię Ruchu”: ile jest warta rewolucja w dobrej sprawie, jeśli opiera się na ofiarach, przemocy i łamaniu praw człowieka?</p>



<p>Wizja Hůlovej może być świetnym pretekstem do większej debaty. Prowokuje, stawia pytania, oczywiście w oparciu o własne postrzeganie szeroko pojętego feminizmu, ale powieść budzi także wiele wątpliwości. Po pierwsze, dlaczego projekcja przyszłości, a zwłaszcza kierunku, w jakim wyewoluowała nasza teraźniejszość, miałaby się koncentrować głównie na seksualności? To zbyt duże uproszczenie, które nie uwzględnia zróżnicowania poglądów i zrównoważonego zagospodarowywania ról społecznych między płciami. Nie każdy, kto farbuje włosy, neguje feminizm, i nie każdy, kto inwestuje w zabiegi estetyczne, hołduje patriarchatowi. Celowo nie użyłam rodzaju żeńskiego. Podobnie jest z bardzo stereotypową kwestią relacji między poglądami a wykształceniem. Hůlová kilkukrotnie podkreśla, że kobiety, które chętnie zgłaszały się do klinik chirugii plastycznej, były zacofanymi wieśniaczkami, że chęć podobania się była odwrotnie proporcjonalna do ich świadomości. Pisarka, pokazując wzorowych absolwentów Instytucji, załączyła portrecik ojca pchającego wózek z dzieckiem. Nie wiem, czy to właściwy symbol futuryzmu. Ta konstrukcja, chociaż rozumiem konieczność wprowadzania skrótów myślowych do tekstu, wydaje mi się jednak zbyt powierzchowna i stereotypowa. Hůlová nie chce sobie strzelić w stopę, więc może celowo buduje taki obraz przyszłości? Chociaż znowu mam wątpliwości, bo oznaczałoby to, że pisarka nie do końca zgadza się z postulatami stawianymi przez feminizm i radykalnie je upraszcza.</p>



<figure class="wp-block-pullquote is-style-default"><blockquote><p> Dlaczego projekcja przyszłości, a zwłaszcza kierunku, w jakim wyewoluowała nasza teraźniejszość, miałaby się koncentrować głównie na seksualności?</p></blockquote></figure></p>



<p>Ostatnie części powieści ukazują naszą narratorkę w nietypowych dla niej sytuacjach, Věruška odwiedza ośrodek dla niereformowalnych kobiet, które jeszcze nie pozbyły się dawnych przyzwyczajeń i trzeba je wprowadzić w stan śpiączki farmakologicznej. Bohaterka spisuje memuary, by mieć pamiątkę swojej pionierskiej pracy dla dobra Ruchu. W nowych dekoracjach nie czuje się komfortowo, głównie z powodu testów, jakie przechodzi. Podczas jednej z prób, mających na celu potwierdzenie jej postawy i zaangażowania, padają słowa: „tak wyobrażała sobie pani jasnoczas? Jak jedną wielką wtopę, którą jest pani gotowa w każdej chwili usprawiedliwić?” (s. 155). Jest zaskoczona, udziela „właściwej” odpowiedzi, ale przy okazji potwierdzenia lojalności i zaangażowania narratorki możemy przez chwilę dostrzec pocieszający ubytek w tej misternie budowanej koncpecji. Dlaczego tylko przez chwilę? Bo ostatnie akapity książki ukazują Věruškę jako samotną, nieszczęśliwą kobietę „tęskniącą za miłością i czułością” (s. 170). Kobietę spełnioną w absurdalnej, bo skazanej na fiasko pracy, dla której awans oznacza możliwość spędzania dłuższego czasu w samotności. Czyżby przyszłość prokobiecego myślenia w gruncie rzeczy wynikała z problemów w związkach? Czy ten finał nie sugeruje, że nieudane życie miłosne ułatwia zaangażowanie w systemową kastrację mężczyzn?</p>



<p>Powieść Hůlovej zmusza do rewizji i sprawdzenia naszych reakcji na prowokującą propozycję autorki, ale także skłania do refleksji, bo pisarka przemyca wiele trafnych myśli dotyczących naszej współczesności (od kwestii seksualnych po ekologiczne), a wszystko w świetnym przekładzie Julii Różewicz, która ma wyjątkowy dar przenoszenia dynamicznej, potocznej frazy autorki do polszczyzny. Przyjemność czytania podszyta ideologicznymi wątpliwościami gwarantowana!<br><br></p>



<p></p>



<p></p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/hulova-i-marai/">Márai i Hůlová: Tam i z powrotem</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Tłumacząc „Ulissesa” musiałem czasem zatykać uszy</title>
		<link>https://kalejdoskopkultury.pl/ulisses-swierkocki/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Łukasz Kaczyński]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 20 Dec 2021 21:05:37 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Rozmowy]]></category>
		<category><![CDATA[irlandia]]></category>
		<category><![CDATA[jarniewicz]]></category>
		<category><![CDATA[joyce]]></category>
		<category><![CDATA[literatura]]></category>
		<category><![CDATA[online first]]></category>
		<category><![CDATA[przekład]]></category>
		<category><![CDATA[świerkocki]]></category>
		<category><![CDATA[ulisses]]></category>
		<category><![CDATA[uniwersytet]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://kalejdoskopkultury.pl/?p=1718</guid>

					<description><![CDATA[<p>Maciej Świerkocki: Nie ma takiego przykazania z „dekalogu tłumacza”, którego bym nie naruszył, nie wyłączając szóstego – mówi autor nowego, drugiego po pół wieku, przekładu „Ulissesa”.</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/ulisses-swierkocki/">Tłumacząc „Ulissesa” musiałem czasem zatykać uszy</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p><span class="meta-lead lead">„Pracując nad „Ulissesem” przekonałem się już jednoznacznie, że na płaszczyźnie literackiej nie ma takiego przykazania z „dekalogu tłumacza”, którego bym w tłumaczeniu nie naruszył, nie wyłączając szóstego – z Maciejem Świerkockim, tłumaczem, autorem nowego, drugiego po pół wieku, przekładu „Ulissesa”, rozmawia Łukasz Kaczyński.</span></p>



<div class="pytanie">Łukasz Kaczyński: Jeśli przyjąć, że James Joyce gada wszystkimi językami poza własnym – to znaczy, że nie wiadomo, w którym miejscu w powieści wypowiada się od siebie – to dzieje się tak, bo &#8222;Ulisses&#8221; kieruje się przeciw autorytetom (i autorytaryzmom), w tym także przeciw autorytetowi autora. Na tym polega demokratyzm &#8222;Ulissesa&#8221;. Tak Jerzy Jarniewicz, poeta, tłumacz literatury i wykładowca Uniwersytetu Łódzkiego, skomentował niedawny szkic Michała Pawła Markowskiego o „Ulissesie” w „Dwutygodniku”. A jak to wygląda z pozycji tłumacza tej powieści: jak taki autor, który zrzeka się niejako swojego prymatu, wpływał na Twoją pracę? I jak na tle innych powieści i strategii pisarskich innych autorów, których dzieła spolszczyłeś, ma się taki właśnie „Ulisses”?</div>



<figure class="wp-block-image size-medium"><img loading="lazy" width="246" height="300" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/swierkocki_3-scaled-e1639344558835-246x300.jpg" alt="Maciej Świerkocki, tłumacz literatury. Fot. Joanna Głodek / dzięki uprzejmości Domu Literatury w Łodzi" class="wp-image-1907" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/swierkocki_3-scaled-e1639344558835-246x300.jpg 246w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/swierkocki_3-scaled-e1639344558835-840x1024.jpg 840w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/swierkocki_3-scaled-e1639344558835-768x936.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/swierkocki_3-scaled-e1639344558835-1260x1536.jpg 1260w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/12/swierkocki_3-scaled-e1639344558835.jpg 1401w" sizes="(max-width: 246px) 100vw, 246px" /><figcaption>Maciej Świerkocki. Fot. Joanna Głodek / <br>Dzięki uprzejmości Domu Literatury w Łodzi</figcaption></figure>



<p><strong>Maciej Świerkocki*: </strong>Przede wszystkim należy zauważyć, że opinia Markowskiego nie jest ani trochę oryginalna, ani nowa, a zatem on sam może jedynie udawać, że wygłasza ją w pełni własnym głosem. Niechętni Joyce’owi krytycy od dawna szermują podobnymi argumentami, twierdząc w istocie, że JJ jest pozbawiony własnego stylu, języka, przynajmniej w „Ulissesie”, gdzie z ich punktu widzenia autor odgrywa rolę kogoś w rodzaju papugi, uciesznie naśladującej głosy cudze. Inni znawcy powiadają jednak, że sprawność warsztatowa, czyli między innymi umiejętność mówienia cudzymi głosami, to podstawowy warunek, umożliwiający pisarzowi uprawianie swojego zawodu, trudno zatem czynić mu z tego zarzut – a polifoniczność „Ulissesa” nie wynika wszak stąd, że jego autor cierpi na niemotę, lecz stąd, że literatura, jak wydaje się ją pojmować i przedstawiać Joyce, jest wieżą Babel, on zaś, niczym nawiedzony apostoł, niosący Słowo poganom, „mówi językami” – i właśnie między innymi na tym polega indywidualny styl, głos, stygmat pisarza.</p>



<p>Droga wiodąca od realistycznych, miejscami jeszcze mocno Ibsenowskich &nbsp;„Dublińczyków”, przez młodzieńczo buntowniczy i już znacznie mniej stereotypowy językowo „Portret artysty w wieku młodzieńczym”, zapowiadający miejscami stylistyczny, leksykalny i metafikcyjny przewrót „Ulissesa”, który stanowi z kolei coś w rodzaju rzeki, wpadającej później do oceanu słów „Finneganów trenu”, zbudowanego z niemal wszystkich języków &nbsp;naturalnych, jest bardzo wyrazista. Trudno chyba znaleźć w XX wieku twórcę literatury, który staranniej i bardziej konsekwentnie szlifowałby sobie swój odrębny głos. W czasach, kiedy ukazały się „Ulisses” i &nbsp;„Finneganów tren”, językowo i stylistycznie raczej nie można było pomylić tych powieści z innymi.</p>



<figure class="wp-block-pullquote is-style-default"><blockquote><p>*Maciej Świerkocki <br>– pisarz, scenarzysta, krytyk i tłumacz literatury anglojęzycznej, ukończył filologię angielską i filozofię na UŁ, gdzie przez pewien czas wykładał. Zaprzestał pracy akademickiej i skupił się na przekładzie literackim. Pierwszy Polak zasiadający w jury międzynarodowego konkursu Dublin IMPAC International Literary Award (2014). Autor kilkudziesięciu przekładów przyswajających polszczyźnie m.in. utwory Becketta, Millera, Gravesa, Yeatsa, le Carré&#8217;ego, Borgesa, McCarthy&#8217;ego, Kerouaca, Flanagana.</p></blockquote></figure></p>



<p>To, że nie wiadomo, gdzie Joyce w „Ulissesie” wypowiada się „od siebie” (a jak rozumiem, chodzi tu na przykład o jego poglądy), jest jedną z konsekwencji takiej właśnie wielojęzykowej formy wypowiedzi. Istnieje w teorii literatura koncepcja tak zwanego narratora ukrytego i Joyce niezwykle zręcznie ją realizuje – oczywiście, demokratyzując w ten sposób swoją powieść, czyniąc ją antyautorytarną i po swojemu wyprzedzając na przykład J.L. Borgesa, który zaproponował kiedyś, żeby literaturę wydawać anonimowo – pozbawić ją w ogóle autora, a co za tym idzie, uczynić jego poglądy jakby niczyimi. Narrator to oczywiście nie to samo, co autor, a w dziele literackim obcujemy wyłącznie z narratorem, z którym nie da się już jednak pogawędzić przy kawie – w przeciwieństwie do autora, o ile jeszcze żyje – albo przeprosić go za niesprawiedliwy osąd. W każdym razie uważam, że osobiste, a na potrzeby literatury mniej lub bardziej zmodyfikowane poglądy Joyce’a wypowiadają w powieści bardzo różne głosy i postaci, różnymi językami, i że jest to bardzo sprytne, gdyż po Odyseuszowemu pomyślane. Narratorów w „Ulissesie” może jest osiemnastu (tylu, ile rozdziałów), może tylko jeden, ale wypowiadający się na osiemnaście różnych sposobów, a może narracja (przynajmniej gdzieniegdzie) opowiada się sama, jak chyba z pewną przesadą utrzymują niektórzy badacze. Autor skutecznie chowa się za swoją kreacją, trochę jak Pan Bóg za swoją, bo widać nie chce być w niej identyfikowany z pojedynczym głosem czy światopoglądem – i to też bodaj wyróżniało Joyce’a spośród większości pisarzy jego epoki.</p>



<p>Z mojej pozycji, pozycji tłumacza, niczego taki chwyt natomiast nie zmieniał, bo autor może i zrzekał się prymatu, ale ja przekładałem najpierw nie tyle autora, ile wypowiedzi narratorów kolejnych rozdziałów i nimi się kierowałem, to ich musiałem słuchać – rzecz jasna pamiętając, że uruchamia je Joyce –&nbsp; a czasem i nie słuchać, zatykać uszy woskiem, by nie dać się zwieść syreniemu śpiewowi opowiadacza (niesłyszący tłumacz to dosyć rzadkie stworzenie, historia zna jednak głuchych kompozytorów). Wielość głosów, rejestrów, stylów i języków stanowi niewątpliwie w „Ulissesie” jedno z poważniejszych wyzwań przekładowych, bo w mało którym utworze prozatorskim każdy rozdział pisany jest inaczej – chociaż w literaturze współczesnej nie jest to już także wielkie novum. Nie potrzeba zresztą aż tak znacznego rozmnożenia wspomnianych elementów, żeby przyprawić tłumacza o ból głowy; na przykład Conrad właściwie wszystkie swoje powieści napisał jednorodnym stylem i językiem, ale za to tak piekielnie trudnym, że chwilami wolałem tłumaczyć Joyce’a.</p>



<div class="pytanie">Zastanawiam się nad wielością źródeł, do których musiałeś mieć dłuższy lub stały dostęp pracując nad tekstem – literatura na temat Joyce’a i „Ulissesa” bardzo rozrosła się od czasu, gdy pół wieku temu swój przekład przygotowywał Maciej Słomczyński. Odbierałeś to jako obciążenie, bo niejako więcej oczu na Ciebie teraz patrzy i będzie sprawdzać efekt, czy jako pomocne narzędzie, które rozjaśnia drogę?</div>



<p>Z jednej strony było to obciążenie – chociaż nie tyle może w postaci czujnych Argusowych oczu, ile dosłownie dziesiątków kilogramów czy metrów sześciennych lektur, które musiałem przerzucić – a z drugiej oczywiście ułatwienie, bo taki kwerendowo-badawczy fedrunek ułatwiał potem robotę przekładową. Astronomiczna liczba książek i artykułów na temat „Ulissesa” nie karmiła jednak specjalnie moich obaw przed konfrontacją z odbiorcami. Bałbym się jej tak samo bez względu na mnogość „strażników pieczęci” Joyce’a i jego przeciwników, starałem się więc po prostu wykonać zamierzone zadanie jak najlepiej, tak samo, jak gdyby jedynym czytelnikiem nowego przekładu miałbym być ja sam.</p>



<div class="pytanie">W których artykułach lub książkach najbardziej wytarłeś, zużyłeś strony przez częste do nich powroty?</div>



<p>Można się tego pewnie domyśleć na podstawie „Łodzi Ulissesa” – mój „Ulysses Annotated” Dona Gifforda i Roberta Seidmana właściwie całkowicie się rozsypał, podobnie jak „The New Bloomsday Book” Harry’ego Blamiresa, a także polskie przekłady „Odysei”. Z wielu tekstów korzystałem online, nie poczyniłem więc w nich większych zniszczeń, ale właściwie nie mam już też ani jednego sprawnego egzemplarza samego „Ulissesa” w oryginale. Korzystałem z trzech jego różnych edycji i wszystkie się rozpadają, są pokryte notatkami, poklejone, słowem: nie do użytku. Będę musiał sprawić sobie czwartą kopię…</p>



<div class="pytanie">Czy tak długi, bo siedmioletni czas pracy nad konkretnym tekstem sprawił, że czułeś, iż zaczynasz mówić Joycem? Albo swoim przekładem Joyce’a? Coś zostaje w tłumaczu z języka tłumaczonego pisarza? Ten język dokonuje przejęcia twojego języka lub sposobu mówienia? Pytam trochę naiwnie, ale np. w wierszach osób, które znam, słyszę ich sposób mówienia w „codzienności”. Podobnie w niektórych fragmentach, akapitach czy dialogach nowego przekładu „Ulissesa” słyszę twój głos. Postawiłbym tezę, że najbardziej – w przypadku polimorficzności języka tej powieści – w interpunkcji i intonacji. Ale może myślę i błądzę?</div>



<p>Nawet jeśli błądzisz, a mniemam, że nie za bardzo, to znacznie istotniejsze jest na pewno to, że myślisz, twoje pytanie jest bowiem zasadne i ważkie. Pewnie, że tak – ciągle jeszcze czasem mówię (bo znacznie rzadziej piszę) Joycem i swoim przekładem, zazwyczaj odruchowo. Chyba zawsze tak jest, gdy ktoś długo i intensywnie pracuje nad jakimś tekstem, niekoniecznie zresztą tylko tłumaczeniowo. I tak, te wpływy działają chyba w obie strony, to całkiem naturalne – w tłumaczu czy pisarzu pozostają ślady języka innych pisarzy i tłumaczy i zostają potem wykorzystane, świadomie bądź podświadomie, w dalszej pracy literackiej, bo literatura w moim przekonaniu to właściwie jedno wielkie zapożyczenie – &nbsp;wszyscy tu od siebie coś kradniemy. W przekładach zatem z pewnością obok głosów autorów słychać też głosy tłumaczy. Wydaje mi się, że nie ma ani sposobu, ani najmniejszej potrzeby, żeby się ich na siłę z przekładów pozbywać, chociaż słyszy się czasem takie postulaty, że tłumacz powinien pozostawać całkiem przezroczysty, że w ogóle nie powinno go być widać.</p>



<figure class="wp-block-pullquote is-style-default"><blockquote><p>Tłumaczowi niby niczego nie wolno, ale wszystko może.</p></blockquote></figure></p>



<p>Spełnienie tego żądania wydaje mi się zarówno niepotrzebne, jak i niemożliwe, bo każdy tłumacz jest indywidualnością i osobowością, ma własny głos, idiolekt, styl, wykształcenie i tak dalej, a wreszcie własną, prywatną koncepcję danego przekładu, różniącą się od innych, jak zatem miałoby go/jej nie być widać? Przekład całkowicie transparentny byłby maszynowy, wyzuty z wszelkich emocji i cech osobniczych, pozbawiony swojej differentia specifica, a zatem właściwie martwy. Ale nie chodzi tu oczywiście o to, że tłumacz mówi czy miałby mówić co innego niż autor, że jakoś go oszukuje, a przez to i czytelnika: ja przecież ze wszystkich sił „naśladuję” Joyce’a i staję na głowie, by w miarę najlojalniej przekazać jego myśl, język, formę, treść i tak dalej. Robię to jednak swoim – na najgłębszym poziomie – językiem, swoją formą i myślą, to znaczy na własny sposób i podług swojej koncepcji, interpretacji, strategii, siłą rzeczy naruszam więc także treść. Poza tym piszę po polsku, a przecież polszczyzna, jak każdy język inny niż język oryginału, z samej swojej istoty wprawia w ruch nieco inne czy dodatkowe skojarzenia, sensy, desygnaty albo konotacje, zawsze wprowadza więc do tłumaczenia różnice albo jeszcze lepiej, Derridiańskie „różnie”. Jeśli idzie natomiast konkretnie o interpunkcję nowego „Ulissesa”, to jest ona wypadkową pracy tłumacza i redaktora, więc tam na pewno faktycznie trochę mnie słychać, intonacja jednak, mam nadzieję, pochodzi głównie od Joyce’a. Poza bardzo nielicznymi wyjątkami nie ośmieliłbym się podkreślić w tekście intonacyjnie czegoś, czego moim zdaniem nie podkreślił Joyce. O wiele częściej niż w intonacji słychać mnie więc w idiomatyce, w kalamburach, w słownictwie.</p>



<p>Nawiasem mówiąc, istnieje takie wydanie „Ulissesa”, w którym redaktor celowo uzupełnił znaki interpunkcyjne wszędzie tam, gdzie jego zdaniem powinny były się znaleźć zgodnie z przyjętymi regułami stosowania znaków przestankowych w angielszczyźnie. Można uznać taki krok za dziwactwo, ja jednak uważam go za ciekawą próbę nowej, swoistej interpretacji „Ulissesa”.</p>



<div class="pytanie">Badacze literatury, życia konkretnych pisarzy, podróżują często do miejsc z nimi związanych, do miejsc związanych z dziełami literackimi. Ty również odbyłeś wielokrotne wyprawy śladami Joyce’a – do Triestu, Paryża, Zurychu, Dublina, do Székesfehérvár na Węgrzech, skąd pochodził ojciec powieściowego Blooma. Czym dla Ciebie są te podróże? Co Ci dały?</div>



<p>Były dla mnie przede wszystkim moralnym obowiązkiem wobec samego siebie i „Ulissesa”, a poza tym pozwoliły mi bezpośrednio poznać i zobaczyć tło, na którym powstawała powieść, zgłębić jej biografistyczny i geograficzny kontekst. Nie jestem pewien, czy dzięki takim wycieczkom można lepiej pisać, ale znając bliskie Joyce’owi europejskie miasta, na pewno czułem się swobodniej i pewniej, wspominając je w „Łodzi Ulissesa” czy tłumacząc książkę. Przyznam się także jednak, że zwłaszcza wizyty w Zurychu, a szczególnie pobyt na grobie pisarza, niosły ze sobą coś z przeżycia po trosze mistycznego, chociaż nie wierzę w życie pozagrobowe ani możliwość porozumiewania się z umarłymi. Wierzę jednak w prawo zachowania energii, a także w czysto fizyczną, kosmiczną, kwantową – czy jak ją inaczej nazwać: zakonserwowaną w świecie? – energię miejsc i przedmiotów, nawet po bardzo wielu latach wciąż dostępną napędzanej wyobraźnią i emocjami ludzkiej wrażliwości, a zatem w możliwość ponadzmysłowej i pozarozumowej komunii z osobą, która przebywała w danych miejscach albo dotykała danych przedmiotów. Nie chciałbym zabrzmieć niczym „wróżbita Maciej”, ponieważ nim nie jestem, ale stojąc i siedząc przy mogile faceta, któremu poświęciłem kawał życia, wzruszyłem się, zacząłem z nim w duchu rozmawiać na ten temat, tak jak rozmawiam czasem na cmentarzu z rodzicami, czyli szczerze – mimo że raczej nie udało mi się polubić Joyce’a jako człowieka – ale bez żadnych złudzeń, że ktoś mnie słyszy albo się do mnie odezwie, dając mi na przykład jakiś znak. Tego typu zachowanie to prosty obronny mechanizm psychologiczny, konfesyjna próba samooczyszczenia i zadośćuczynienia, a także atawistyczna chęć zachowania ciągłości kontaktu z plemiennymi przodkami. I taka „rozmowa” była mi widać niezbędna dla higieny psychicznej, aby usprawiedliwić się przed samym sobą z tego, że ośmieliłem się dotknąć literackiej świętości, podjąłem próbę dokonania czegoś niemożliwego (irlandzki znawca Joyce’a, profesor Fran O’Rourke, powiedział mi kilka lat temu: „You’re attempting the impossible!”) i poświęciłem siedem lat życia na coś, co jeśli jest potrzebne, to chyba najwyżej skromniutkiej garstce osób.</p>



<figure class="wp-block-pullquote is-style-default"><blockquote><p>Czasem musiałem nie słuchać, zatykać uszy, by nie dać się zwieść syreniemu śpiewowi opowiadacza (niesłyszący tłumacz to dosyć rzadkie stworzenie, historia zna jednak głuchych kompozytorów).</p></blockquote></figure></p>



<p>A dodatkową premią tych wypraw było to, że poznałem wielu ciekawych ludzi, jak Fritz Senn, dyrektor zuryskiego James Joyce Centre, czy Erik Andersson, szwedzki tłumacz „Ulissesa”, nie licząc co najmniej kilkunastu innych wybitnych tłumaczy ze wszystkich krajów świata, od Ukrainy przez Słowenię, Hiszpanię, Niemcy czy Grecję aż po Argentynę i Koreę – Południową, rzecz jasna.&nbsp;</p>



<div class="pytanie">Gdy cztery lata temu rozmawialiśmy na potrzeby wywiadu w miesięczniku „Odra”, przedstawiałeś siebie jako praktyka, dystansowałeś się wobec teorii i filozofii przekładu, jeśli już, to bliższy miał być ci dekalog tłumacza Anny Wasilewskiej. Czy dzięki „Ulissesowi” dorobiłeś się czegoś, co można by nazwać własną teorią przekładu? Zweryfikowałeś „przykazania”, którym byłeś wcześniej wierny?</div>



<p>Teorię i filozofię przekładu, zwłaszcza literackiego, uważam za dyscypliny niezwykle interesujące i wielce ożywiające współczesną humanistykę, dystansowałem się więc od nich wyłącznie jako praktyk, bo w bezpośredniej pracy są chyba tłumaczowi mniej przydatne. Nawet dogłębna znajomość teorii literatury nie uczyni dobrego pisarza z beztalencia, a dobra znajomość teorii przekładu nie zapewni nikomu tłumaczeniowego mistrzostwa świata. Teoria mnogości właściwie od razu jest już jej praktyką, ale przekład, zwłaszcza literacki, to na szczęście nie matematyka, tutaj więc jestem sceptyczny wobec wszelkich reguł i zasad, bo one zmieniają się w czasie, są relatywne i chwiejne – przede wszystkim jednak w literaturze większość z nich dość często można albo wręcz warto łamać. W ogóle nie ufam kategorycznym zakazom i nakazom, a już szczególnie w sztuce. Dekalog Ani Wasilewskiej jest normatywnym zbiorem przekonań wybitnej tłumaczki, wszyscy łamiemy go jednak na co dzień chyba równie często, jak kodeks Mojżeszowy, choć warto się z nim zapoznać i trzymać się go tam, gdzie można to zrobić bez uszczerbku dla tłumaczonego tekstu, czyli poniekąd bez grzechu. Więc nie, nie dorobiłem się swojej teorii przekładu i na pewno ku uldze wielu teoretyków nie zamierzam się nią zajmować w przyszłości – a gdybym się nawet zajął, to byłaby to najpewniej teoria wyjątków. Pracując nad „Ulissesem” przekonałem się już bezdyskusyjnie, że na płaszczyźnie literackiej nie ma takiego przykazania, którego bym w tłumaczeniu nie naruszył, nie wyłączając szóstego. Naświetlając sprawę z nieco innej strony, można więc dosyć żartobliwie powiedzieć, że tłumaczowi niby niczego nie wolno, ale tłumacz wszystko może.</p>



<div class="pytanie">Pytam o własną teorię przekładu, bo wydaniu nowego „Ulissesa” towarzyszy wspomniana książka „Łódź Ulissesa”, którą pisałeś równolegle do przekładu Joyce’a, a która jest szczegółową analizą struktury powieści, postaci, wydarzeń, ale także przedstawieniem konkretnych dylematów tłumacza, problemów, które musiałeś pokonać. Jak brzmiałaby podstawowa rada dla tych, którzy przyglądając się efektom Twojej pracy, analizując podjęte decyzje, chcieliby mierzyć się z równie trudnym od strony lingwistycznej czy strukturalnej autorem albo po prostu dopiero zacząć się zajmować przekładem literatury pięknej?</div>



<p>Podstawowa rada jest chyba taka, że za tłumaczenie odpowiada tłumacz i że nie może się bać tej odpowiedzialności, zwłaszcza jeśli mierzy siły na zamiary. Nie da się dobrze, to znaczy – w moim pojęciu – pięknie, tłumaczyć na kolanach, tak jak nie da się dobrze, to znaczy pięknie, tłumaczyć z pozycji kogoś, kto na kolanach chodzi sam przed sobą, wszystko wie lepiej od innych tłumaczy, a nawet autora, i z góry narzuca mu swoją wizję przekładu – a tłumacze, którzy mniej lub bardziej świadomie zajmują takie stanowisko, choć nigdy się do tego przyznają, zdarzają się zaskakująco często.</p>



<p>Według mnie zatem tłumacz potrzebuje tyle samo pokory i skromności, ile śmiałości i odwagi. Powinien znać swoją wartość, ale i umieć skromnie się uczyć od innych, i to do końca życia. Dobrze jest zatem sięgać do innych przekładów danego utworu, o ile takowe istnieją, posiłkować się literaturą przedmiotu, jeżeli dzieło zdążyło nią obrosnąć, a także korzystać z rad koleżanek i kolegów po fachu, nie bać się wątpliwości, wahań ani weryfikacji własnych sądów, przyznawać się do błędów i korygować je, jeśli ktoś je nam wskaże, nie traktując ich jak ujmy na honorze. Poza tym zwłaszcza w przypadku utworów trudnych i nieszablonowych językowo warto podejmować ryzyko, kusić się o własną oryginalność, oczywiście możliwie jak najbardziej zgodną z duchem oryginału. No i pamiętać o tym, że przekład literacki to nie słownik poprawnej polszczyzny, że fikcyjni bohaterowie w przekładach nie powinni mówić wszyscy „jak z książki”, chociaż są książkowi, tylko tak, jak każe im mówić autor oraz ich wykształcenie, płeć, wiek, zainteresowania i wszystkie inne czynniki, jakie należy wziąć tu pod uwagę. Przykład? Jeżeli czytamy w tłumaczeniu wypowiedź małej dziewczynki, brzmiącą w oryginale: „When I was a little girl”, po polsku zaś „Kiedy byłam małą dziewczynką”, to oczywiście przekład jest i wierny, i poprawny, ale naturalniej i autentyczniej, „piękniej”, chociaż mniej poprawnie językowo,&nbsp; można by go zapewne oddać w formie „Jak byłam mała…”.</p>



<figure class="wp-block-pullquote is-style-default"><blockquote><p>W przekładach z pewnością obok głosów autorów słychać też głosy tłumaczy. Wydaje mi się, że nie ma ani sposobu, ani najmniejszej potrzeby, żeby się ich na siłę z przekładów pozbywać, chociaż słyszy się czasem takie postulaty, że tłumacz powinien pozostawać przezroczysty.</p></blockquote></figure></p>



<p>Warto także ćwiczyć sobie rękę, a więc tłumaczyć teksty różne stylistycznie i gatunkowo, współczesne i historyczne. A także dużo czytać, podglądać i podsłuchiwać robotę innych pisarzy i tłumaczy, choć ostatecznie polegać jednak na sobie. W tym zawodzie potrzebna jest cierpliwość, wytrwałość, odporność na stres i krytykę, umiejętność pracy w samotności, kreatywność i wiele innych cech, których raczej nie można się nauczyć, trzeba zatem w pewnym momencie odpowiedzieć sobie na pytanie: czy ja na pewno się do tego nadaję? Jeżeli będziemy mieli podejrzanie dużo wątpliwości, to może lepiej poszukać innego zajęcia – jest tyle innych pięknych zawodów na „t”…</p>



<div class="pytanie">Rozważyłbyś powrót na uczelnię, by prowadzić teraz seminarium z „historii przypadku” mając tę pracę za sobą (wiem, że w 2011 prowadziłeś już na kulturoznawstwie UŁ zajęcia z przekładu „Ulissesa”), czy chcesz już rzucić się w inną pracę, w innego autora – jeśli tak, to o czym konkretnie myślisz, w czyją stronę spoglądasz?</div>



<p>Myślisz chyba o historii przekładu – ale „Ulissesa” czy powszechnej? Nie ma to jednak znaczenia, bo na uczelnię raczej już nie wrócę, może tylko okazjonalnie w charakterze gościa, ponieważ czasem zapraszają mnie wciąż różne uniwersytety, jak ostatnio Wrocławski czy Jagielloński. Bardzo się z tego cieszę, lubiłem i lubię studentów, mam dobre wspomnienia ze studiów i pracy na UŁ, ale za młodszych lat pracowałem też dużo w prywatnych szkołach, dawałem korepetycje i chyba już wyczerpałem swoją wytrzymałość dydaktyczną. Poza tym nie miałbym teraz czasu na jakąkolwiek pracę etatową – mam za dużo zajęć przekładowych i pisarskich, do których zaliczam między innymi udzielanie wywiadów, gdyż w dobie internetu i poczty elektronicznej odpowiedzi pisze na ogół przecież „szpiegowany”, a nie sam „wywiadowca”. Nie muszę się więc rzucać w inną pracę, pracuję cały czas. Za dużo by tu wymieniać, jeżeli chodzi o plany, ale nie licząc kilku pomniejszych, choć bardzo dobrych tytułów, najbardziej absorbuje mnie w tej chwili nowy przekład „Nostroma” Conrada, który ukaże się chyba gdzieś w 2024 roku. Jest także jedna bardzo wybitna, klasyczna już dziś, a niemal wcale u nas nieznana powieść późnego modernizmu, której tytułu z różnych powodów nie chcę na razie podawać, ale na którą ostrzę sobie zęby już od wielu lat i wygląda na to, że wreszcie w przyszłym roku (2022) będę mógł do niej usiąść. Wcześniej było to niemożliwe między innymi dlatego, że mój wydawca nie mógł zdobyć do niej praw wydawniczych.</p>



<div class="pytanie">Zapewne jest liczne grono, powiedzmy ogólnie, czytelników, którzy są mocno przyzwyczajeni do przekładu Słomczyńskiego, odbierają go jako „ich” przekład, albo takich, którzy nie lubią zmian, lubią to, co znane. Być może będą oni czytali Twój przekład „Ulissesa” szczególnie krytycznie i drobiazgowo. To sytuacja, która dotyczy wszystkich tłumaczy, którzy dokonują „zamachu” na „świętości”. Co można im powiedzieć, co Ty być chciał im powiedzieć? Że każdy kolejny przekład jest tak naprawdę poszerzeniem polszczyzny? Co jest sednem przekładu, Twoim zdaniem?</div>



<p>No tak… Jak może mi się podobać przekład, którego nigdy wcześniej nie czytałem… W przypadku takich pytań nieustannie powtarzam, że to dobrze, jeżeli czytelnik może wybierać pomiędzy przekładami, że może je porównywać i zestawiać ze sobą. Na takim dialogu książek polega przecież sens literatury, a każdy nowy przekład to zaproszenie do wzbogacającej obie strony rozmowy. Szanuję wszystkich miłośników tłumaczenia Słomczyńskiego, choć oczywiście chciałbym bardzo, żeby i mój przekład doczekał się swoich odbiorców i obrońców. A czytelnikom, dla których pierwsze polskie tłumaczenie „Ulissesa” jest „ich”, mogę powiedzieć tylko tyle, że doskonale to rozumiem i że podziwiam wielką pracę swojego imiennika, z którym we własnym przekładzie próbuję właśnie rozmawiać i dyskutować, a nie się awanturować. Piszę zresztą na ten temat obszerniej w „Łodzi Ulissesa”, gdzie polemizuję miejscami ze Słomczyńskim, ale i oddaję mu szczery, koleżeński hołd.</p>



<p>Poszerzeniem polszczyzny jest albo powinien być chyba każdy przekład. A sednem przekładu, jeżeli można na tak postawione pytanie odpowiedzieć jednym słowem, wydaje mi się nowe odczytanie oryginału. Mówiliśmy pośrednio o tym już wcześniej. W praktyce jest ono zawsze autorskie jako interpretacja Słomczyńskiego, Świerkockiego, Lisieckiej i tak dalej, dlatego dopóki książki tłumaczyć będą ludzie, nigdy nie dostaniemy dwóch takich samych „Hamletów”, „Procesów” czy „Przygód dobrego wojaka Szwejka”. Więc niech czytelnik wybiera i niech interpretuje razem z tłumaczami. Mówię to w momencie, kiedy nowy „Ulisses” z przycumowaną do niego „Łodzią…” trafił do księgarń i niemal natychmiast wzbudził spore emocje. Obie książki trafiły po dwóch dniach na Allegro, a pierwszy nakład tłumaczenia został wyczerpany po tygodniu. Jeżeli nowe tłumaczenie klasyki może wywoływać dzisiaj takie reakcje i jeśli komuś wydaje się ono potrzebne, to chyba jest jeszcze jakaś nadzieja dla literatury oraz ludzi myślących, dla których piśmiennictwo to sposób autorefleksji, artystyczne narzędzie poznania, samopoznania, a także dialogu, zbliżenia, porozumienia „ponad podziałami”, rasami, narodami, wiekiem czy płcią. Wynikałoby z tego, że przekłady, także jako pełnoprawne dzieła literackie, powinny łączyć, nie dzielić, w rzeczywistości jednak różnie z tym bywa. Ja w każdym razie czuję się dłużnikiem, a nie antagonistą Słomczyńskiego albo miłośników jego przekładu.<br><br><br></p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/ulisses-swierkocki/">Tłumacząc „Ulissesa” musiałem czasem zatykać uszy</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Apokryf pierwszy</title>
		<link>https://kalejdoskopkultury.pl/apokryf-pierwszy/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Kinga Piotrowiak-Junkiert]]></dc:creator>
		<pubDate>Wed, 23 Jun 2021 21:07:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Proza]]></category>
		<category><![CDATA[literatura]]></category>
		<category><![CDATA[piotrowiak-junkiert]]></category>
		<category><![CDATA[proza]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://kalejdoskopkultury.pl/?p=247</guid>

					<description><![CDATA[<p>Długo przykładała ucho do kry i słuchała tętna głębiny. Wycięła przeręble jeszcze w kilku miejscach, aż poczuła ciężar. Uklękła gołymi kolanami na lodzie i zaczęła coś mówić do wody. </p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/apokryf-pierwszy/">Apokryf pierwszy</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p>Z narodzeniem Feli było tak.</p>



<p>W połowie lutego, w porze wykradania kur, zaczęły wyć lody na rzece. Głęboko w dole przyspieszyła woda i zawirowała gęsto wzdłuż brzegów. Później zaczęła się kołysać z taką siłą, że popękała lodowa skorupa. Dudnienie nurtu i trzaski lodu spłoszyły chmary ptaków, które wzbiły się do lotu i poszybowały nad cerkiew. Ich niespokojne nawoływania zbudziły Jerkową. Starucha wystawiła głowę spod pierzyny, otworzyła jedno oko, posłuchała powietrza i w mig pojęła, w czym rzecz. Ruszyła do szafy, włożyła kilka koszul jedna na drugą, potem wyszukała po omacku grubą spódnicę, naciągnęła rajstopy i zniknęła na chwilę w spiżarni.</p>



<p>Szła przez pola szybkim krokiem z zieloną łunką nad czołem. Postawiła na brzegu wiadro, położyła widły, sieci i nóż. Usiadła obok i w pośpiechu ściągnęła dół ubrania. Ze spódnicy zrobiła tobołek, ukryła w nim buty i rękawice, zawiązała wszystko parą rajstop. Poprawiła jeszcze opadającą na oczy chustę i ruszyła prosto w wodę. Nachyliła się nad pierwszą krą, wybiła styliskiem dziurę w lodzie i po wycięciu szerszego otworu ostrożnie wsunęła do środka więcierze. Poruszała końcem linki tak długo, aż sieci rozchyliły się, otwierając łuki i czasze. Długo przykładała ucho do kry i słuchała tętna głębiny. Wycięła przeręble jeszcze w kilku miejscach, aż w końcu poczuła ciężar. Uklękła gołymi kolanami na lodzie i zaczęła coś mówić do wody. Mamrotanie Jerkowej przeszło w mruczenie, a mruczenie w śpiew. W końcu umilkła, wstrzymała oddech i szybkim, pewnym ruchem wyszarpnęła swoją zdobycz. Wyjęła ją z ażurowego klosza, szybko włożyła pod płaszcz na piersiach i ruszyła biegiem do domu, porzucając na śniegu wszystko, z czym przyszła. Na wysokości czarnego sadu przyciśnięte do ciała zawiniątko drgnęło. Jerkowa odchyliła delikatnie połę, by dać mu haust powietrza. – No już, malutka – powiedziała w ciemnościach. I nim obłok gorącego oddechu rozwiał się nad polami, były w domu. Zamknęła drzwi i okna, nastawiła wodę na wrzątek. Bose stopy zamarzły. Przez skórę prześwitywały błękitne kryształy krwi. Jerkowa napełniła płuca dziewczynki własnym oddechem i położyła ją na dnie pierzyn.</p>



<p>Ptaki wróciły nad rzekę dopiero o świcie. Gdy mijały zatoczkę szczupaków, dostrzegły w dole roztańczony czarny punkcik. To Władek stał na brzegu i śmiał się jak głupi do gwiazd.<br><br><br></p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/apokryf-pierwszy/">Apokryf pierwszy</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Pokaż, gdzie boli</title>
		<link>https://kalejdoskopkultury.pl/pokaz-gdzie-boli-bellova-man-varhegyi/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Kinga Piotrowiak-Junkiert]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 22 Jun 2021 22:25:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Recenzje]]></category>
		<category><![CDATA[Bellová]]></category>
		<category><![CDATA[literatura]]></category>
		<category><![CDATA[Mán-Várhegyi]]></category>
		<category><![CDATA[piotrowiak-junkiert]]></category>
		<category><![CDATA[powieść]]></category>
		<category><![CDATA[proza]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://kalejdoskopkultury.pl/?p=339</guid>

					<description><![CDATA[<p>Réka Mán-Várhegyi i Bianca Bellová nie tylko uzupełniają dotychczasowy obraz literaury węgierskiej i czeskiej, ale także stawiają pytania, których oczekujemy od literatury blisko splecionej z rzeczywistością</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/pokaz-gdzie-boli-bellova-man-varhegyi/">Pokaż, gdzie boli</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p><strong>Réka Mán-Várhegyi „Magnetyczna góra”, przeł. E. Sobolewska, Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2020. </strong><br><strong>Bianca Bellová „Mona”, przeł. A. Radwan-Żbikowska, Wydawnictwo Afera, Wrocław 2020.</strong></p>



<p>Środkowoeuropejskie pisarstwo kobiet jest obecne w Polsce dzięki wydawnictwom promującym literaturę mniejszych języków, a zwłaszcza dzięki Książkowym Klimatom, Czarnemu, Aferze czy serii Proza w Biurze Literackim. Na podstawie lektur autorek czeskich, słowackich, węgierskich, a nawet ukraińskich czy słoweńskich (jeśli kategorię środkowoeuropejskości rozumiemy szeroko) można bez trudu wskazać najważniejsze tendencje, charakterystyczne dla poszczególnych literatur. Inaczej mówiąc, polscy czytelnicy wiedzą już, czego można się spodziewać po tekstach przybywających do nas znad Dunaju, Wełtawy i Drawy. Réka Mán-Várhegyi i Bianca Bellová nie tylko uzupełniają dotychczasowy obraz literaury węgierskiej i czeskiej, ale także stawiają pytania, których oczekujemy od literatury blisko splecionej z rzeczywistością i współczesnymi problemami, także globalnymi.</p>



<figure class="wp-block-image size-medium wkolorze"><img loading="lazy" width="300" height="225" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/reka-Magiczna-gora_m-300x225.jpg" alt="ułożone obok siebie i jedna na drugiej okładki książki Magnetyczna góra Reki Man-Varhegyi" class="wp-image-994" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/reka-Magiczna-gora_m-300x225.jpg 300w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/reka-Magiczna-gora_m-1024x768.jpg 1024w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/reka-Magiczna-gora_m-768x576.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/reka-Magiczna-gora_m.jpg 1500w" sizes="(max-width: 300px) 100vw, 300px" /><figcaption>„Magnetyczna góra”. Fot: Biuro Literackie</figcaption></figure>



<p>Mán-Várhegyi połączyła w „Magnetycznej górze” kilka ważkich i szeroko omawianych tematów: problem wykluczenia społecznego, pozycji kobiet na uniwersytetach, klasowość społeczną, centralizację kraju, seksualność kobiet 50+, powrót z emigracji, a w dodatku podjęła próbę rozrachunku z narodowymi kompleksami. Wszystkie te zabiegi złożyły się na sukces książki (okrzyknięto ją węgierską powieścią #metoo), ale już powyższe wyliczenie sugeruje wyraźną skłonność Mán-Várhegyi do piętrzenia perspektyw. Strategię obarczania tekstu tyloma zagadnieniami dałoby się wytłumaczyć backgroundem autorki, która jest socjolożką i wykorzystała swoje kompetencje zawodowe do stworzenia bogatej treściowo fikcji, jednak &nbsp;po odjęciu wszystkich społecznych problemów pozostaje skromna fabuła: trójkąt badawczo-miłosny akademiczki Enikő, studentki Réki i kochanka obu Tamása, którzy przeżywają swoje uczuciowe i zawodowe rozterki między Budapesztem a legendarnym blokowiskiem Békásmegyer, na którym prowadzą badania.</p>



<figure class="wp-block-pullquote is-style-default"><blockquote><p>Pisarstwo Mán-Várhegyi <br>i Bellovej łączy silne poczucie kobiecej misji, choć każda z nich realizuje ją w inny sposób. Węgierska autorka chętniej pokazuje mechanizmy społeczne i ich skutki. <br>U Czeszki podział na żeńskość i męskość wynika z zaplecza emocjonalnego <br>i psychicznego.</p></blockquote></figure></p>



<p>Mán-Várhegyi pokazuje bohaterów w ich naturalnym środowisku, w murach uniwersytetu, przy bufetowych stolikach, w komunikacji miejskiej, leczących zęby, pijących kawę na ulicy Sándora Bródyego, próbujących, bez skutku, wydostać się z utartych kolein życia, w czym do złudzenia przypominają mieszkańców betonowej dżungli z Békásmegyer. Motyw przegranej, zastoju oraz wstydu (odnoszonego do różnych sfer życia) powtarza się w „Magnetycznej górze”kilka razy, łącząc wszystkie losy, także bohaterów drugiego planu. O ile sam temat stagnacji wydaje się dobrze opisywany przez autorów środkowoeuropejskich, a nawet może uchodzić za jedną z najbardziej popularnych i zarazem stereotypowych kategorii opisu w literaturze naszego regionu, o tyle u Mán-Várhegyi przybiera on niepokojącą postać, bo staje się elementem negatywnej tożsamości narodowej. Pisarka wypowiada się o swojej ojczyźnie odważnie, ale więcej w tym pokazowej brawury niż świeżego spojrzenia. Powracająca do ojczyzny z Ameryki Enikő zbyt dobrze pamięta, jak okropna potrafiła być rodzima codzienność, a tak zwani Węgrzy źli i nieudaczni tak bardzo, że w pewnym sensie byli skazani na cierpienie, gorycz i duchową nędzę. Nie, człowiek przy zdrowych zmysłach nie tęskni za takim otoczeniem. Nie pragnie widzieć na twarzach bliźnich nieszczęścia, gniewu czy złości, nie mówiąc o bagnie, jakim było tamtejsze środowisko akademickie, o jego małostkowych gierkach, nie wspomniawszy o kilkudziesięcioletnim zapóźnieniu (s. 37).</p>



<figure class="wp-block-image size-large is-style-default"><img loading="lazy" width="1024" height="833" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/rekamanvarhegyi-cTiborNoeKiss_m-1024x833.jpg" alt="Pisarka Réka Mán-Várhegyi w  białej cienkiej koszuli, stoi na tle drzwi do brązowego domku lub altany. " class="wp-image-996" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/rekamanvarhegyi-cTiborNoeKiss_m-1024x833.jpg 1024w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/rekamanvarhegyi-cTiborNoeKiss_m-300x244.jpg 300w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/rekamanvarhegyi-cTiborNoeKiss_m-768x625.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/rekamanvarhegyi-cTiborNoeKiss_m-1536x1250.jpg 1536w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/rekamanvarhegyi-cTiborNoeKiss_m.jpg 1900w" sizes="(max-width: 1024px) 100vw, 1024px" /><figcaption>Réka Mán-Várhegyi. Fot. Tibor Noe Kiss / Biuro Literackie</figcaption></figure>



<p>&nbsp;Przypuszczam, że stylizowanie kraju na miejsce zapomnienia, w którym „parszywy humor jest pomieszany ze złą wolą” robi wrażenie na czytelnikach nawykowo egzotyzujących nasz region. Z pewnością łatwiej jest również pisać o Węgrzech jako mateczniku „zawodowych barbarzyńców” niż udowadniać, że Europa Środkowo-Wschodnia dogoniła Zachód w większości dziedzin i sfer życia. W 2019 roku autorka otrzymała za „Magnetyczną górę” Nagrodę Literacką Unii Europejskiej, co potwierdzałoby celowość przesadnego&nbsp; nadmuchiwania fabuły i włączania do książki wszystkich palących problemów Europy, ale to bogactwo mnie nie przekonuje, bo uwypukla jedną z większych bolączek literatury – o mniejszościach (etnicznych i seksualnych) oraz o kobietach w przestrzeni publicznej zbyt często piszemy przez pryzmat stereotypów, które niczego nie uczą, a tym samym nie zmienią świadomości czytelników.</p>



<figure class="wp-block-image size-medium wkolorze"><img loading="lazy" width="300" height="229" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/Mona-Bianca-300x229.jpg" alt="Trzy czerwone książki Mona Bianki Bellovej" class="wp-image-997" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/Mona-Bianca-300x229.jpg 300w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/Mona-Bianca-1024x780.jpg 1024w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/Mona-Bianca-768x585.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/Mona-Bianca.jpg 1200w" sizes="(max-width: 300px) 100vw, 300px" /><figcaption>„Mona”. Fot: Kasia Michałkiewicz-Hansen / mat. wydawcy</figcaption></figure>



<p>Bianka Bellová, znana w Polsce autorka powieści „Jezioro”, wybrała zupełnie inną strategię narracyjną. Przeniosła fabułę kolejnej książki do bliżej nieokreślonego kraju na Bliskim Wschodzie (chociaż tę kategorię również traktowałabym szeroko) i, unikając geograficznych określników, zbudowała historię wykwalifikowanej pielęgniarki, tytułowej Mony, dyżurującej przy przywożonych z frontu żołnierzach. Od początku wiadomo, że praca bohaterki polega na asystowaniu przy śmierci. Opowieść Bellovej nie zaskakuje, bo silna więź rodząca się między pacjentem (Adamem) i jego opiekunką (Moną) brzmi znajomo, nie zaskakują także lawiny wspomnień, powracających do bohaterki podczas nocnych dyżurów. Dzięki flashbackom poznajemy traumatyczne dzieciństwo kobiety, jej emocjonalne osamotnienie, chłodną relację z mężem i nierozważną skłonność do wybierania tego, co ma najmniej szans na powodzenie. Mona woli bowiem snucie fantazji niż konsekwentne egzekwowanie własnych potrzeb i ten koncept czeska pisarka doprowadziła do perfekcji. Bellová wybiera znane schematy (np. bohaterka godzi się na skomplikowane układy z przełożonym i nadużycia seksualne), nie zależy jej na zaskakiwaniu fabułą, bo nie w tym tkwi siła „Mony”.</p>



<p>W straceńczej potrzebie ratowania samej siebie bohaterka przekracza zasady – przynosi ukochanemu rosół, zdobywa leki przeciwbólowe, wymusza kolejną amputację, chociaż oddziałowa nie widzi dla żołnierza szans na wyzdrowienie, spacerując na ulicy odsłania włosy, nie licząc się z konsekwencjami. Bellová splata historię Mony z życiorysami rannych, by pokazać, że wszyscy zmagają się z silnym odczuciem nierealności, w które pisarka wciąga także czytelników. Wraz z rozwojem narracji zmienia się rzeczywistość otaczająca bohaterów, ściany szpitala zaczynają przerastać łodygi i korzenie tropikalnych roślin. W końcu rozpada się bryła budynku. Metafora pęknięcia wydaje się tutaj kluczowa, bo bohaterowie nie potrafią znaleźć antidotum na swoje nieodwracalne naruszenie. W przypadku Mony dotyczy ono wielu sfer kobiecego życia – bycia widzianą, pożądaną i spełnioną.</p>



<figure class="wp-block-image size-large is-style-default"><img loading="lazy" width="683" height="1024" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/bianka-fot.-Marta-Rezova-683x1024.jpg" alt="Pisarka Bianka Bellova stoi oparta o poręcz mostu, uśmiecha się szeroko, patrzy przez swoje lewe ramię " class="wp-image-998" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/bianka-fot.-Marta-Rezova-683x1024.jpg 683w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/bianka-fot.-Marta-Rezova-200x300.jpg 200w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/bianka-fot.-Marta-Rezova-768x1152.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/bianka-fot.-Marta-Rezova-1024x1536.jpg 1024w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/bianka-fot.-Marta-Rezova.jpg 1365w" sizes="(max-width: 683px) 100vw, 683px" /><figcaption>Bianka Bellová. Fot. Marta Režová / mat. wydawcy</figcaption></figure>



<p>„Mona miała swój dziennik. Pisała w nim nigdy niewysłane listy do Kamila, o tym, jak brakuje jej tchu, kiedy o nim myśli, aż czuje, że pęka jej głowa i płuca. Jak wyobraża sobie, że on na niej leży i patrzy na nią. Jej ciało płonęło najbardziej, kiedy na nią patrzył. Oczywiście to, co dziewczęta pisały i czytały, również podlegało kontroli, sprawdzano też, czy nie chowają pod łóżkami żadnych bezeceństw, jak kosmetyki do makijażu albo kusząca bielizna” (s. 75).</p>



<p>Kobieta wybiera iluzje, bo to jej odpowiedź na zawód, który przyniosło życie. Iluzja w „Monie” nie wynika z fantazji autorki, ale świadczy o skutkach rozpaczy bohaterów. Widzą więcej, by móc przetrwać miałkość istnienia.</p>



<p>Pisarstwo Mán-Várhegyi i Bellovej łączy silne poczucie kobiecej misji, choć każda z nich realizuje ją w inny sposób. Węgierska autorka chętniej pokazuje mechanizmy społeczne i ich skutki. U Czeszki z kolei podział na żeńskość i męskość wynika z zaplecza emocjonalnego i psychicznego. Bellová lubi przesuwać tę granicę, eksperymentuje z uczuciami. Mężczyźni walczący z bólem pamiętają sceny dowodzące ich delikatności, w ich wizjach pojawiają się dzieci, a Mona, w scenie finałowej, podejmuje niezwykle odważną decyzję.</p>



<p>W obu powieściach brakuje definitywnych rozstrzygnięć, sami musimy dopowiedzieć sobie puenty. Korzyść z pracy wyobraźni jest jednoznaczna, możemy przekonać się o sile dwóch świetnie oddanych po polsku przez tłumaczki – Elżbietę Sobolewską i Annę Radwan-Żbikowską – książek, zupełnie różnych głosów kobiecych. Sprawdźmy, czy współbrzmią ze sobą i z nami.</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/pokaz-gdzie-boli-bellova-man-varhegyi/">Pokaż, gdzie boli</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Cofka</title>
		<link>https://kalejdoskopkultury.pl/cofka/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Kinga Piotrowiak-Junkiert]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 22 Jun 2021 20:42:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Proza]]></category>
		<category><![CDATA[literatura]]></category>
		<category><![CDATA[piotrowiak-junkiert]]></category>
		<category><![CDATA[proza]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://kalejdoskop.hadrysiak.com/?p=113</guid>

					<description><![CDATA[<p>Tym razem wszystko toczyło się według starego porządku. Po wytarciu talerzy i schowaniu garnków do spiżarni przebieraliśmy wysuszoną lipę i załadowaliśmy ją do wielkich słoików. </p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/cofka/">Cofka</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p>Właściwie to nie była niczyja wina. Od kiedy pamiętam, zawsze w drugim tygodniu lutego wywoływaliśmy wujka. Zwykle zbiegało się to z feriami, bo kiedy siedzieliśmy w domu uwięzieni przez zaspy śniegu, szybko kończyły się pomysły na długie zabawy. Najpierw robiliśmy gigantyczną makietę wąwozu z setką ręcznie malowanych żołnierzy, którym wymyślonymi imionami podpisywaliśmy stopy. Później znikaliśmy na długie godziny na strychu, gdzie nigdy nie obyło się bez wyciągania terenowej mapy umocnień, a na koniec budowaliśmy przy piecu legowisko z koców i krzeseł. Wlekliśmy kołdry z całego domu, by wić z nich kokony. Przecież wiadomo, że każdy etap tych zabaw nieuchronnie prowadził do zniesienia z góry starego stołu z zaciętą szufladką i wysłania w zaświaty serii zakodowanych zdań. Wujek pojawiał się po krótszej chwili, jak zawsze kompetentnie milczący i lekko nadąsany, co podobno jest podręcznikową cechą duchów.</p>



<p>Tym razem wszystko toczyło się według starego porządku. Na obiad był barszcz na karpiej głowie, gniecione ziemniaki, kopcowana marchew i sadzone jajko. Po wytarciu talerzy i schowaniu garnków do spiżarni przebieraliśmy wysuszoną lipę i załadowaliśmy ją do wielkich słoików. A po skończonej robocie przenieśliśmy się na strych, gdzie już czekało brezentowe niebo z naszytymi gwiazdami. Kawalkady i zasypywanie okopów trwało do późnych godzin, ale jak każda, nawet najdłuższa zabawa, ta także skończyła się na krawędzi wanny, w której Batorowa mieszała ręką pianę. Po napaleniu w piecu i wygrzaniu pod kołdrą, usiedliśmy w naszych gałganach wokół stołu i rzuciliśmy w eter zwyczajowe zdanie: „JAK SIE MASZ?”. Zanim wujek dopisał sobie w myślach brakujący ogonek pod &nbsp;„e”, wysłaliśmy jeszcze drugie pytanie (zdaniem Tadzika zbyt pochopnie): „U NAS MASA SNIEGU”. Wujek, zamiast pojawić się i zawisnąć w fioletowym obłoczku nad obrusem, zaczął kiwać się nad telewizorem, potem utknął pod karniszem i nawet falowanie zasłoną nie wypędziło go z rogu. Pomrukiwał coś co chwilę, jak dziadek Stachu, gdy mu mowę odjęło po udarze. „No mów, wujku, mów!” – namawiał Tadzik. Ale co miał biedak powiedzieć? Hulał jak szalony i rąbał piętami w maszynę do szycia.</p>



<p>Najgorsze, że wujek nie chciał zniknąć. Nie cofał się i, o zgrozo, coraz śmielej sobie poczynał. Zarzucił nogę na nogę, widać mu było gołą łydkę i ciągle bulgotał. Poczekaliśmy z godzinę, ale nie dał się uprosić, więc zdmuchnęliśmy kadzidełko do odczyniania i poszliśmy spać. Tadzik był pewien, że będzie jak w pierwszą rocznicę śmierci ciotki Tereski, której tak się podobało wypytywanie, że też nie chciała się cofnąć. Wtedy pomogło doczekanie do świtu. Ciotka zniknęła, zanim wstaliśmy.</p>



<p>Rano obudziłem się przed Tadzikiem, zdążyłem połamać w palcach wykrochmalony róg od poszewki, zerknąłem, czy Tadzik nie śpi, ale spał w najlepsze, więc wstałem i poczłapałem do stołowego sprawdzić, co tak szura za ścianą. Myślałem, że to z kuchni dochodzą odgłosy kocich misek albo że to bojler stęka, ale dom jeszcze spał. Za to na piecu majtał nogami jak dzieciak wujek Ludwik. Znudzony i cały w grymasach. W końcu, zamiast zabulgotać, odkaszlnął i zasunął wschodnim akcentem:</p>



<p>– Nigdzie nie znalazł uwędzonej ryby!</p>



<p>Pies i duch od razu wyczują, że się ich boisz, więc lekko rzuciłem:</p>



<p>– A szukałeś w piwnicy? Dziadzio dymił wczoraj wiśnią szczupaki. Musi coś wisieć.</p>



<p>– Eee! – Machnął obrażony. – Toto za grosz zapachu nie ma.</p>



<p>Uznałem, że w tym przypadku kawałkiem wędzonej sielawy możemy ugrać więcej niż sądzimy, więc obiecałem:</p>



<p>– Załatwię rybę tuż po śniadaniu. Pojadę do wioski na rowerze i wyproszę od kogoś. Coś jeszcze? Nie będę dwa razy jeździł.</p>



<p>– Nożyk do ołówków, postrugałbym sobie w kieszeń. Jak będę wracał do siebie, w odmęty, to sobie w szorstkie strużki palce wsadzę. O!</p>



<p>Cały Ludwik. Poczułem na plecach ciepły oddech zaspanego Tadzia, który musiał być nieźle zdumiony butami wujka na wysokości żyrandola (właśnie wisiał zaczepiony na obcasach).</p>



<p>– No wujku, ale musi być umowa, ryba, nożyk do ostrzenia i cofka – licytował Tadzik.</p>



<p>Oczywiście wujek nadął się, jakby połknął chmurę i gapił się w talerzyk na ścianie.</p>



<p>– No wujku… zgódź się, wiesz, jaka będzie afera! – prosiłem.</p>



<p>Ale wujek przeciągał strunę jak umiał.&nbsp;</p>



<p>– I partyjka! – trzasnął asem karo.</p>



<p>Tadzik, który za rok kończył podstawówkę i miał już spore doświadczenie z duchami, machnął ręką.</p>



<p>– Niech będzie, ale tylko jedna! I żadnych figli! Słyszy wujek?</p>



<p>Tadzik kazał wujkowi powtarzać na głos słowa przysięgi. Wujek powtórzył, dąsając się jak dwulatek. Słowo to słowo. Mieliśmy go w garści.</p>



<p>– Rozumiemy się? – o moja święta naiwności.</p>



<p>Wujek pokiwał głową, a wieczorem zagraliśmy przy wytargowanym węgorzu z soli. Zeszła tylko jedna porcja nafty. Poukładaliśmy na miejsce piony (wieże do wież, konie do koni) i pobawiliśmy się jeszcze w trójkę latarkami.</p>



<p>Kiedy spuszczaliśmy łódkę po zejściu pierwszych lodów, stanęliśmy jak wryci.</p>



<p>– Ale ruszyła! Ty smarowałeś? – spytałem.</p>



<p>– Jasne, wyciągnąłem na pomost, obróciłem burtę i podgrzałem smołę na palniku – rzucił trzynastoletni Tadzik.</p>



<p>– No to kto? – zacząłem i już zachłysnęliśmy się wybuchem śmiechu, gdy nagle zza krzaka wyszła sąsiadka z plebanii. Ostentacyjnie zwolniła i poprawiała loki, więc wydęliśmy usta, żeby sobie nie myślała, że wciąż nic nie wiemy o całowaniu.&nbsp;<br><br><br></p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/cofka/">Cofka</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Niespodziewana nowoczesność</title>
		<link>https://kalejdoskopkultury.pl/niespodziewana-nowoczesnosc/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Maria Krześlak-Kandziora]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 21 Jun 2021 17:03:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Publicystyka]]></category>
		<category><![CDATA[bookowski]]></category>
		<category><![CDATA[krześlak-kandziora]]></category>
		<category><![CDATA[książka]]></category>
		<category><![CDATA[księgarnia]]></category>
		<category><![CDATA[literatura]]></category>
		<category><![CDATA[Poznań]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://kalejdoskop.hadrysiak.com/?p=117</guid>

					<description><![CDATA[<p>Piętnastego marca po prostu nie otworzyliśmy sklepu. Dzień wcześniej dyrektor administracyjny Centrum Kultury Zamek w Poznaniu zadecydował: Zamkniemy główne wejście, nie uruchomimy kina, nie otworzy się wystawa, odwołujemy koncerty. Joanna Przygońska, kierowniczka działu literatury, odwołała Festiwal Fabuły i wszystkie spotkania literackie.</p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/niespodziewana-nowoczesnosc/">Niespodziewana nowoczesność</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p><strong><p><span class="meta-lead lead">Piętnastego marca po prostu nie otworzyliśmy sklepu. Dzień wcześniej dyrektor administracyjny Centrum Kultury Zamek w Poznaniu zadecydował: Zamkniemy główne wejście, nie uruchomimy kina, nie otworzy się wystawa, odwołujemy koncerty. Joanna Przygońska, kierowniczka działu literatury, odwołała Festiwal Fabuły i wszystkie spotkania literackie.</strong></span></p></p>



<p>Dla księgarni dwutygodniowy przestój to dużo. Bookowski opiera się na kilku filarach. Pierwszym z nich są wydarzenia organizowane w Centrum Kultury Zamek: od festiwali literackich, przez seanse Kina Pałacowego, spektakle Teatru Animacji, Teatru Atofri, po koncerty (pamiętam, jak świetnymi –&nbsp; bo kupującymi, ale i energetycznymi –&nbsp; klientami byli słuchacze koncertu Coco Rosie). Zamek to buzujący organizm, gromadzący przeróżną publikę – od najmłodszych po seniorów. To oni stają się naszymi gośćmi, kupują książki. Kolejny filar to oczywiście stali klienci – osoby, które przyciąga charakter miejsca, polecane książki, kameralność jako taka. Przychodzą nas poznać, porozmawiać o wspólnych pasjach – od czytania po obserwowanie ptaków. I tego wszystkiego w połowie marca zabrakło. Zamek ucichł, stał się pustym bunkrem, opuściła go dusza – ludzie.</p>



<figure class="wp-block-image size-large is-resized"><img loading="lazy" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/bookowski-2-e1620680514462-1024x683.jpg" alt="rower z położoną na nim paczką" class="wp-image-118" width="664" height="443" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/bookowski-2-e1620680514462-1024x683.jpg 1024w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/bookowski-2-e1620680514462-300x200.jpg 300w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/bookowski-2-e1620680514462-768x512.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/05/bookowski-2-e1620680514462.jpg 1080w" sizes="(max-width: 664px) 100vw, 664px" /><figcaption>Bookowski listonosz w drodze z przesyłką dla&#8230; Gucia. Fot. Facebook księgarni Bookowski </figcaption></figure>



<p>Nie mamy strony internetowej, co boleśnie sobie uświadamiamy, kiedy cały handel przenosi się do internetu. Lockdown wykorzystujemy do załatwienia formalności, przekształcenia firmy, dopięcia niezałatwionych wcześniej spraw, sprzątamy.</p>



<h2><strong>Narzędzia antykryzysowe</strong></h2>



<p>Najpiękniejszym mechanizmem ratunkowym okazują się relacje z klientami. Po dwóch tygodniach przestoju musimy wznowić handel, co ogłaszamy na naszych profilach na portalach społecznościowych. Sprzedawaliśmy książki przez Facebooka czy Instagrama. To tych narzędzi używamy do przyciągania uwagi, dialogu, polecania i odradzania książek. Intensyfikujemy komunikację przez sieć – posty, stories na Instagramie, relacjonujemy życie księgarni. W czasie epidemii okazuje się jednak, że wszystkim nam brakuje realnego kontaktu, rozmów.</p>



<p>Bony podarunkowe wymyśliliśmy już kilka lat temu. Teraz ogłaszamy, że można u nas kupić bon dla siebie i zrealizować go po zniesieniu sanitarnych obostrzeń. Reakcja jest natychmiastowa, nasi klienci z całej Polski – od Lublina po Szczecin i Suwałki – kupują bony, które wysyłamy pocztą tradycyjną lub elektroniczną. Ja kupuję podobny bon w księgarni Tajne Komplety we Wrocławiu. Gdy tylko będzie to możliwe, odwiedzimy jednych z najlepszych księgarzy w Polsce. Siatka księgarskich kontaktów służy podczas stanu epidemii jako źródło wzajemnej wymiany informacji i do podtrzymywania na duchu.</p>



<p>Już po dwóch tygodniach wiadomo, że nie otworzymy księgarni tak szybko. Trzeba działać. Po dokonaniu zmian formalnych w firmie wreszcie możemy ruszyć z wysyłką książek z dostawą do &nbsp;paczkomatów. Odzew jest dobry, ślemy książki w świat. Jeśli ktoś mieszka blisko, Konrad – nowy człowiek w Bookowskim – roznosi paczki podczas spaceru z psem. Ale prawdziwa rewolucja dopiero przed nami.</p>



<h2><strong>Rower</strong></h2>



<p>Jeżdżę rowerem cały rok, chyba że spadnie śnieg, wtedy odpuszczam. Pomysł jest więc prosty – na terenie Poznania książki będziemy dowozić rowerami. Jeździmy dwa-trzy dni w tygodniu, wożąc po 15–20 kilogramów książek. Pokonujemy czasem nawet trzydzieści kilometrów między osiedlami na poznańskich Winogradach a Wildą na drugim końcu miasta. Kluczymy między blokami, poznajemy miasto. Na ulicach spotykamy niewielu ludzi, jeździ się komfortowo, bo samochodów jakby o połowę mniej. Między wysokościowcami odbijają się agresywne komunikaty z policyjnych megafonów, przypominające, że mamy stan epidemii.</p>



<p>Dowozy rowerowe stają się kultowe, wrzucamy zdjęcia na Instastories – temat jest wdzięczny. Poznań przemierzany w wiosennej aurze można polubić, zielenią się niewykoszone pobocza. Jesteśmy wykończeni, ale zdecydowanie lepiej jest śmigać w słońcu niż siedzieć przy biurku. Rowerami jedziemy też do podpoznańskiego Puszczykówka, budząc radość odbiorców. Dla niektórych spotkania przy odbiorze paczki są jedyną okazją do interakcji z żywym człowiekiem. Czuję ulgę, gdy mogę wreszcie z kimś pogadać, zobaczyć twarze bookowskich ludzi. Odbieram dużo sygnałów o potrzebie zwyczajnego kontaktu z książkami i księgarzami.</p>



<h2><strong>Tymczasem w agencji</strong></h2>



<p>Agencja Autorska „Opowieści” powstała parę lat temu w głowie Katarzyny Krawczyk ze Szczecina, która zarządzała kalendarzem spotkań Filipa Springera. Dołączyłam do niej dwa lata temu razem z Anią Maciąg z Jeleniej Góry i Kasią Radzikowską z Lublina. We cztery koordynujemy spotkania kilkunastu pisarzy w całej Polsce. Wierzymy, że osobisty kontakt jest ważny zarówno dla czytelników, jak też autorów i autorek. Przyjazd pisarza czy pisarki jest formą promocji literatury, ale też miejsca, w którym spotkanie się odbywa. Współpracujemy z bibliotekami, instytucjami kultury, firmami. Nigdy jednak nie przygotowywałyśmy spotkań online. Aż do teraz.</p>



<figure class="wp-block-pullquote is-style-default"><blockquote><p>Dla nas, agentek, odwołanie zleceń to odwołanie przelewów na konto. Niepokoją się autorzy <br>i autorki. Dla nich honoraria za spotkania to ważna część zarobków.</p></blockquote></figure></p>



<p>Od połowy marca właściwie do końca czerwca nie odbywa się żadne z zaplanowanych spotkań na żywo. Zasypują nas e-maile o odwoływaniu kolejnych wydarzeń i festiwali. Część przenosimy na jesień, od razu ustalając daty. Podejrzewamy, że jesień tego roku będzie pękała w szwach od wydarzeń – trzeba będzie nadrobić to, co zostało odwołane wiosną.</p>



<p>Dla nas, agentek, odwołanie zleceń to odwołanie przelewów na konto. Niepokoją się również autorzy i autorki. Dla nich honoraria za spotkania to ważna część zarobków. Unia Literacka ogłasza zbiórkę pieniędzy na rzecz pisarzy i pisarek, którzy w związku z epidemią znaleźli się w trudnej sytuacji materialnej.</p>



<p>„Muszę być na froncie” – mówi Marcin Kubiak z winiarni „Pod Czarnym Kotem”, z któryąod kilku lat współpracujemy, tworząc literacki „kulturprogramm” tego miejsca. W lockdownie winiarnia przeszła w tryb „na wynos” – pachnące jedzenie i butelki z winem rozwożą żółtym fiatem 126p. Później powolutku wracają na stare tory. Na pierwszych spotkaniach literackich z Joanną Jodełką czy Ziemowitem Szczerkiem mieliśmy komplet. Teraz, w sierpniu, rozmawiamy o naszej potrzebie adrenaliny. Bez spotkań, zapraszania pisarzy, rozmów z nimi czujemy się wyjałowieni. Musi się dziać, musimy czuć, że sztorm jest za następną wyspą. Kiedy na spotkanie przychodzi trzysta osób, rozwiązujemy problemy na gorąco, martwimy się, ale potem wszystko wychodzi wspaniale. Pijemy szprycer, sierpień faluje w upale, ostrożnie planujemy jesień i zimę.</p>



<figure class="wp-block-image size-large is-resized is-style-default"><img loading="lazy" src="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/bookowski-1-1024x1024.jpg" alt="dwa podobne zdjęcia, na pierwszym dziewczyna zakrywa twarz kartką za napisem koniec, na drugim odwraca kartkę i jest napis mój jedyny przyjacielu. Jest to cytat z piosenki The Doors &quot;The End&quot;" class="wp-image-811" width="626" height="626" srcset="https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/bookowski-1-1024x1024.jpg 1024w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/bookowski-1-300x300.jpg 300w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/bookowski-1-150x150.jpg 150w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/bookowski-1-768x768.jpg 768w, https://kalejdoskopkultury.pl/wp-content/uploads/2021/06/bookowski-1.jpg 1080w" sizes="(max-width: 626px) 100vw, 626px" /><figcaption>Zapowiedź spotkania z Honzą Zamojskim o sztuce, sztuce książki, sensacyjnej fabule i o lesie. Fot. Facebook Księgarni Bookowski.</figcaption></figure>



<h2><strong>Całe życie w streamie</strong></h2>



<p>W Agencji na froncie lądujemy szybko, bo już w trzeci dzień narodowej kwarantanny. Ruszamy ze streamami w internecie. Mając do wyboru nierobienie niczego lub pakowanie się w masę pracy bez gratyfikacji finansowej, wybieramy to drugie. Przez półtora miesiąca w każdy dzień powszedni wspieramy kolejnych autorów i autorki Agencji w streamach. Spotkania są godzinnymi speechami na Facebooku. Przygotowujemy materiały promocyjne, grafiki, wypuszczamy informacje w sieć, szkolimy pisarzy i pisarki w obsłudze narzędzia, jakim jest stream, po nocach uczymy się same. Reakcja przerasta nasze oczekiwania (choć tych właściwie nie było) – przybywa nam kilka tysięcy followersów, codziennie przed ekranami gromadzimy kilkaset osób. W sumie streamy zostały obejrzane przez kilkanaście tysięcy użytkowników mediów społecznościowych, otrzymałyśmy wsparcie finansowe Facebooka, a przede wszystkim usłyszałyśmy, że dla wielu osób codzienne spotkania o siódmej wieczorem stały się jak włączanie radia, by posłuchać ulubionej audycji.</p>



<h2><strong>Nowa jakość, nowe zmęczenie</strong></h2>



<p>Okazało się, że po prostu trzeba nauczyć się częściowo żyć online. Pamiętam rozmowę ze znajomym pisarzem na początku pandemii – był zdenerwowany, że już trzeci raz ktoś go prosi o wystąpienie w streamie. Już wiemy, że stanie się to normą na kolejne miesiące, może lata. Opanowaliśmy po kilka narzędzi: takie do organizowania warsztatów z dziećmi i dorosłymi, do rozmów we dwie, trzy albo cztery osoby, dostosowaliśmy się do rzeczywistości internetowej. Aplikacje stają się naszymi partnerami. Problemem jest stres i zmęczenie wynikające z niemal całodobowego poruszania się po sieci. Z rodziną, znajomymi spotykamy się na Messengerze, Zoomie, BeLive. Poranki to kawa ze współpracownikami rozsianymi po całej Polsce. Nowocześnie, ale nieludzko. Chęć odcięcia się od sieci rośnie, wydaje mi się, że wszyscy w tym roku bardziej czekamy na wakacje. W sieci nie ma pór roku, czas płynie nieco inaczej. Możemy zrealizować chory sen o życiu i wytwarzaniu treści 24/7. A nam brakuje zwykłej, dobrej adrenaliny i spotkania z żywymi ludźmi tu i teraz.</p>



<p>Rzeczywistość uelastycznia się. Literacki Sopot, jeden z ważniejszych festiwali letnich, ogłasza, że odbędzie się, choć w innej formie. Publiczność może się pojawić, ale biletów jest niewiele i rozchodzą się w trzy godziny. Spotkania, panele dyskusje będą transmitowane do sieci, część gości z zagranicy pojawi się tylko na ekranach. Z Tromso dzwoni Ilona Wiśniewska. Polska jest na czerwonej liście państw, w których COVID ma się zbyt dobrze, a to oznacza, że Ilona po powrocie do Norwegii z festiwali będzie musiała przejść kwarantannę. Mimo to decyduje się przyjechać. Ale skraca pobyt – znów część wydarzeń się nie odbędzie.</p>



<h2><strong>Historie z księgarni</strong></h2>



<p>W księgarni ruszam ze spotkaniami transmitowanymi live na bookowskim kanale facebookowym. Zapraszam przyjaciół i znajomych do rozmów przez kamerę telefonu. Z Michałem Czepkiewiczem,&nbsp; geografem, badaczem wpływu podróży lotniczych na ślad węglowy, gadamy o książkach na czas kryzysu klimatycznego, z Agatą Wittchen-Barełkowską dyskutujemy o prozie i dramatach Thomasa Bernharda, z Joanną Przygońską o tym, jak Centrum Kultury Zamek reaguje na kryzys, jak żyć w świecie zmian. Zapraszam też Sebastiana Musielaka, żeby porozmawiać o tłumaczonych przez niego książkach. Wszystko po to, żeby się spotkać. Moi goście przyjeżdżają do księgarni zamkniętej na cztery spusty. Siadamy z kawą i przez godzinę opowiadamy o literaturze. Z drugiej strony ekranu towarzyszą nam klienci, fani, przyjaciele Bookowskiego. To jedyna możliwość, żeby skomunikować się w tej przedziwnej sytuacji. „Historie z księgarni” mają kontynuację – Państwowy Instytut Wydawniczy chce, żebym jeden odcinek poświęciła właśnie wydanej przez nich książce.</p>



<h2><strong>Będąc młodą streamerką…</strong></h2>



<p>Po kilku miesiącach swobodniej posługujemy się narzędziami internetowymi, nauczyliśmy siebie i innych, jak posługiwać się kamerą – z telefonu czy komputera. Ustawienie kadru, dźwięku, ryzykowanie, że coś zawiedzie – jednym słowem streamy na żywo – będą już zawsze wpisane w naszą pracę. Normą staje się dwutorowe planowanie wydarzeń (oraz dwutorowe budżetowanie), online i na żywo. Układając pomysły na jesień i zimę, tak w Agencji, jak i w Bookowskim, przeplatamy działania w przestrzeniach realnych z tymi, które zrobimy w sieci. Być może pandemia ukształtowała nas na nowych ludzi, zbliżyła do technologii, pozwoliła odkryć świat, w którym jak ryby w wodzie poruszają się youtuberzy, w którym podcasty to od dawna codzienność. Teraz my też tu jesteśmy, trochę zmęczeni, ale może skuteczniejsi w realizowaniu księgarskich i kulturalnych celów, w promocji wartości, które są dla nas istotne? &nbsp;</p>



<p>Dzwonię do kolegi pisarza, który odżegnywał się od „pokazywania gęby online” – spotkania ma zaplanowane do maja, wszystkie wirtualne.</p>



<figure class="wp-block-pullquote is-style-default"><blockquote><p>Uczestniczę w badaniach <br>i ankietach, z których wynika, że artyści, animatorzy, pracownicy kultury bez etatów albo prowadzący własne działalności tracą zatrudnienie z dnia na dzień. Jak zamortyzować sektor kultury?</p></blockquote></figure></p>



<p>W październiku odbyła się druga edycja Nocy Księgarń. Impreza koordynowana przez niezmordowanego Jędrka Biegańskiego w całości zostaje przeprowadzona w sieci. Udaje się wspaniale, wydarzenia online są dobre jakościowo, przyciągają tylu odbiorców, że księgarnie kameralne plasują się wysoko w rankingu statystyk oglądalności Facebooka. Namawiamy portal do wsparcia finansowego akcji ratowania małych księgarń „Książka na telefon”. Akcja codziennie przypomina czytelnikom, gdzie kupować książki i dlaczego warto wspierać lokalne księgarnie. Angażuje autorów, krytyków literackich, motywuje samych księgarzy do działania.</p>



<h2><strong>Ku przyszłości</strong></h2>



<p>Po krótkiej jesiennej odwilży, kilku wydarzeniach na żywo, pozornej normalności znów jesteśmy na froncie. Nowy rok zaczynamy w pustym Zamku jako jedyne otwarte na klientów miejsce. Po kawę schodzimy do piwnicy ledwie utrzymującej się na nogach restauracji.</p>



<p>Klienci znów mogą przychodzić do Bookowskiego. Jest inaczej, ale jest nieźle. Rok zamykamy z całkiem dobrym wynikiem, pytanie, co będzie teraz, w kolejnych tygodniach, gdy państwo wykonuje pozorne ruchy, ale nie potrafi nam powiedzieć, co dalej z kulturą, z gospodarką? Rzeczywistość pandemiczna wymaga od nas więcej czujności, uważności. Instytucje kultury zmniejszyły budżety na wydarzenia, dopiero po trzech miesiącach mamy w Agencji wrażenie, że również warunki finansowe wracają do normy. Coś się stabilizuje, ale dyskusje o tym, na jakich fundamentach stoi w Polsce kultura, będziemy prowadzić jeszcze długo. Uczestniczę w badaniach i ankietach, z których jasno wynika, że artyści, animatorzy, pracownicy kultury bez etatów albo prowadzący własne działalności podczas lockdownu tracą zatrudnienie z dnia na dzień. Jak zamortyzować sektor kultury, żebyśmy czuli minimalną stabilizację i pewność, że w kryzysie koła ratunkowe będą zapewnione systemowo, a nie pojawią się spontanicznie i doraźnie? Za cykl „Historie z księgarni” dostaję od Miasta Poznań nagrodę finansową, niedużą, ale pozwalającą myśleć, że ktoś dostrzegł, że robimy coś fajnego. Miesiąc później otrzymuję stypendium w ramach programu #poznańwspiera, animowanego przez Wydział Kultury, i mogę ruszyć z cyklem podcastów dla księgarni. Miasto opracowało program dotujący kulturę, będą nawet środki dla księgarń. Jędrek Biegański z „Książki na telefon” dzwoni z pytaniem, czy nie przeprowadzę kilku wywiadów z księgarzami. Jadę więc w Polskę i pytam, co się zmieniło, jak obroty i co dalej. Wszyscy zgodnie potwierdzają – uratowała nas sieć stałych klientów, część księgarń otrzymała wsparcie samorządów lub miasta. Czas pandemii przyniósł jednocześnie strach, ale i mobilizację do działań, na które do tej pory brakowało czasu. Narasta zmęczenie, ale patrzymy na miniony rok jak na dużą lekcję przedsiębiorczości, współpracy biznesowej i budowania dobrych relacji. Teraz czeka nas kolejny krok – dotrwać do wiosny. Pandemia trwa już długo, mamy na nią sporo recept, ale czy przedłużający się chaos pozwoli na stabilizację? W Agencji  czekamy na dotacje i prognozy powrotu festiwali i targów – w formie online, hybrydowej lub offline. Mamy świadomość, że wydarzenia online trwale wpisały się w krajobraz życia literackiego. Obserwujemy, jak współpracujące z nami instytucje dynamicznie dostosowują się do nowej sytuacji. Po zalewie treści przychodzi czas na szlifowanie jakości streamów, nagrań, kształtowanie i dopasowywanie treści do potrzeb odbiorców. Czeka nas sporo niepewności, ale i dużo ciekawej pracy.<br><br></p>
<p>Artykuł <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl/niespodziewana-nowoczesnosc/">Niespodziewana nowoczesność</a> pochodzi z serwisu <a rel="nofollow" href="https://kalejdoskopkultury.pl">Kalejdoskop Kultury</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
	</channel>
</rss>
